Amerykańskie miny jądrowe

Groźne miny Trettnera
Sposobem na obronę NATO przed atakiem Układu Warszawskiego był – wybudowany w RFN – pas min jądrowych. W głębokiej tajemnicy w Polsce szkolono grupy żołnierzy do neutralizacji tych niewielkich ładunków atomowych. W praktyce ich misje mogły być samobójcze.

W 1951 r. stacjonujący w RFN żołnierze armii USA zaczęli budowę tajnego systemu podziemnych instalacji na miny jądrowe – wtedy najnowocześniejszą broń atomową NATO. W 1957 r. zadanie przejęły niemieckie wojska obrony terytorialnej. Wielkim zwolennikiem rozbudowy zapór był jeden z najważniejszych zachodnioniemieckich dowódców gen. Heinrich Trettner (1907–2006). Gdy w 1964 r. pomysł przyjęły główne państwa NATO, system zaczęto nazywać jego nazwiskiem.

Według koncepcji Trettnera, miny miały być montowane wzdłuż granicy RFN z NRD, od Morza Bałtyckiego do Austrii. Pas liczył 650 km długości. W szczytowych latach zimnej wojny rozciągał się do 100 km w głąb RFN. Jego sześć odcinków odpowiadało głównym kierunkom planowanego ataku wojsk Układu Warszawskiego.

Ładunki jądrowe małej mocy miały niszczyć węzły drogowe, kolejowe, mosty, wiadukty, tamy, skazić przełęcze górskie. Ukrywano je w miejscach najtrudniejszych do ominięcia. W odległości 5–10 km od pierwszego pasa planowano wybudować drugi, o większej mocy. Przestrzeń między nimi była naszpikowana klasycznymi polami minowymi.

Stalowe lub betonowe komory przypominały studzienki kanalizacyjne, miały głębokość 6–10 m, szerokość 80 cm. Wiązki przewodów łączyły zapalnik ze stanowiskiem kierowania wybuchami. Żeby utrudnić zniszczenie cennej miny, budowano od trzech do kilkunastu komór, oddalonych od siebie o 10–30 m. Razem tworzyły tzw. węzeł. Właściwy ładunek ukrywano tylko w jednej studzience. Do pozostałych wkładano tradycyjne miny-pułapki.

W 1989 r. wywiad PRL meldował, że na terenie Niemiec zachodnich ma być ok. 8 tys. komór wchodzących w skład 2,5 tys. węzłów. Do upadku muru berlińskiego pas był udoskonalany i rozbudowywany. Pierwsze miny atomowe wyprodukowano w USA w 1950 r., wykorzystując gotowe głowice rakiet jądrowych. Nowy sprzęt przetestowano na poligonie w Nevadzie. Ładunki takie miały być montowane głównie pod ziemią. Taka eksplozja powoduje bowiem największe skażenie terenu. Aby wybuch miny o mocy 47 kt (kiloton; przyjmuje się, że eksplozja 1 kt równa się wybuchowi tysiąca ton trotylu) osiągnął największy efekt, musiała ona zostać zakopana na głębokości aż 160 m. Natomiast dla miny o mocy 0,01 kt wystarczała wiejska studnia o głębokości 9 m.

Tornister bomben

W połowie lat 70. Amerykanie zaczęli unowocześniać arsenał, wprowadzając dwa rodzaje min: przenośne i przewoźne. Te pierwsze, transportowane na plecach dwóch żołnierzy, ważyły ok. 45 kg i miały moc do 0,1 kt. Drugie, ważące do 230 kg, miały moc 0,5, 1,5 i 15 kt. W instrukcjach US Army z 1984 r. wymieniono już sześć typów min. Najsłabsza, o mocy 0,01 kt, mierzyła 91 cm i ważyła 45 kg. Najcięższa, 227-kilogramowa, o mocy 5 kt, miała 152 cm wysokości. Eksplozje mniejszych ładunków zwiększały bezpieczeństwo własnych żołnierzy i cywili. Regulaminy walki przewidywały, że eksplozja ładunku o mocy 0,5 kt nie będzie groźna dla osób znajdujących się 1,5 km od miejsca wybuchu.

Odpalenie miny musiało „w 90 proc. zagwarantować zniszczenie celu punktowego”, czyli np. mostu lub tamy. Ryzyko dla własnych wojsk miało być „nieznaczne”. Warunkiem odpalenia ładunku było też 99 proc. pewności, że opad promieniotwórczy nie zaszkodzi „własnym wojskom i obiektom”. Normy były wyśrubowane, ale jednocześnie zakładano, że jeśli zajdzie „specjalna konieczność”, to wymogi bezpieczeństwa można ignorować.

W kwietniu 1985 r., na posiedzeniu grupy planowania jądrowego NATO podjęto decyzję o całkowitym wycofaniu starych min i zastąpieniu ich nowoczesnymi, przenośnymi konstrukcjami M129E1 o mocy od 00,1 do 0,1 kt. Ważyły nie więcej niż 30 kg. Zostały przygotowane z myślą o zastosowaniu na tyłach wojsk Układu Warszawskiego. W Niemczech nazywano je tornister bomben.

Ładunki takie powstały następnie w ZSRR. Polacy niewiele wiedzieli o sowieckich konstrukcjach. Zdecydowanie więcej o zachodnich. W ZSRR uruchamianiem min walizkowych mieli zajmować się agenci lub grupy dalekiego rozpoznania. W NATO miały je detonować wysyłane przez dowódców dywizji lub korpusów grupy specjalnego przeznaczenia. Amerykanie przygotowywali do tego m.in. komandosów ze stacjonującej w RFN 10. Grupy zielonych beretów. Polski wywiad informował, że takie pododdziały ma też Wielka Brytania, Francja i Niemcy.

Tornister bomben były łatwe do przenoszenia przez dwóch piechurów, składały się z kilku części. Miały być ustawiane w studniach, sztolniach i piwnicach. Ładunki detonowano za pomocą zapalników czasowych. Z doniesień służb specjalnych wynikało, że w 1985 r. w US Army co dziesiąty ładunek jądrowy to mina. W Europie przechowywano 310 starego typu, tzw. Medium Atomic Demolition Munition (MADM) i 300 M129E1.

W styczniu 1985 r. telewizja RFN podała, że w Bad Tolz znajduje się punkt składowania stu tornister bomben. W tym samym czasie radio RFN ujawniło, że „w różnych miejscowościach na terytorium kraju składowanych jest 300 min przenośnych o mocy 50–1000 ton trotylu”. Magazyny zorganizowano też w Holandii, Wielkiej Brytanii, Włoszech i prawdopodobnie w Berlinie Zachodnim. Nad wszystkimi pieczę trzymali Amerykanie. Jeśli przekazywali ładunki sojusznikom, to zawsze wyposażone w system ochronny PAL, który uniemożliwiał rozmontowanie ładunku i poznanie jego szczegółowej budowy.

Oddziały torujące

W 1989 r. w tajnym wydaniu polskiego kwartalnika „Myśl Wojskowa” wyliczono, że „na Środkowoeuropejskim Teatrze Działań Wojennych po stronie NATO zmagazynowano 4300 ładunków jądrowych, z tego 250 min jądrowych. Po zrealizowaniu układu o likwidacji broni jądrowej średniego i krótkiego zasięgu liczby te zmniejszą się odpowiednio do 3200 i 50 (lub mniej)”.

Wywiady państw Układu Warszawskiego rozpracowywały organizację pododdziałów minowania jądrowego. W tajnych materiałach informowano, że minowaniem miały zajmować się grupy 5–6 żołnierzy dowodzone przez sierżanta sztabowego. Dysponowały ciężarówką z przyczepą. Bezpieczeństwo zapewniał im co najmniej pluton piechoty. Tych kilkudziesięciu żołnierzy ochrony odpowiadało także za to, aby w strefie wybuchu nie było cywili. Duży nacisk kładziono na maskowanie działań. Dlatego wraz z grupą minowania w teren wyjeżdżałyby ekipy pozoracyjne.

Miny miano detonować za pomocą mechanizmów zegarowych lub przewodów, które ukryte pod ziemią łączyły studnie z oddalonymi o najwyżej 8 km stanowiskami kierowania wybuchami. Z jednego takiego stanowiska można było uruchamiać do trzech min. Jednak najczęściej ładunki miały być odpalane radiowo. Jeśli operator był na ziemi, odbiornik radiowy zadziałałby z odległości kilkunastu kilometrów. Jeśli zaś leciał na wysokości 1500 m, zasięg nadajnika wydłużał się nawet do 64 km.

„Miny jądrowe w systemie zapór inżynieryjnych ustawia się w komorach i doprowadza do stanu gotowości do działania kilka dni przed rozpoczęciem działań wojennych. A w taktycznych zaporach jądrowych kilka dni, a przynajmniej kilkanaście godzin przed podejściem wojsk przeciwnika do rubieży zapór jądrowych” – napisał płk dr hab. Bronisław Pawłowski w swojej rozprawie habilitacyjnej „Wykorzystanie min jądrowych w armiach głównych państw NATO oraz ich wpływ na prowadzenie działań bojowych przez wojska własne”. Ta tajna praca, obroniona w 1987 r. w Akademii Sztabu Generalnego (obecnie Akademii Obrony Narodowej), jest najlepszym w Polsce zbiorem informacji na ten temat. Została odtajniona dopiero latem 1995 r.

Tuż przed natarciem armii Układu Warszawskiego, w pobliże Pasa Trettnera, z zadaniem likwidacji węzłów, miały być przerzucane kilkudziesięcioosobowe oddziały torujące (OT). Ich zadanie było jasne: dotrzeć do węzła i za wszelką cenę nie dopuścić do detonacji miny.

Regularne pododdziały niszczycieli min jądrowych istniały w jednostkach radzieckich, stacjonujących na terenie NRD. W LWP takie oddziały planowano tworzyć w razie potrzeby w każdej pierwszorzutowej dywizji. Teoretyczne zakładano, że składałyby się wyłącznie z odważnych, zdolnych do poświęceń, odpornych na stres i zdrowych ochotników. W kwietniu 1970 r. w ASG wydano tajną instrukcję o sposobach pokonywania zapór jądrowych. Materiały dostarczył wywiad. Na kilkudniowych szkoleniach w Akademii przeszkolono dowódców wysokiego szczebla. Szkoleni mieli sporo zastrzeżeń do tych planów. Komandosi uznawali je wręcz za misje samobójcze.

Zadanie nie do wykonania

W każdym okręgu wojskowym wybrano poligon, na którym wybudowano repliki zachodnioniemieckich instalacji. Projektowano je także w uczelniach wojskowych. W szkole pancernej w Poznaniu w latach 80. podchorążym pokazywano urządzenie typu M-50 o mocy 1 kt, ważące 72 kg; składało się z czterech 18-kilogramowych części. Zmontowanie i przygotowanie do odpalenia tej miny zajmowało komandosom od 2 do 5 minut. Zegar umożliwiał nastawienie zapalnika od pół godziny do 150 godzin, z dokładnością do 1,5 godz. Solidnie wykonano model węzła m.in. w ASG. Po upadku żelaznej kurtyny konstrukcja została rozszabrowana, gdy w pobliżu budowano ciąg garaży.

Jeszcze w drugiej połowie lat 80. szkolenia teoretyczne i praktyczne przechodzili m.in. żołnierze ze zlikwidowanych w latach 90. jednostek specjalnych: 62 kompanii specjalnej z Bolesławca, 56 kompanii specjalnej ze Szczecina oraz 1 batalionu szturmowego z Dziwnowa.

Z instrukcji wynikało, że po dotarciu do komory można podnieść jej pokrywę tylko wówczas, gdy żołnierze mieli komplet informacji o znajdującej się w niej minie, sposobie jej ustawienia i zastosowanych zabezpieczeniach. Po wejściu do studzienki saperzy mieli zlikwidować pułapki, odłączyć akumulator od zapalników, a same zapalniki wymontować z materiału wybuchowego.

W praktyce było to nie do wykonania, gdyż w każdej komorze montowano systemy pułapek – najnowszych cudów ówczesnej elektroniki. Tymczasem komandosi wspominają, że na ćwiczeniach uczono ich pokonywania przeszkód z drutu kolczastego, wykrywania pułapek kawałkiem drutu z macki saperskiej. Nikt nie informował o zabezpieczeniach elektronicznych.

Duże pokazy pokonywania Pasa Trettnera przeprowadzono w 1986 r. na terenie Śląskiego Okręgu Wojskowego. Rok później w jednym z rozkazów minister obrony narodowej nakazał m.in. „skuteczniej szkolić oddziały z prowadzenia rozpoznania i niszczenia min jądrowych”. Po upadku żelaznej kurtyny totalna wojna jądrowa przestała światu zagrażać. Warto jednak pamiętać, że w magazynach nadal są miny atomowe. A w Wojsku Polskim służą jeszcze żołnierze, którzy mieli likwidować Pas Trettnera.

Autor zajmuje się tematyką wojsk specjalnych. Był rzecznikiem prasowym MON, obecnie jest dyrektorem Departamentu Komunikacji Społecznej BBN.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną