Pola śmierci
W swej książce o Europie między Hitlerem a Stalinem amerykański historyk opowiada o milionach ofiar dwóch bezwzględnych dyktatorów XX w.
Timothy Snyder, „Bloodlands: Europe between Hitler and Stalin”.
materiały prasowe

Timothy Snyder, „Bloodlands: Europe between Hitler and Stalin”.

„Bloodlands” (ziemie przesiąknięte krwią) według Snydera.
Polityka

„Bloodlands” (ziemie przesiąknięte krwią) według Snydera.

Tinothy Snyder, profesor katedry historii Europy Wschodniej uniwerystetu w Yale.
Wikipedia

Tinothy Snyder, profesor katedry historii Europy Wschodniej uniwerystetu w Yale.

Żołnierz niemieckiego Brendkomanndo w Warszawie, 1944 r.
Bundesarchiv/Wikipedia

Żołnierz niemieckiego Brendkomanndo w Warszawie, 1944 r.

W czasie wojny Niemcy zagłodzili około 3 milionów jeńców radzieckich.
BEW

W czasie wojny Niemcy zagłodzili około 3 milionów jeńców radzieckich.

Dzisiejsza pamięć Europy, jeśli można użyć takiego terminu – pisze ukraiński historyk Jarosław Hrycak – w znacznej części ukształtowała się dzięki wykluczeniu doświadczeń jej wschodnioeuropejskiej części. W jakimś stopniu jest to dziedzictwo zimnej wojny”. Twierdzenie to można rozszerzyć: nie tylko pamięć, ale też elementarna wiedza, i to całego zachodniego świata.

Hrycak ma na myśli pamięć lat 1932–45. Głównymi wydarzeniami tego czasu w Europie było, wedle zachodniej wiedzy potocznej, przejęcie władzy w Niemczech przez Hitlera, jego napaść na państwa zachodnie i na Rosję, Holocaust, wreszcie wyzwolenie Europy przez sprzymierzone siły USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR. Skuteczne rozszerzenie tego kanonu przyniósł dopiero „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna (wyd. 1973–75), który zburzył naiwny obraz Związku Radzieckiego, odsłaniając jego fundamenty – terror i niewolnictwo. Natomiast kraje „demokracji ludowej” pozostały na Zachodzie ledwie aneksem do ZSRR.

Pamiętam moje zdumienie, gdy byłem przed 40 laty w USA i 1 września żaden z dzienników nie przypomniał, co to za data. Podobnie Powstanie Warszawskie i zniszczenie polskiej stolicy nie przebiło się do świadomości zachodniej. Każdy kraj naszej strefy miał przykre poczucie, że we wspólnej historii Europy jego przejścia zasłużyły najwyżej na wzmianki. Nie mówię tu o historiografii akademickiej, lecz o tym, jaki zasób informacji i skojarzeń wynosi ze szkół i z mediów przeciętny Europejczyk, a cóż dopiero Amerykanin. Tego automatycznie zmienić nie mogło rozszerzenie NATO i Unii Europejskiej.

Otóż jest możliwe, że wyłomu w tym murze ignorancji dokona wydana w minionym roku książka Timothy’ego Snydera „Bloodlands”. Dzieło to, respektujące normy publikacji naukowej, zostało bowiem wydane w wydawnictwie szerokiego obiegu i od razu wywołało recenzje w głównych dziennikach i czasopismach amerykańskich i brytyjskich, wzbudzając też gorące spory. Snyder nie jest oczywiście pierwszym amerykańskim historykiem, który kraje Europy Środkowo-Wschodniej obrał za przedmiot swojej specjalności, ale pierwszym, który tę marginalną do tej pory tematykę wprowadził do głównego nurtu zainteresowań intelektualnych i politycznych. Młody profesor Yale University po kilku wydanych książkach wszedł do grona szeroko znanych historyków. Dopomógł mu w tym świetny styl pisarski i śmiałe interpretacje. O prawa do tłumaczenia książki zgłosili się już wydawcy z 16 krajów.

Snyder jest od paru lat nieźle znany w Polsce jako autor książek oświetlających intrygujące tematy z naszych dziejów oraz dzięki licznym artykułom, wywiadom i medialnym dyskusjom. Nasz język opanował do perfekcji. Polski przekład „Bloodlands” ma się ukazać wiosną. Nie wiem, jak polski tłumacz poradzi sobie z tytułem (Ziemie przesiąknięte krwią?), ale z podtytułem nie będzie miał kłopotu: „Europa między Hitlerem a Stalinem”. Owo „między” jest jednak wskazówką niezbyt wyraźną: oznacza kraje, które zaznały rządów obydwu dyktatorów. Ci bądź dzielili się ich ziemiami, bądź toczyli ze sobą śmiertelne zmagania. Nie wojna jednak jest tematem książki Snydera, lecz masowe morderstwa obu dyktatorów w czasie wojny – i w czasie pokoju.

Zagłada

W takim ujęciu tematem głównym stała się oczywiście Zagłada Żydów, a obszar, na którym się dokonała, zakreślają z grubsza granice Bloodlands. Obejmują one II Rzeczpospolitą, trzy państwa bałtyckie, Białoruś, Ukrainę i pas zachodniej Rosji (zob. mapa). Snyder z zakresu swych rozważań wyłączył obozy koncentracyjne – tak niemieckie, jak sowieckie – rozrzucone na znacznie większym obszarze, jako że uznał je za obozy katorżniczej pracy, pozostawiające więźniom wątłą szansę przeżycia.

Uwagę autora przykuwają morderstwa dokonywane wprost na polecenie i z aprobatą najwyższych władz Niemiec lub ZSRR. W porównaniu z konwencjonalną edukacją przesuwa on chronologię i geografię Zagłady, która rozpoczyna się wraz z inwazją Wehrmachtu na Związek Radziecki latem 1941 r. W ślad za armią szły bowiem tzw. oddziały do zadań specjalnych (Einsatzgruppen), które dokonywały egzekucji Żydów, zrazu obywateli polskich, a nieco dalej sowieckich. Rozmiary operacji rozszerzały się, toteż do akcji włączono oddziały SS, policji porządkowej i Wehrmachtu, a zbiorowe egzekucje stawały się realizacją planu tzw. ostatecznego rozwiązania. Dokonywały się, jak w Babim Jarze w Kijowie, metodą rozstrzeliwania zbiorowego albo indywidualnego, seryjnego. Z reguły ofiarom przed śmiercią kazano kopać dla siebie wspólne groby.

Sposoby te – podkreśla Snyder – nie miały w sobie nic z tego przemysłowego systemu zabijania, jaki wielu autorów uznało później za szczególną cechę Szoah. Na Wschodzie mordercy w mundurach swoje obnażone ofiary obu płci i wszelkiego wieku widzieli z bliska i ćwiczyli się w chłodnym, beznamiętnym strzelaniu do żywych celów. Dopiero w 1942 r., w Generalnym Gubernatorstwie i na wschodnich obrzeżach ówczesnego Reichu, Niemcy zaczęli eksperymentować z zabijaniem Żydów polskich spalinami silników samochodowych. W ostatniej wreszcie fazie tego naukowego postępu pojawiły się komory gazowe, w których ofiary zwożone pociągami z całej podbitej przez Niemcy lub podporządkowanej im Europy (z Polską włącznie) uśmiercano w Auschwitz cyklonem B, wrzucanym przez otwór w dachu. Kombinat Auschwitz-Birkenau – obóz koncentracyjny obok komór gazowych i krematoriów – stał się na świecie niemal tożsamy z Zagładą, chociaż – jak dowodzi Snyder – blisko 90 proc. ogólnej liczby zamordowanych Żydów zgładzono już wcześniej.

Głodem i karabinem

Gdyby autor poprzestał na rozdziałach o Holocauście i fabrykach śmierci, jego praca byłaby i tak godna uwagi, ale utonęłaby zapewne w bibliografii tysięcy publikacji z tej dziedziny. To, co z książki tej uczyniło dzieło dla jednych wybitne, dla innych niefortunne, to fakt, że Snyder odważył się Zagładę Żydów omówić razem z innymi masowymi zbrodniami zarówno Hitlera jak i Stalina. Po stronie niemieckiej mamy tu przede wszystkim zagłodzenie z zimną krwią na śmierć około 3 mln sowieckich jeńców wojennych, trzymanych w nieludzkich warunkach w obozach pod gołym niebem. Jedyną drogą wyjścia z takiej trupiarni było przystanie do kolaboranckich formacji zbrojnych, gotowych walczyć przeciw byłym towarzyszom broni, pacyfikować Powstanie Warszawskie albo pilnować porządku w Sobiborze czy w Treblince.

Ta zbrodnia na jeńcach wojennych nie zyskała dotąd obfitej literatury i nie stała się wiedzą powszechną. Do niemieckich zbrodni masowych Snyder zaliczył także śmierć z głodu miliona mieszkańców oblężonego Leningradu, terror i egzekucje publiczne pod okupacją na Białorusi sowieckiej i na obszarze Rzeczpospolitej, z zamiarem wytępienia zwłaszcza warstw wykształconych, wreszcie wyniszczenie cywilnej ludności Warszawy w czasie Powstania.

Na tym jednak nie koniec, ponieważ rozdziały o zbrodniach hitlerowskich zostały poprzedzone i dopełnione rozdziałami o terrorze Stalina i aparatu NKWD.

Zbrodnie sowieckie

Ich historię Snyder rozpoczyna przypomnieniem głodu na Ukrainie w latach 1932–33, który wyludnił całe połacie kraju, pozostawiając po sobie kilka milionów trupów i krew mrożące opowieści. W jakiej mierze pomór był skutkiem kolektywizacji wsi i eksportu zboża za wszelką cenę, w jakiej zaś rezultatem zamierzonej polityki zdziesiątkowania krnąbrnego ukraińskiego chłopstwa, pozostaje do dziś kwestią sporną, chociaż jedno z drugim się nie kłóci.

Snyder opowiada, jak Stalin na użytek Europy lansował hasło Frontu Ludowego przeciw faszyzmowi, a równocześnie wzmagał w ZSRR obłędny terror, którego kulminacja przypadła na lata 1937–38. Pierwszą po tzw. kułakach jego ofiarą padli Polacy, którzy pozostali poza granicą wytyczoną przez traktat ryski (1922 r.). Ich masowe aresztowania, taśmowe wyroki za rzekome szpiegostwo lub konspirację czy wywózki do Kazachstanu były dla NKWD ćwiczeniem w wykorzenianiu całych narodowości lub innych kategorii budzących nieufność Stalina. O tym, jak i o łagrach, mało co chciano wiedzieć na Zachodzie. Ojczyzny proletariatu i przywódczej siły antyfaszystowskiej nie wypadało podejrzewać o jakieś skrywane czyny.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną