Niemcy nam salutowali
„Dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca – pisał do swych żołnierzy, na początku października 1939 r., gen. Franciszek Kleeberg w rozkazie o kapitulacji. Tamte dramatyczne dni wspomina jeden z kleeberczyków.
Generał Franciszek Kleeberg
Wikipedia

Generał Franciszek Kleeberg

Od 1938 r. czułem zbliżającą się wojnę. To wisiało w powietrzu. Na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie była księgarnia wojskowa, a w niej duża mapa. Po zajęciu Sudetów przez Niemców patrzyłem na tę mapę... Jakbyśmy byli w paszczy wroga. 30 sierpnia 1939 r... Mobilizacja! Pożegnałem się z żoną. Pocałowałem syna, spał. Zwróciłem się do żony – pamiętaj, że on to tak jak ja... Syn miał wtedy trzy latka. Teściowa dała mi medalik. Powiedziała, że jak go będę nosił, to nic mi się nie stanie... W nocy z 30 na 31 sierpnia zameldowałem się w Kobryniu.

Pierwszego września bomby spadły na Kobryń. Kilku zabitych, wielu rannych. Wiem już coś o wojnie... Wiem też, że wróciłem pod rozkazy gen. Kleeberga... Zetknąłem się z nim jeszcze w 1930 r. W szkole podchorążych w Grodnie. Nie wiodło mi się tam... W czasie wykładu o karabinie maszynowym dostałem dwójkę u podporucznika Chodakowskiego. Uważałem, że niesłusznie, bo wykład był źle prowadzony. Powiedziałem to otwarcie. Dostałem kilka dwójek z innych przedmiotów. Kwalifikowałem się do wylania z podchorążówki. Tu w moje życie wkracza Kleeberg... Przyjechał na nasze ćwiczenia polowe pod Grodnem. I skutek był taki, że wyraził zdziwienie, iż takich ludzi chcą usuwać z podchorążówki. Zostałem... To mam do zawdzięczenia Kleebergowi, a jednocześnie mam czyste sumienie, że potem go nie zawiodłem, byłem do końca, wytrwałem...

W czasie podchorążówki często widywałem generała. Twarz była przyciągająca, szlachetna, bliska. Ośmielała. To nie była surowość. Taki był właśnie Kleeberg. W czasie kampanii 1939 r. już go nie spotkałem... Czułem jednak jego obecność...

Wielka danina krwi

Moja pierwsza wrześniowa bitwa. Pod Kobryniem... Kompania, którą dowodziłem, toczyła zacięty bój o majątek Gubernia. W ubiegłym wieku był własnością brata Adama Mickiewicza, Aleksandra. Pod Kobryniem złożyliśmy wielką daninę krwi. Po tej bitwie początkowo Kleeberg chciał iść na południe. Po 22 września generał podejmuje jednak decyzję o marszu do stolicy... Polacy, którzy związani byli tak jak ja z Warszawą, przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem... Idziemy jak wojska gen. Henryka Dębińskiego w powstaniu listopadowym. Cieszyłem się, że będziemy wyzwolicielami Warszawy, połączymy się z rodzinami. To był entuzjazm! Szliśmy z Polesia jako wyzwoliciele, bo Kleeberg nie przegrywał... Choć miał ochłapy wojska. Przecież to były formacje tyłowe. Dla mnie Kleeberg był tej miary dowódcą co Karol Chodkiewicz, Stanisław Żółkiewski czy Stefan Czarniecki.

Było do przejścia setki kilometrów o głodzie i chłodzie, kiedy w gardle zasychało, kiedy człowiek szukał kawałka jakiegoś kamyka z wysychającego strumienia, żeby trochę wilgoci mieć w ustach. Byłem wyrobionym piechurem, a jednak miałem momenty, że kamienie pod nogami wyrastały mi jak słupy. Był jeden marsz trzydziestoparogodzinny. Objuczeni, po piaskach, przy nędznym odżywianiu.

Niemiec miał zawsze jedzenie, a z nami różnie bywało... Moja kompania szczęśliwie miała kuchnię polową do końca. Zawdzięczaliśmy to kucharzowi Bronikowskiemu. A inne oddziały to rzadko które miały. Kuchnia trzymała. Decydowała o stanie kompanii. Ludność tym, co miała, to się z nami dzieliła, chleb nam piekła. Musieliśmy też sami piec chleb, bo nie było normalnego zaopatrzenia. Nie mieliśmy też możliwości korzystania z samochodów. A niemieckie wojska pancerne i motorowe nie znały wysiłku fizycznego. Wypoczęci, ogoleni, nakarmieni podjeżdżali pod stanowiska bojowe.

4 października wieczorem moja kompania i dwie pozostałe, czyli cały batalion 183 pułku piechoty, została przerzucona, oczywiście piechotą, w rejon miejscowości Niedźwiedź, na południe, żeby uderzyć na tyły Niemców. Telefoniczne meldunki mego dowódcy kpt. Władysława Sroczyńskiego do płk. Eplera, że Niemcy uciekają, rzucają broń, tornistry, jesteśmy wszędzie zwycięzcami. To rozstrzygnęło o tym, że Niemcy zarządzili odwrót mimo powodzenia pod Wolą Gułowską. A nasza kawaleria, czyli przede wszystkim 9 pułk strzelców konnych z Grajewa, tych kilkaset szabel, zatrzymała świeżą niemiecką dywizję, która walczyła potem pod Stalingradem. Trzymała ją przez cały dzień. Nasi mieli tylko kilka nędznych dział, skromną amunicję, a jednak powstrzymali tych Niemców.

Noc z 5 na 6 października 1939 r. Gwiazdy. Pokazują się niemieckie rakiety. Strzały. Na oślep, kierując się gwiazdami, idziemy do Woli Gułowskiej. Spotyka nas łącznik wysłany przez dowódcę naszego batalionu, kpt. Sroczyńskiego. Rozkaz powrotu. W lesie, przy ognisku, zastałem kapitana i innych oficerów. Złożyłem meldunek o wysiłkach mojej kompanii w ciągu dnia. Podziękował mi i rozkazał wracać do Woli Gułowskiej. Byliśmy wykończeni fizycznie i psychicznie. Gdy wszedłem do chałupy chłopskiej, to nie mogłem ściągnąć butów. Chłop mi ściągnął...

Karabin maszynowy zakopałem...

6 października, przed południem. Wzywają mnie jako dowódcę kompanii na odprawę do dowódcy pułku i tam dowiaduję się, że kapitulujemy... Jeszcze powiedziano, że siła ognia niemieckiego przypominała siłę ognia pod Verdun. I to zapamiętałem.

To była bardzo przykra wiadomość. Wróciłem do tej chałupy i chodziłem z kąta w kąt. W pewnym momencie ktoś puka. Wchodzi strzelec Grzesiuk. – Panie poruczniku, melduję posłusznie, karabin maszynowy zakopałem. Ucałowałem go, a później zarządziłem zbiórkę kompanii. Miałem jeszcze osiemdziesięciu paru ludzi i to był największy stan w batalionie. Była to jedna trzecia tych, których miałem pod Kobryniem. Tam najwięcej ich zostawiłem...

Kompania stała w dwuszeregu. Wyszedłem. Podziękowałem za wytrwałość i prosiłem, żeby nie załamywali się. Wojna trwa, mamy silnych aliantów (wtedy sam w to wierzyłem) i zwycięstwo do nas będzie należało. O rozkazach kapitulacyjnych Kleeberga dowiedziałem się dopiero po wojnie... Nie dotarły do wszystkich... W rozkazie kapitulacyjnym, szczegółowym, z 8 października, który teraz jest w muzeum na stacji kolejowej w Dęblinie, generał nakazuje dowódcom otoczyć żołnierzy dobrym słowem do końca.

Gdy Kleeberg pojechał do miejscowości Serokomla na spotkanie z gen. Otto, dowódcą niemieckiej 13 dywizji piechoty zmotoryzowanej, to pierwsze pytanie naszego dowódcy dotyczyło warunków, jakie Niemcy mogą zapewnić polskim żołnierzom, którzy są ranni. O to się bił! Wcześniej, bo 5 października, był pierwszy rozkaz Kleeberga o kapitulacji...

„SGO »Polesie«

L. dz. 1/5/Op.

M. p. dnia 5. X.1939 r. godz. 19.30

 

Żołnierze!

Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z oddziałów, które się oparły demoralizacji, zebrałem Was pod swą komendę, by walczyć do końca. Chciałem iść najpierw na południe, gdy to się stało niemożliwe, nieść pomoc Warszawie. Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej. Wykazaliście hart i odwagę w masie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każę zaprzestać walki, by nie przelewać krwi nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność, wiem, że staniecie, gdy będzie potrzeba.

Jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie.

Powyższy rozkaz przeczytać przed frontem wszystkich oddziałów.

Dowódca SGO »Polesie«

(–) KLEEBERG”.
 

Obóz jeniecki

Nie załamywaliśmy się. Z nasłuchów wiedzieliśmy, że to koniec kampanii, że byliśmy ostatnimi bojownikami września... Uszykowały się kolumny i na czele kompanii szedłem do punktu zdania broni. Po obu stronach drogi stali Niemcy. Na nasz widok podrywali się na baczność. Wrogowie, a jednak uznali bohaterstwo naszego żołnierza. Broń zrzuciliśmy do stojących samochodów ciężarowych... Pozostawiono mi, jako oficerowi, mapnik. Pustka, pustka, pustka. Umarłe wojsko... Polską było to, co maszerowało do niewoli...

Załadowano nas na samochody ciężarowe i wywieziono do Dęblina. W Dęblinie spaliśmy w magazynach zbrojowni. Ludzie jak kłody padali ze zmęczenia i głodu. 7 października wywieźli nas do Radomia. Po drodze Hitlerjugend, smarkateria, przeklinała nas „Polnische Schweine” – krzyczeli. Tam też były koszary, parę dni, też nędza. Trochę ludzie przynosili pożywienia, jakieś tam dary, ale przecież nie mogli zaspokoić głodu nas wszystkich. Dopiero po trzech dniach zawieziono nas do Jędrzejowa. Żołnierze byli pędzeni piechotą do Dęblina. Niektórym udało się uciec. Z ludzi, którzy byli w mojej grupie, znałem tylko kilka osób. Spotkałem mojego kucharza Czesława Bronikowskiego. Dałem mu karteczkę do żony. On został zwolniony i zawiózł wiadomość do Warszawy. Od niego żona dowiedziała się, że żyję. Napisałem kilka słów o przewadze wroga, żeby nie załamywali się.

Trafiłem najpierw do obozu jenieckiego pod Stargardem Szczecińskim, potem było Arnswalde (Choszczno). Najdłużej przebywałem w Woldenbergu (Dobiegniew). 25 stycznia 1945 r. Niemcy wypędzili nas z obozu w Woldenbergu. Mieliśmy zrobione przez siebie saneczki na dobytek. Niestety, szybko łamały się. Ludzie rzucali swoje tobołki. Działy się rozmaite rzeczy. Jeden niósł kupę książek. Nie wytrzymał. Serce nawaliło i kipnął. To przypominało odwrót Napoleona spod Moskwy. Niosłem w walizce kilka książek do nauki angielskiego. Po latach uczył się z nich syn. Ciężko było. Człowiek był wyczerpany, zaspy, śnieg... 30 stycznia w miejscowości Detz (obecnie Dziedzice) odbiły nas pancerne wojska radzieckie.

Później rwaliśmy do kraju, każdy na własną rękę. Przez pewien czas szła grupa. A później to różnie było... Z kilkoma kolegami zmobilizowaliśmy furmankę. Po przybyciu do Czarnkowa oddaliśmy ją tylko za podziękowanie. Nic nie mając. Jak fantaści. Wiedziałem, że żony nie ma w Warszawie. Czy żyje, też nie wiedziałem...

Trwały ślad

Od 5 marca 1945 r. zacząłem pracować. Chciałem coś wnieść w odbudowę Polski. Ważne było to, że jest Polska wreszcie bez Niemców. Nikt nie wpadał w spekulacje ustrojowe... Straszono. Nie idźcie do pracy, bo to bolszewickie. Potem was AK wyrżnie. Nikt nie wyrżnął... Okres powojenny to cała epopeja. Zupełnie nieznana młodemu społeczeństwu. Nic nie było gotowe. To był cmentarz. Raz szedłem Nowym Światem. Słyszę za sobą huk. Zawaliła się ściana. A dosłownie minutę wcześniej tamtędy przechodziłem.

Olbrzymia większość oficerów i szeregowców pracowała w obozie nad sobą z myślą o tym, że wróci do kraju. W jak najlepszej formie fizycznej i psychicznej, żeby od razu włączyć się w nurt życia. To były resztki inteligencji, które zachowały się w obozach. Oni, urodzeni jeszcze za cara Mikołaja czy Wilhelma II albo Franciszka Józefa, miłościwie panującego 48 lat w Austrii, dźwigali tę Polskę z ruin. Naród z entuzjazmem garnął się do pracy. Ludzie o głodzie i chłodzie pracowali, nie patrzyli, ile zarobią... Na jesieni 1945 r. zachorowałem ciężko na tyfus, bo tak byłem wycieńczony robotą. Nie patrzyłem na zegarek. Od rana do nocy. Nie miałem mieszkania. Raz nocowałem tu, drugi raz tam, trzeci w jakiejś gliniance. Wynagrodzenie żadne. Skromne przydziały marmolady, którymi dzieliłem się z panią Malarewicz, u której mieszkałem kątem. O tym wszystkim zapomniano. To czasami człowieka strasznie oburza.

Po przejściu na emeryturę założyłem archiwum, które jest trwałym śladem tamtych dni. Zebrałem około 600 relacji wojennych żołnierzy Kleeberga. Trzeba było pisać do ludzi, przekonywać, grać trochę na ambicji, na patriotyzmie, żeby to zebrać. To tak łatwo nie szło, bo ludzie często byli schorowani, zgorzkniali, zdegustowani. Nie wierzyli, że to komukolwiek będzie potrzebne. A człowiek robił to z uporem. To była mrówcza robota. Dzień, tydzień, miesiąc, rok. To zajęcie wymagało szalonej cierpliwości, dokładności, systematyczności. Ale dawało zadowolenie, że pomalutku tych materiałów przybywało.

1969 r. był przełomem. Po sprowadzeniu prochów gen. Kleeberga odżyła z całą mocą potrzeba spotykania się ludzi Września ‘39. Chociaż wcześniej także spotykaliśmy się. Chcieliśmy, żeby w Woli Gułowskiej powstała szkoła. Byłaby to rekompensata z naszej strony za zniszczenia wojenne tej wsi. Biliśmy się o to, żeby tablica na tej szkole była im. gen. Franciszka Kleeberga. To nie od razu przyszło. Powiedzieliśmy, że nie damy ani złotówki, jeżeli nie będzie takiej tablicy, jaką chcemy mieć. Bo to był nasz dowódca, tam walczył i jemu należy się pierwszeństwo. I dopięliśmy swego. Powstał Klub Kleeberczyków. Mówią, że najbardziej prężny w Polsce. Wejdziemy tam, gdzie sam diabeł nie wejdzie. Pływał statek im. gen. F. Kleeberga. Pisałem memoriały do PLO, żeby uzasadnić potrzebę nadania tego imienia. Koledzy też to robili. To była walka, walka i jeszcze raz walka...

Chciałem zdobyć jeszcze sporo materiałów archiwalnych. Stworzyć podstawy do opracowania prawdziwie pełnej monografii gen. Franciszka Kleeberga. To, co dotychczas ukazało się w Polsce i za granicą, jest materiałem niedostatecznym. Chciałbym napisać monografię o kleeberczykach zasłużonych dla Polski. Przeglądam relacje tych ludzi. Mój Boże, co za wspaniałe postacie. Ważne, żeby idea Kleeberga – Salus Poloniae suprema lex esto – nie została zapomniana...

kpt. Henryk Jasionowski
spisał Jerzy Chromik

Wspominający gen. Franciszka Kleeberga kpt. Henryk Jasionowski był w pamiętnych dniach dowódcą 2 kompanii 183 pułku piechoty dywizji Kobryń.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną