Historia

Testament konającej republiki

Jak to było z Konstytucją 3 Maja

Konstytucja 3 Maja, obraz Jana Matejki. Konstytucja 3 Maja, obraz Jana Matejki. Wikipedia
Konstytucję majową 1791 r. uważa się – obok Grunwaldu, Solidarności i Euro 2012 – za dowód na to, że Polak potrafi. Niestety, w tym akurat wypadku, choć bardzo się starał, okoliczności mu nie sprzyjały.
Oryginał strony tytułowej Ustawy Rządowej.Wikipedia Oryginał strony tytułowej Ustawy Rządowej.
Alegoryczna rycina ukazująca króla otaczającego opieką wszytkie stany (aut. Daniel Chodowiecki).Kamil Kajko/Forum Alegoryczna rycina ukazująca króla otaczającego opieką wszytkie stany (aut. Daniel Chodowiecki).
Zaprzysiężenie konstytucji 3 maja. Rysunek Jana Piotra Norblina.Wikipedia Zaprzysiężenie konstytucji 3 maja. Rysunek Jana Piotra Norblina.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w maju 2015 roku.

Przez wieki Trzeci Maja był symbolem światłego patriotyzmu, łączącego niepodległość z nowoczesnością. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że warto zwrócić uwagę na ten drugi aspekt majowej konstytucji: była ona ukoronowaniem bezprecedensowego w historii Polski dzieła reform ustrojowo-społecznych.

Reformy, jak wiemy aż za dobrze, są rzeczą trudną: trzeba mieć jasną wizję zmian, odpowiednie środki i stosowne poparcie. Autorzy konstytucji działali w warunkach skrajnie niesprzyjających – mieli licznych wrogów nie tylko w kraju, ale przede wszystkim w ościennych mocarstwach, Rosji i Prusach. Niestety, wrogów tych nie docenili i mimo szlachetnych intencji po chwilowym triumfie przegrali z kretesem. Trzeci Maja stał się testamentem konającej ojczyzny, a nie cudownym lekarstwem na trawiące ją choroby.

Obywatelom dawnej Rzeczpospolitej samo pojęcie reform politycznych długo wydawało się horrendalną aberracją. Żyli oni w błogim przekonaniu, że ustrój demokracji szlacheckiej, znany jako złota polska wolność, jest po prostu najlepszy z możliwych. Dopiero pierwszy rozbiór z 1772 r. sprawił, że idea zmian zagościła w umysłach szerszej warstwy polsko-litewskich obywateli.

To, że Rzeczpospolita była od kilkudziesięciu lat rosyjskim protektoratem, nadal nie oburzało ich jednak bardziej niż podejrzenie, że usadowiony na polskim tronie Stanisław August Poniatowski pragnie więcej władzy dla siebie i swojej rodziny, legitymującej się śmiesznym herbem Ciołek. Ale w ciągu następnego ćwierćwiecza dojrzało pokolenie ludzi wychowanych w szkołach nowego typu, działających pod auspicjami Komisji Edukacji Narodowej, zorganizowanej przez króla i jego stronnictwo reform. Ludzie ci byli też nieustannie bombardowani przez oświeceniową publicystykę i literaturę, a nawet gazety, które głosiły potrzebę reform ustrojowych. Głosiły też nowy, narodowy patriotyzm: obejmujący ogół mieszkańców Rzeczpospolitej, a nie tylko naród szlachecki. Idee te uchodziły długo za niezdrowe przejawy obcej, francuskiej głównie, mody, w końcu jednak przeniknęły do znacznej liczby szlacheckich głów wraz z modą na peruki, surduty, kamizelki i golenie zarostu na twarzy.

Tacy właśnie, przeważnie młodzi ludzie, stanowili większość posłów wybranych na Sejm jesienią 1788 r. Po raz pierwszy od dziesięcioleci tylko nikła ich część była przekupiona przez obcych dyplomatów. Sejm ten był skonfederowany, czyli obradował bez przerwy (dwa lata później, zamiast go rozwiązać, dokooptowano nowy komplet posłów) i decydował większością głosów.

Tak korzystne, z punktu widzenia reformatorów, rozwiązanie możliwe było z dwu powodów. Po pierwsze, Rosja, gwarantująca oficjalnie i praktycznie, że do polskiego ustroju nie zostaną wprowadzone żadne zmiany, znajdowała się akurat w opałach. Caryca Katarzyna zmuszona była prowadzić wojnę jednocześnie z Turcją i Szwecją, na dodatek popieranymi przez Anglię i Prusy, i nie mogła nieposłusznym Polakom niczym zagrozić. Złudne poczucie bezpieczeństwa wzmogła propozycja sojuszu ze strony Prus. Mimo oporów Poniatowskiego – który zawsze bał się swojej byłej kochanki i zarazem zawsze miał nadzieję, że jakoś się z nią dogada – Sejm przyjął ofertę i uznał, że Rzeczpospolita nie musi się już bać Rosji, ma bowiem potężnego alianta.

Po drugie zaś, idea reform pogodziła ze sobą głównych przedstawicieli stronnictw Potockich i Czartoryskich, które zwalczały się przez większość XVIII w. Pozostawało im jeszcze pogodzić się z królem (niegdyś ubogim krewnym Czartoryskich), a także przekonać do swoich pomysłów posłów i opinię publiczną.

Kierowany przez marszałka Stanisława Małachowskiego i przywódcę tzw. patriotycznego (czyli tyleż antyrosyjskiego, co antykrólewskiego) stronnictwa Ignacego Potockiego Sejm ogłosił powstanie stutysięcznej armii, a nawet uchwalił podatki i powołał 72 komisje terenowe. Prace szły jednak bardzo powoli: opozycja korzystała z przywileju przeciągania obrad, posłowie wygłaszali wielogodzinne mowy. Jeszcze dłużej trwało, zanim patrioci pogodzili się z myślą o jakimś kompromisie z królem i o przyznaniu mu pewnych prerogatyw.

Prace nad konstytucją ruszyły z kopyta dopiero pod koniec 1790 r. Co charakterystyczne, odbywały się one w tajemnicy: autorami Ustawy Rządowej mieli być król, Potocki, Małachowski, radykał Hugo Kołłątaj i królewski sekretarz Piattoli, kursujący między nimi w konspiracyjnym niemal sekrecie. O planach reform informowano jednak Prusaków; skutek odwrotny był od zamierzonego: zamiast zachwytu sojuszników wzbudzono ich zaniepokojenie myślą, że polskie reformy mogą się udać.

Konstytucję uchwalono w sposób, delikatnie mówiąc, półlegalny. Wielkanoc 1791 r. wypadała, tak jak w tym roku – 24 kwietnia. Pierwszą sesję Sejmu po świątecznych wakacjach oznaczono na 5 maja, licząc na to, że nie wszysycy zdążą dojechać. Jednak sekret wyciekł; autorzy ustawy wezwali więc zaufanych posłów i senatorów do Warszawy już na 3 maja. Poprzedniego dnia odbyło się publiczne czytanie projektu; podpisało się pod nim 84 posłów i senatorów spośród ponad 500 uprawnionych do głosowania, a zatem nikła mniejszość. Opozycja również ściągała na gwałt do stolicy.

3 maja Zamek Królewski otoczyło wojsko oraz tłum mieszczan, domagających się konstytucji, galerie zapełniły żywo kibicujące ustawie damy. Najpierw odczytano odpowiednio spreparowane depesze zagraniczne, mające uświadomić posłom, zebranym w liczbie 183, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie. Nastąpiła burzliwa, jak to było do przewidzenia, debata, która ciągnęła się ponad sześć godzin. Kiedy Poniatowski po raz czwarty podniósł rękę, dając znak, że chce przemawiać, jeden z posłów uznał, że król zaczyna już składać przysięgę na nową konstytucję. Dokonało się to na dziedzińcu zamkowym (król wszedł na krzesło i przysięgał na Ewangelię biskupowi krakowskiemu Feliksowi Turskiemu) pośród entuzjazmu zgromadzonego tłumu, bez żadnego głosowania.

Trudno orzec, czy zadecydowało o tym ogólne uniesienie i bałagan, czy też obawiano się, że mimo uszczuplonego grona posłów wniosek i tak nie przejdzie. Jeden z przeciwników projektu zapisał, że panował „zgiełk w Paryżu tylko praktykowany”. Na sali pozostało 72 nieprzekonanych posłów; część z nich wniosła nazajutrz do akt grodzkich formalny protest.

Konstytucja (wraz z poprzedzającymi ją ustawami) wprowadzała w Rzeczpospolitej ustrój podobny do funkcjonującego w ówczesnej Anglii. Likwidowała zmory polskiego parlamentaryzmu, wprowadzając głosowanie większością, niezależnie od instrukcji sejmików wojewódzkich (co znamienne, w sprawie podatków wprowadzono większość kwalifikowaną aż trzech czwartych głosów). Ustanawiała rząd, powoływany przez króla, ale odpowiedzialny przed parlamentem, którego rozporządzenia miały być opatrzone podpisem monarchy oraz odpowiedniego ministra.

Przyznawała wiele praw mieszczanom (ale tylko z miast królewskich), w tym prawo do nabywania ziemi, i otwierała dość szeroką furtkę do nobilitacji mieszczan, czyli przyznania im także praw politycznych. Wspominała nawet dość ciepło o chłopach, obiecując otoczyć ich opieką, a tym, którzy przybywali z zagranicy, dawała całkowitą wolność osobistą – ten ostatni punkt odczytano w Petersburgu jako akt perfidnej dywersji, zmierzającej do wyludnienia zachodniej Rosji.

Niestety, zawierała też sporo ewidentnie chybionych pomysłów. Po pierwsze, odbierała prawa polityczne szlachcie nieposiadającej ziemi, zwanej dosadnie gołotą, znanej z awanturnictwa i przekupności. Był to co najmniej niezręczny krok wobec znacznej części aktywnych politycznie obywateli, którzy co prawda nie płacili podatków, nie mówili po francusku i nie myli się, ale czuli się patriotami i tworzyli trzon polskiego wojska wówczas i długo potem.

Po drugie, znosząc wolną elekcję monarchy, przyczynę tylu kłopotów w przeszłości, powołano na tron saskich Wettinów. Było to pozornie bardzo sprytne: odbierając szlachcie prawo wyboru króla, dawano jej najpopularniejszą dotychczasową dynastię (w odróżnieniu od późniejszych historyków, szlachta Sasów bardzo lubiła, zwłaszcza August III wydawał się jej królem idealnym: do niczego się nie wtrącał, urządzał za to wspaniałe bale i polowania). Nikt jednak nie poinformował o tym fakcie elektora saskiego, a tym bardziej jego córki, mianowanej na wyrost infantką polską; a poza tym każde stronnictwo miało przecież sekretny pomysł, za kogo by tę infantkę w przyszłości wydać za mąż.

Po trzecie, konstytucja ustanawiała „świętą wiarę rzymską” religią panującą, zabraniając porzucać wyznanie katolickie, co brzmiało bardzo patriotycznie, ale jak na koniec XVIII w. już także archaicznie.

Po czwarte wreszcie, w ferworze prac jakby mimochodem zlikwidowano Wielkie Księstwo Litewskie, co nie mogło się podobać licznym litewskim urzędnikom (dotychczas w głównych urzędach panował ścisły polsko-litewski parytet) ani tym bardziej nie podoba się dzisiejszym Litwinom. Można by uznać to za znak, że w tym czasie oba kraje (a więc i narody?) scaliły się już ze sobą, gdyby nie to, że tę ewidentną niezręczność próbowano naprawić pół roku później w specjalnym Zaręczeniu Obojga Narodów, które potwierdzało, że urzędy będą wspólne, ale parytet ocaleje.

Rok i dwa tygodnie później wojska rosyjskie wkroczyły z interwencją. Warto podkreślić, że ci, którzy zawiązali konfederację targowicką i prosili o tę interwencję, nie byli rosyjskimi agentami. Wprost przeciwnie, byli pośród nich niezmiernie bogaci i wpływowi ludzie (z polskim ministrem wojny hrabią Branickim włącznie), którzy sami wyłożyli masę pieniędzy na łapówki dla dworaków Katarzyny, byle tylko ci przedstawili jej Trzeci Maja jako dzieło „awanturników, ateistów i demokratów”. W tym czasie we Francji szalała Wielka Rewolucja i te pojęcia w umysłach arystokratów i monarchów zlewały się w odrażającą całość.

Trzeba też pamiętać, że w XVIII w. o pomoc wojskową prosili Rosję wielokrotnie polscy monarchowie i wszystkie właściwie główne stronnictwa, z reformatorami włącznie. Tragowiczanie pojmowali patriotyzm w sposób uświęcony długą tradycją: woleli władzę obcą niż podeptanie wolności przez tyrana Poniatowskiego herbu Ciołek i jego konstytucję.

Przez ów rok, kiedy konstytucja funkcjonowała, Polacy wykonali mnóstwo pracy legislacyjnej, uzupełniającej i precyzującej jej postanowienia. Nie zadbali natomiast zupełnie o armię: z planowanych 100 tys. żołnierzy udało się wystawić w polu ok. 40 tys., pozbawionych doświadczonych dowódców, a także amunicji. Ignacy Potocki udał się z beznadziejną misją do Berlina, gdzie rozgniewał pruskiego monarchę, powołując się na postanowienia prusko-polskiego sojuszu z 1790 r. Okoliczności się zmieniły – usłyszał.

Po dwóch miesiącach Rosjanie, mimo kilku drobnych porażek, zbliżali się już do Warszawy. Na słynnej naradzie polskich przywódców 23 lipca 1792 r. za przystąpieniem do konfederacji targowickiej głosował król i siedmiu innych współtwórców konstytucji, przeciw było pięciu. Katarzyna nie pozwoliła im nawet skapitulować – o formalnej wojnie między Rosją a Polską nie było przecież mowy. Nieugięci musieli szybko udać się na emigrację: caryca miała już uzgodnioną z targowiczanami listę „spiskowców” do ujęcia.

Historycy kilkakrotnie spierali się, czy większość szlachty była za Trzecim Maja, czy za targowicą. Brak jednoznacznych dowodów pozwala przypuszczać, że większość wolała zanadto się nie wychylać i poczekać, co z tego wszystkiego wyniknie.

Trzeba oddać twórcom konstytucji, że choć zupełnie nie docenili swych przeciwników, zaniedbali armię i fałszywie oceniali intencje wszystkich właściwie państw ościennych, mieli jednak dobre pomysły z dziedziny public relations. Trzeci Maja ogłoszono świętem narodowym natychmiast, a nawet wyproszono u papieża przeniesienie dnia patrona Polski św. Stanisława z 8 na 3 maja, dzięki czemu święto miało zbiegać się z imieninami króla i marszałka Małachowskiego. Powołano Towarzystwo Przyjaciół Konstytucji, którego członkowie rozjechali się po kraju apostołować za ustawą wśród szlachty; utworzono też oddziały zagraniczne. W pierwszą rocznicę, z inicjatywy Kołłątaja, wmurowano kamień węgielny pod budowę Świątyni Opatrzności (ponad dwieście lat potem dzieło podjął prymasa Glemp). Kiedy wojska rosyjskie przekraczały granicę, Warszawa „śród uroczystości i zabaw tchnęła ogniem marsowym...”.

Co znamienne jednak, do trzeciomajowych rozwiązań nie powrócono z różnych przyczyn, ani w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, ani w Księstwie Warszawskim, ani w Królestwie Polskim. Dopiero też w tym ostatnim, od 1820 r., odżyła tradycja świętowania Trzeciego Maja; obchody organizowali studenci (początkowo w Lasku Bielańskim), a blasku przysporzyło im to, że zwalczały je prorosyjskie władze. W czasie powstańczych obchodów w 1831 r. twierdzono już, że „nasza rewolucja [jest] uzupełnieniem spokojnej rewolucji Trzeciego Maja”.

Przywrócenie konstytucji stało się później oficjalnym programem emigracyjnego Hotelu Lambert. „Nasz naród – głosiła odezwa stronnictwa – wzniósł się nagle na poziom ducha do potęgi moralnej, jakiej dotąd żaden inny naród nie osiągnął, a nawet do niej nie dążył”. Ten pogląd, który miał się w polskiej tradycji zadomowić i w rozwodnionej wersji nadal nadaje jej ton, sformułował jeszcze dobitniej czołowy romantyczny publicysta Maurycy Mochnacki, stwierdzając, że w 1791 r. naród polski „wzmógł się na kształt atlety, dobiegającego kresu... Odmłodniał i energiczniej wyraził swego ducha konając, niż inne narody w początkach swoich, albo we wzroście”. Warto jednak pamiętać, że zarówno radykalni demokraci, jak i galicyjscy konserwatyści mieli o konstytucji, z różnych powodów, złe zdanie.

Dopiero pod koniec XIX w., wraz z pojawieniem się partii masowych, Trzeci Maja stał się symbolem, do którego odwoływały się wszystkie stronnictwa, i jako taki ustanowiony został w 1919 r. „uroczystym świętem po wieczne czasy”. Każda partia znajdowała tu coś dla siebie; piłsudczykom np. bardzo podobało się, że konstytucję uchwalono drogą zamachu stanu i na dodatek w maju. Tylko komuniści ignorowali święto; jeszcze pod zaborami zabiegali o to, żeby Pierwszego Maja nie łączyć z Trzecim, a po objęciu władzy całkiem Trzeci skasowali, dzięki czemu stał się on głównym świętem demokratycznej opozycji w późnym PRL.

Jak się wydaje, niechęć komunistów do Trzeciego Maja była tylko częściowo ideologiczna: dużą rolę grała tu po prostu pechowa bliskość Pierwszego, która automatycznie spowodowała rywalizację obu majowych świąt. Przecież sam Karol Marks stwierdził: „Przy wszystkich swych brakach konstytucja ta widnieje na tle rosyjsko-prusko-austriackiej barbarii jako jedyne dzieło wolnościowe, jakie Europa Wschodnia kiedykolwiek samodzielnie stworzyła”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak być empatycznym i jednocześnie pozostać szefem

Dlaczego dobry szef powinien być inteligentny emocjonalnie.

Katarzyna Czarnecka
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną