30. rocznica śmierci księdza Jerzego Popiełuszki

Sceny z życia i po śmierci
Był pełen życzliwości i miłości dla każdego. I ciągle taki roześmiany! Uwielbiał dowcipkować, jeździć na rowerze. Wypijał litry kawy. W nim nie było nienawiści – księdza Jerzego wspomina Danuta Szaflarska.
Ks. Jerzy Popiełuszko (1947–1984)
Forum

Ks. Jerzy Popiełuszko (1947–1984)

Msza beatyfikacyjna, 6 czerwca 2010
Jan Graczyński/Flickr CC by 2.0

Msza beatyfikacyjna, 6 czerwca 2010

Ks. Jerzy Popiełuszko we wspomnieniach Danuty Szaflarskiej, wielkiej polskiej aktorki

Sąd. Księdza Jerzego poznałam niebawem po wprowadzeniu stanu wojennego. 28 grudnia 1981 r. zostałam wydelegowana przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom do obserwowania procesów aresztowanych robotników Ursusa i Huty Warszawa. W sądzie usiadł obok mnie młody, drobnej postury człowiek w dżinsach. – Jestem ksiądz Popiełuszko – przedstawił mi się w przerwie rozprawy. – No, to trudno – pomyślałam z niezadowoleniem, bo nie lubiłam księży. – Może pójdziemy na kawę? – zaproponował i uśmiechnął się łagodnie. – O, dobry jest! – zanotowałam w pamięci. Okazał się bardzo sympatyczny. Od tej pory już zawsze podczas rozpraw siedzieliśmy obok siebie, a kawa stała się naszym nieodłącznym rytuałem.

Kościół. Któregoś styczniowego dnia powiedział: – W kościele odprawiam mszę za ojczyznę. Czy może pani na niej przeczytać wiersz? – Ale wyłącznie w formie politycznego protestu. Od 40 lat jestem niewierząca – zaznaczyłam. – To nie szkodzi – ocenił. No więc przeczytałam. Potem deklamowałam jeszcze na mszy z okazji święta 3 Maja. Od tego czasu widywaliśmy się właściwie codziennie. Obserwowałam, jak ten pochodzący z maleńkiej wioski człowiek błyskawicznie się rozwija. Pełen życzliwości i miłości dla każdego. I ciągle taki roześmiany! Uwielbiał dowcipkować, jeździć na rowerze. Wypijał litry kawy. Nie miał za to czasu jeść.

Mieszkał przy kościele, w niewielkim pokoju podzielonym szafą na dwie części. W jednej mieściła się jego sypialnia, druga służyła do spotkań ze znajomymi. Z braku spiżarki półka na żywność znajdowała się w ubikacji. Chodził w dziurawych butach i wiekowej sutannie. Nie dbał o to. Opiekował się studentami medycyny, młodymi lekarzami, strażakami i robotnikami z Huty.

Jak tylko się dowiedział, że ktoś z jego podopiecznych ma kłopoty, już tam był. Zbierał pieniądze na pomoc dla aktorów, którzy bojkotowali reżimowe sceny. Trafiały do niego transporty leków i ubrań z Brukseli. Rozdawał wszystko, co dostał. Zawsze musiał coś dla kogoś mieć.

Wigilia. W czasie urlopu pojechał do mojego drewnianego domku w Kosarzyskach. Później, 30 września 1984 r., na dziewiętnaście dni przed śmiercią, zapytałam go: – Może w październiku pojedziesz znów do Kosarzysk? – Będę miał zbyt wiele zajęć – zauważył. – Może na Boże Narodzenie...

Wigilię świąt Bożego Narodzenia zawsze obchodził samotnie. Dowiedziałam się, że miał siostrę Jadwisię, która zmarła. Myślę, że co roku z nią właśnie duchowo spędzał świąteczny czas. – Tego dnia muszę być sam – powtarzał nieodmiennie. To była jego tajemnica.

Spowiedź. O spowiedzi u księdza Jerzego opowiedziała mi kiedyś znajoma. W jego mieszkaniu było akurat wiele osób. By móc przyjąć spowiedź, wyszedł więc z nią na podwórze. Po krótkiej chwili przerwał potok jej słów i oznajmił: – Ty mnie nie nudź! Powiedz tylko jedno: czy nienawidzisz? – Tak – przyznała. – To nie mogę dać ci rozgrzeszenia – skwitował.

„Zło dobrem zwyciężaj”. W nim nie było nienawiści. Nie uznawał też wymogów formalnych. – Kiedy przy wejściu do kościoła przeżegnasz się wodą święconą, grzechy powszednie masz już odpuszczone – poinformował mnie niespodziewanie.

Wiara. W 1982 r. moja młodsza córka urodziła syna. Popiełuszko od razu przybiegł do mnie; w prezencie przyniósł różowe pantofelki, kaftanik i sweterek. Ochrzcił wnuka ubranego w koszulkę z napisem „Solidarność”. Tego samego sakramentu udzielił jego nieochrzczonej dotąd matce. Dał jej także ślub kościelny. Taki przyspieszony tryb działań był niezgodny z prawem kanonicznym. – Biorę ten grzech na swoje sumienie – oświadczył.

Nie zdarzyło się, aby choć słowem dotknął tematu mojego braku wiary. W 1984 r. zaczepiłam go sama: – Wiesz co, ja bym się wyspowiadała. Ale jak to zrobić po czterdziestu latach? – Hurtem zawsze łatwiej – orzekł. Nigdy tej spowiedzi nie zapomnę. To, co mi Jerzy wtedy powiedział, było takie piękne... I przywrócił mi wiarę. Dziś, gdy podczas mszy usłyszę wypowiadane słowa: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”, widzę twarz Jerzego, który mówi to do mnie.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną