Wyjście sierot
W lipcu 1944 r. setka małych dzieci z Warszawy wyjeżdża na letnisko do Stoczka Łukowskiego. Kiedy wybucha powstanie, nie mają dokąd wracać. W ich życiu zaczyna się dramatyczny epizod, którego skutki dają o sobie znać przez wiele lat.
Kadr z filmu o dziecięcej kolonii w Stoczku, nakręconego przez żołnierzy armii Berlinga
WFDIF/TVP

Kadr z filmu o dziecięcej kolonii w Stoczku, nakręconego przez żołnierzy armii Berlinga

Sprawa kolonistów ożywa po latach, gdy Łukasz Szczepańczyk, do niedawna zarobkowo w Szwajcarii, obecnie dbający o promocję miasta 30-latek, ogląda film dokumentalny. Mignął w TVP Kultura i przeszedł prawie bez echa. Ten film, rozumie Łukasz, to perła: dokumentalne kino domowe, z rzadka tylko uprawiane w Polsce. Zwłaszcza w czasie wojny nie dokumentuje się często codziennego życia cywilów.

Film opowiada o życiu dziecięcej kolonii w Stoczku. Kręcili go żołnierze z armii Berlinga między 1944 a 1945 r. Zjawili się w mieście wysłużonym Willisem ze statywem, akumulatorem i zdobyczną kamerą niemiecką. Interesowały ich warszawskie dzieci oraz ich opiekunowie: Irena i Tadeusz Byrscy, przedwojenni aktorzy, wychowankowie wileńskiej Reduty, współpracownicy Juliusza Osterwy i Aleksandra Zelwerowicza. W Stoczku prowadzili z dziećmi teatr. Właśnie wystawili „Pastorałkę” oraz III akt „Wesela”. Oprócz kolonijnego życia w tle widać powojenny Stoczek. Zgodnie z wymogami raczej radosny. Na targu sprzedaje się już żywe prosiaki, według lektora znak Polski niewojennej. Ale „nie dla dzieci te frykasy”, komentuje lektor, wzbudzając niepokój postronnego widza.

A już znacznie bardziej niepokoją Łukasza ostatnie sceny filmu. Jest wczesne lato 1945 r., po niektóre dzieci zgłosili się stęsknieni rodzice. Tyle że większość się na nich nie doczekała... Starsze dziewczyny na pierwszym planie szepczą między sobą, że miasto ma już dosyć łożenia na sieroty. Szkoła będzie potrzebna stoczkowianom. „Gdzie będzie teraz nasz dom?” – pyta dramatycznie lektor. A kamera odprowadza dzieci wychodzące z miasta w stronę zachodzącego słońca. Scena niebezpiecznie kojarzy się z ostatnią wędrówką Janusza Korczaka. Łukasz Szczepańczyk pragnie wyjaśnić sprawę odejścia dzieci, by nie zaważyła na patriotycznej tożsamości miasta, którą pielęgnują mieszkańcy. Przede wszystkim powinien sprawdzić, co o tamtym czasie myślą sami koloniści.

Wiosna 2010: Łukasz się zastanawia

Na razie w Stoczku dość przyjemnie jest pamiętać. Pamięta się więc o wygranej bitwie powstania listopadowego. W lutym 1831 r. polskie wojska z gen. Edwardem Dwernickim pokonały liczniejsze wojska rosyjskie. Refren o armatach pod Stoczkiem śpiewa się na komuniach i weselach, włączając wesele Szczepańczyka. Pamięta się też Tadeusza Kościuszkę, którego pomnik stanął w mieście w 1916 r. Postawił go austriacki burmistrz, choć Kościuszko ani go grzał, ani ziębił. Pamięta się więc burmistrza Ostena. Był lubiany w mieście, postawił ceglaną rzeźnię, łaźnię i magistrat, ale w 1918 r. wyzwoleńcze, rozentuzjazmowane oddziały POW i tak wsadziły rodzinę Ostena na wóz drabiniasty i odwiozły na stację kolejową w Mrozach.

Burmistrz zapamiętał tę zniewagę: 18 września 1939 r. oddział wojska niemieckiego, dowodzony przez jego syna, podpalił drewniane domostwa. Stoczkowianie uciekli na wieś, do miasta najszybciej wróciła ludność żydowska, majętniejsza, żyjąca z handlu i rzemiosła. Wróciła tylko na chwilę. – W 1942 r. Żydzi zostali wyprowadzeni z miasta – tłumaczy Hanna Stosio, była burmistrzyni, prezes Towarzystwa Przyjaciół Stoczka. – Wyjechali do Majdanka i Treblinki i już nie wrócili. Opuszczone żydowskie domy mogły zajmować rodziny, które wyprowadziły się z miasta po pożarze. Pamięć o tym epizodzie czasem kogoś uwiera.

Drewniany dom moich rodziców poszedł z dymem, wprowadziliśmy się do pustego, kamiennego, sąsiedzi już chyba nie żyli – mówi Adam Budzyński, emerytowany dziennikarz radiowy, który teraz chciałby wydać książkę o losie Żydów ze Stoczka.

Zanim zjawili się koloniści, mieszkańcy musieli rozwiązać problem innych nieletnich. W 1942 r. akowcy odbili pod Garwolinem dzieci z transportu z Zamojszczyzny i przywieźli do Stoczka. – Ludzie wybierali dzieci na wychowanie. Starsze szły na wieś, żeby pracować w polu. Młodsze raczej zostawały w Stoczku – pamięta Stosio. Wreszcie, latem 1944 r., do miasta przyjeżdżają dzieci z Warszawy. Mają mieszkać w starej drewnianej szkole, do miasta wrócić we wrześniu. Łukasz Szczepańczyk zastanawia się teraz, dlaczego akurat w Stoczku.

Październik 1939: Niemcy pozwalają pomóc

Aleksandra Majewska jest warszawską nauczycielką. Z zawodu psychologiem. W październiku 1939 r. wstępuje do Rady Głównej Opiekuńczej. To jedyna legalna organizacja, która zajmie się opieką społeczną w Generalnym Gubernatorstwie. Okupant na razie dba o wizerunek na arenie międzynarodowej. Pozwala Polakom przyjmować i rozdzielać pomoc humanitarną płynącą ze Stanów Zjednoczonych. Rada to listek figowy kryjący brutalną politykę wobec ludności cywilnej, ale dzięki pracy w Radzie dostaje się dokument, można bezpiecznie poruszać się po mieście. Więc zgłasza się do Rady ponad 10 tys. wolontariuszy. Jej pierwszym szefem jest Adam Ronikier, pomaga kardynał Adam Sapieha. Rada zakłada sierocińce, świetlice dla dzieci, dożywia najmłodszych i dorosłych. W 1940 r. przywozi 500 beczek tranu do Warszawy, gdzie lekarka dr Zofia Mackiewiczowa organizuje akcję badań najmłodszych. Gruźlicy jadą do sanatorium Ryś w Zakopanem. Do 137 świetlic w mieście zgłasza się kilka tysięcy dzieciaków.

Ale od 1942 r. jest już trudniej: Niemcy nie chcą dokarmiać dzieci, pomagać można tylko dorosłym, którzy pracują dla Rzeszy. Zamykają domy dziecka, sanatoria i półkolonie, odpada nawet uprawianie ogródka. Aleksandra Majewska i ludzie z Rady uczą się podwójnej księgowości: Niemcy dostają tylko rachunki za dorosłych, a rok później znów udaje się zorganizować letniska. Jeszcze później osłabieni wojną Niemcy przymykają oko na pomoc najmłodszym. Aleksandra Majewska i dr Mackiewicz jeżdżą więc w okolice Warszawy, by znaleźć przychylnych burmistrzów. Mirosław Luty ze Stoczka, w połowie drogi między Łukowem a Garwolinem, zgadza się przyjąć prawie setkę dzieci. RGO może finansować pobyt wakacyjny. Do tandemu Majewska-Mackiewicz dołącza przedsiębiorcza aktorka z podziemnego uniwersytetu, społecznik. Jej mąż, też aktor, ukrywa się we Lwowie, ich dzieci przechowują znajomi. Dla Ireny Byrskiej prowadzenie kuchni na kolonii to szansa, by znów być razem z dziećmi.

Lipiec 1944: Maria wyrusza do Stoczka

W 1944 r. Maria ma 11 lat. Już wie, że ojciec zginął w obozie, mama ukrywa się w mieście. Maria zna zasady konspiracji: często nocuje u sąsiadów, czasem musi uciekać za Warszawę. Na początku lipca siedzi sama w domu, odbiera telefon. To mama. Pyta Marię, czy potrafi dochować tajemnicy. Natychmiast powinna opuścić miasto. Potem pakuje najlepszą letnią sukienkę, sandały, lalkę. Ma wrócić za miesiąc. Na letnisku w Stoczku, obiecuje mama, zastanie ciocię Mackiewicz. W skład turnusu wchodzą dzieci rodziców walczących, sieroty i zaniedbane dzieci z Woli i Pragi. Dojeżdżają do Stoczka: w wielkich salach prycze z nieheblowanych desek, szare koce, zapach nafty, ubrania poprzerabiane z mundurów. Barak, w którym wszyscy mieszkają, stoi na odludnym wzgórzu za miastem, tuż obok piętrowej drewnianej szkoły. Przez ściany świeci księżyc.

Andrzej Papuziński ze starszym bratem docierają do Stoczka po dwóch dniach podróży z Warszawy. „Wszystko jest inne niż w mieście – pisał po latach w artykule wspomnieniowym. – Jest porządek, ale nie ma rygoru. Obyczaje, języki, rytm dni. (...) Dzieci rządzą się same. Co dzień inna para wyprawia się po kocioł mleka do odległej mleczarni. Co dzień kto inny przynosi worki chleba z piekarni. Ale wieczory są wspólne”.

Pod koniec lipca przyjeżdża z Warszawy samochód po dzieci z poprzedniego turnusu. Przywozi nowe dzieci do cioci Oli, a burmistrzowi pieniądze od Rady. Maria się pakuje, ale ciocia mówi, że nigdzie nie jedzie. Ryczy jak bóbr, bo jakiś chłopak uwziął się na nią i ciągnie w kółko za włosy. Maria zostaje, a dzieci, które wróciły do miasta, giną w powstaniu. Wakacje w Stoczku trwają rok.

Nikt nie wie, kiedy armia sowiecka i polska ruszą na Zachód. W letni dzień widać kłęby dymu nad Warszawą. Gmina nie dostaje już pieniędzy z RGO. Brakuje jedzenia, ubrań i drewna na opał. Maria w 2010 r.: – A ja mam tylko tę letnią sukienkę.

Wrzesień 1944: Irena robi rewolucję

Krzysztof i Agnieszka to dzieci pani Byrskiej. Rok wcześniej mama wyprowadza ich z rodzinnego domu. Każde z nich mieszka w innym mieszkaniu. Nie wychodzą na dwór ani nawet na balkon. Agnieszka ryczy całe noce. Teraz, kiedy mama Irena dostała posadę kucharki w Stoczku, znów mieszkają razem, choć w drewnianym kolonijnym baraku. Irena zadziwia mieszkańców odwiedzających ten barak. Wprowadza nowe metody wychowawcze. Na początek organizuje toalety. Wcześniej chodzili do lasu, bo sławojki były w strasznym stanie. Mama zorganizowała piasek, szare mydło, buteleczkę płynu do odkażania. Chłopcy toaletę pomalowali na biało. Były kłódeczki, papiery, świeczki, zapałki. Miejscowi żartowali, że Savoya kolonistom się zachciało.

Potem, gdy stopniowo organizuje się nowa władza, do mamy Ireny przyjeżdżają inspektorki oświatowe. Patrzą, a dzieci siedzą przy czystych obrusach, mają noże i widelce. Inspektorki są oburzone, że się Byrska przed nimi popisuje. Ale dzieci mówią: my przy czystych stołach jadamy codziennie! Irena Byrska znacznie zawyża dopuszczany poziom cywilizacyjny, władze nowej Polski zakażą jej wychowywać obce dzieci. Kolonijna pedagogika bliska jest bowiem tej korczakowskiej, nowatorskiej, przedwojennej: dzieci opuszczone muszą nauczyć się zasad życia w społeczeństwie. Dlatego same chodzą po chleb, po drewno, uczą się piłować, gotować i nakrywać do stołu. Wyruszają samodzielnie na wycieczki, gdzie aby wrócić bezpiecznie całą grupą, muszą ze sobą współpracować.

Filmowcy z armii Berlinga łapią historię Glonka, bezdomnego chłopca, którego dzieci w drodze po chleb znajdują w ruinach. Zostaje kolonistą. Wystraszony, pokryty strupami, głodny, samotny, małomówny. Przegrywa rywalizację o lepsze łyżki do zupy. Zostaje mu żeliwna, która zmienia smak cienkiej zupy. Ale zaraz posiadacz lepszej łyżki, aluminiowej, zamieni się z Glonkiem. Niech je do syta.

Pięcioletnia Joasia Papuzińska, kolonistka, jeszcze nic o pedagogice społecznej nie wie. Mieszka w Stoczku z trójką rodzeństwa. Wcześniej ukrywali się z babcią w Aninie. Ojciec konspiruje, mamę rozstrzelali na Pawiaku. Mama Joasi też pracowała przed wojną z Januszem Korczakiem. Dorosła Joasia idzie śladem zamordowanej mamy: jej życie związane jest z wychowaniem. Pisze książeczki dla najmłodszych, redaguje dorosłe książki o wychowywaniu, także tych dzieci, które nie mogą mieszkać z rodziną. I bardzo żałuje, że zasady ze Stoczka już nie obowiązują: – Więc dzieci w domach dziecka za nic nie odpowiadają, nie są zżyte, nie mają poczucia siły, jakie mieliśmy w Stoczku.

Listopad 1944: Tadeusz zakłada teatr

Po drodze do młyna mija się spanikowanych Niemców. Pytają, w którą stronę uciekać przed Rosjanami. Dorośli szepczą o polskich żołnierzach, którzy wolą mieszkać w lesie. Obok, w oczekiwaniu na dalsze rozkazy, mieszkają oddziały radzieckie. W obejściu kolonii koczują wysiedleńcy zza linii frontu. Irena Byrska codziennie wydaje im zupę. W miasteczku nie ma nikogo, kto by się wysiedleńcami zajął. Ale Joasia Papuzińska jest zachwycona. Po cichutkich, smutnych i samotnych świętach w Aninie kolonie wydają się całkiem szalone. Ruch, gwar, śmiechy. Powłóczyste stroje, peruki, korony, skrzydła, próby i śpiewy. Do Stoczka dotarł mąż Ireny, Tadeusz, który w poprzednim życiu pracował w teatrze. Jest przerażony. Już po wojnie napisze: „Z dwumiesięcznej kolonii zrobił się Dom Dziecka. Żyjemy jak na wyspie. Sytuacja materialna jest katastrofalna. Ludzie miejscowi chcą, byśmy sobie jakoś poradzili. Więc postanawiamy: jeśli musimy zarobić – zaróbmy teatrem”.

Zaczyna się od apelu poległych po upadku Powstania Warszawskiego. To impreza wewnętrzna, wielu kolonistów już wie, że rodzice nie wrócą. Więc się tnie okrąglaki na pieńki, ustawia wzdłuż długiego korytarza. Ostatnie okno będzie witrażem. Na pniach stawia się świeczki. Dzieciaki stoją twarzą do świeczek, recytują wiersze, śpiewają pieśni. Apelem poległych interesują się nawet Rosjanie, więc Byrski powtarza występ zespołu. Teraz zacznie pracować nad „Pastorałką” i „Weselem”. Wybiera fragmenty z tańcem i śpiewem. Trochę narzeka: materiał aktorski jest mało profesjonalny, głównie żeński. Chłopcy raczej mniej wrażliwi (doświadczenia wojenne), ale też i niewyrośnięci. Wieczorem wszyscy zmęczeni, ale czeka się jednak na próby przy świecach. Wspomina: „Strona techniczna jest jeszcze ciekawsza, bo montowana z niczego”. Kostiumy lepione z papieru, drapowane prześcieradła. Dekoracje zbite z drewna. Reflektory wymontowane ze starych samochodów. Ksiądz pożycza fisharmonię. Wreszcie Byrski wynosi stoliczek, wiesza ogłoszenie i sprzedaje bilety. Dwugodzinny spektakl zaczyna się o 16. W jadalni mieści się sto osób, program powtarzają 15 razy. Zawsze jest komplet, choć w Stoczku żyje tylko 3 tys. osób.

Wiernymi widzami kolonistów są Rosjanie. Koloniści pamiętają: wyniszczeni, chudzi, schorowani. Krzysztof w 2010 r.: – Złego słowa nie można o Rosjanach powiedzieć. Pomagali stawiać dekoracje, krzyczeli na miejscowych, żeby jedzenie do dietdomu przynosili, bo dzieci są głodne. Ich kapitan przychodził i się rozkrochmalał, bo gdzieś w Sojuzie zostały jego dzieci.

Adam Budzyński ma pięć lat, przybiega na próby i w końcu zostaje aniołkiem w „Pastorałce”. Adam w 2010 r.: – Wierna rosyjska publiczność to ta sama, która doszła do Wisły i nie pomogła walczącej Warszawie. Tam ginęli rodzice dziecięcych aktorów.

Wiosna 1945: dzieci powinny odejść

Maria idzie do miasta i widzi zmęczoną kobietę, która pyta, czy na kolonii znajduje się Tadzio Rudziński. Jest. Kobieta zanosi się płaczem, a kiedy Tadzio widzi mamę – też płacze jak wariat. Agnieszka nie rozumie, dlaczego są smutni, skoro wojna się skończyła, a oni odnaleźli. Tadzio odjeżdża z mamą, reszta czeka na powrót rodziców. „Gdzie będzie teraz nasz dom?” – pyta lektor, stawiając władze miasta w niepewnym świetle. Reżyser filmu idzie wkrótce do więzienia. Nazywa się Stanisław Rodowicz, dopiero po odwilży będzie kręcił nowe filmy.

A dzieci dzielą się na grupy według wieku i wychodzą z miasta. Rada Główna Opiekuńcza już nie istnieje. Jej zadania przejmuje Centralny Komitet Opieki Społecznej, który dopiero uczy się zarządzać tysiącami nowych sierot. Maluchy ze Stoczka wędrują do trzech domów dziecka w okolice Gostynina. Aleksandra Majewska organizuje dla nich szkołę w Sierakówku. Dołączają do niej Byrscy. Opieka nad sierotami, powtarzają, to zajęcie, które w nowym ustroju nie przyniesie wstydu. Tymczasem Stoczek organizuje się na nowo bez sierot. Halina Stosio z Towarzystwa Przyjaciół Stoczka pamięta rozmowy rodziców o odbudowie miasta: – Dzieci z miasta musiały mieć miejsce, żeby się uczyć. Przedtem szkołę zajmowali koloniści, a Stoczek chciał żyć w normalności. Wojna się skończyła.

Stoczek 2010: koloniści wracają

Łukasz Szczepańczyk dzwoni do Warszawy do Krzysztofa Byrskiego. Prof. Byrski to znany indolog, ambasador RP w Indiach, wykładowca uniwersytecki. Tak, ma siostrę Agnieszkę, przyjaźni się z Marią, chętnie odwiedzą Stoczek, bo nie byli w nim od wojny. Nie, nie słyszał szeptów starszych dziewczyn. To był najmilszy czas w całej okupacji. Miał siedem lat. Profesor podśpiewuje jak wtedy: – Stoczek, tyś jedną z twierdz dziecięcych serc. Łukasz może być zadowolony.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną