Historia

Upadek fortu Świętego Elma

Malta 1565 r. - starcie islamu i chrześcijaństwa

Oblężenie Malty 1565 na obrazie z epoki. Na krancu półwyspu Sciberras fort  św. Elma (w kształcie gwiazdy). Oblężenie Malty 1565 na obrazie z epoki. Na krancu półwyspu Sciberras fort św. Elma (w kształcie gwiazdy). Wikipedia
„Nie ma nic słynniejszego niż oblężenie Malty” – to zdanie, wypowiedziane przez Woltera, straciło już aktualność. A wynik tej zapomnianej dziś, wspaniałej bitwy był z pewnością jednym z punktów zwrotnych historii świata.
Renesansowa zbroja rycerska z czasów Wielkiego Oblężenia.marfis75/Flickr CC by SA Renesansowa zbroja rycerska z czasów Wielkiego Oblężenia.
Człowiek z żelaza, który uratował Europę przed turecką inwazją - Wielki Mistrz Jean Parisot de la Valette.Peter Grima/Flickr CC by SA Człowiek z żelaza, który uratował Europę przed turecką inwazją - Wielki Mistrz Jean Parisot de la Valette.
Szturm na fort św. Elma.Wikipedia Szturm na fort św. Elma.
Sulejman Wspaniały w czasach młodości. Niepowodzenie na Malcie było jego najwiekszą klęską.Wikipedia Sulejman Wspaniały w czasach młodości. Niepowodzenie na Malcie było jego najwiekszą klęską.
Turgut Reis zwany też Dragut, słynny muzułmański korsarz. Jego spóźnienie zadececydowało o klęsce tureckiej armii na Malcie.Wikipedia Turgut Reis zwany też Dragut, słynny muzułmański korsarz. Jego spóźnienie zadececydowało o klęsce tureckiej armii na Malcie.

Był rok 1564. Władca osmańskiego imperium, Sulejman, dla licznych zalet zwany Wspaniałym, zbliżał się powoli do kresu swych dni. Miał lat 69, rządził od 44. Nie tylko we własnym mniemaniu miał prawo używać tytułów „Króla Królów, Władcy Wszystkich Wiernych i Niewiernych, Cienia Bożego na Ziemi, Cesarza Wschodu i Zachodu, Pana Całego Świata…”.

Jego panowanie wypełniał szereg wielkich zwycięstw, osoba wzbudzała szacunek i strach. Ojciec Sulejmana, Selim I na łożu śmierci nakazał mu kontynuowanie podbojów ziem należących do chrześcijan (czy raczej bezprawnie zajętych przez niewiernych). Młody władca ojcowskie przykazanie realizował konsekwentnie i z wielkim talentem – w drugiej swojej zwycięskiej kampanii zdobył wyspę Rodos (1523), należącą dotąd do Zakonu Rycerzy Szpitala Jerozolimskiego Św. Jana Chrzciciela – znanego też pod nazwami Joannitów i Szpitalników. Sulejman nierosądnie – jak się później miało okazać – zaproponował pobitym rycerzom, wśród których był młody Jean Parisot de la Valette, honorowe warunki, i pozwolił im opuścić wyspę.

Kawalerowie maltańscy

Nową siedzibą Zakonu stała się Malta, podarowana rycerzom przez cesarza Karola V. Wysepka mała, kamienista, niemal jałowa, różna we wszystkim od przypominającej rajski ogród Rodos, lecz mająca większe znaczenie strategiczne. Dzięki swemu położeniu Malta panowała nad szlakami morskimi ze wschodniej do zachodniej części basenu Morza Śródziemnego. Co więcej, jej naturalne porty mogły stanowić bazę dla dowolnie wielkiej floty. Po objęciu wyspy w posiadanie (1530) Joannici, którzy już na Rodos stali się wyśmienitymi żeglarzami, zaczęli – ku rosnącej irytacji Sulejmana – bezwzględnie zwalczać morski handel Osmanów (atakując zarówno kupców tureckich, jak i tych chrześcijańskich, którzy nie chcieli przestrzegać embarga nałożonego na sprzedaż Turcji materiałów wojennych).

Jesienią 1564 r. na dwór padyszacha dotarły wiadomości o kolejnej napaści Joannitów – płynący z Wenecji do Konstantynopola wielki statek handlowy wielce wpływowego eunucha Kustir Agi, został zdobyty i uprowadzony na Maltę wraz z załogą, pasażerami i ładunkiem o wartości 80 tys. dukatów. Strata była tym trudniejsza do zniesienia, że statek eskortowało 20 tureckich galer, które zostały pokonane w bitwie morskiej przez zaledwie 7 galer rycerzy, dowodzonych przez najbieglejszego żeglarza spośród Joannitów, kawalera Romegasa. To wydarzenie spełniło rolę zapalnika. Dywan, doradcze ciało złożone z najważniejszych dostojników imperium, opowiedziało się za inwazją na Maltę i ostatecznym zniszczeniem Zakonu. Sułtan wyraził zgodę.

Sulejman wyznaczył dwóch dowódców, którzy mieli pokierować armią i flotą. Pierwszym z nich był Lala Mustafa Pasza, doświadczony generał, religijny fanatyk, człowiek o wielkiej osobistej odwadze, nawet jak na ówczesne tureckie standardy niezwykle brutalny i okrutny. Miał on dowodzić wszystkimi siłami lądowymi. Dowództwo nad flotą powierzono Mahmetowi Piali Paszy, zaledwie 35-letniemu admirałowi, który już zdążył okryć się chwałą, pokonując zjednoczoną flotę chrześcijan bitwie pod Djerbą (1560 r.). Sułtan świadomie podjął decyzję o rozdzieleniu kompetencji dowódców, co więcej – żadnego z nich nie wyznaczył na naczelnego wodza wyprawy, co miało mieć fatalne skutki w przyszłości. Zalecił jedynie, by obaj słuchali rad Draguta, najsłynniejszego z żyjących muzułmańskich korsarzy.

Turecka armada

Przygotowania rozpoczęto natychmiast – rozkazano wyremontować wszystkie dostępne galery i wybudować wiele nowych, zgromadzono wielką ilość materiałów wojennych. Szczególnie zadbano o doskonałą turecką artylerię. Nie wiemy dokładnie, ile dział liczył korpus artyleryjski, ale kronikarz oblężenia, Francisco Balbi di Correggio napisał, że znalazły się wśród nich: dziewięciotonowy bazyliszek strzelający kulami o wadze 160 funtów (ponad 70 kg), dwa działa strzelające pociskami 80-funtowymi (ok. 36 kg) i cztery wystrzeliwujący kule 60-funtowe (ok. 27 kg), oraz wiele mniejszych dział. Zapas amunicji to ponad 100000 żelaznych kul armatnich różnych kalibrów i 750 ton prochu.

Flota składała się ze 130 galer wojennych, 30 galeotów (mniejszych niż galery), 9 barek, 9 dużych statków handlowych i około 200 mniejszych jednostek należących do kupców, handlarzy niewolników i wszystkich tych, którzy mieli nadzieję wzbogacić się na wojnie. Zaokrętowano 6300 Janczarów – wyselekcjonowanych na tę okazję z tego i tak elitarnego korpusu, uzbrojonych w większości w długie muszkiety; 9000 Spahisów (choć zwykle służyli jako jazda, na Malcie w większości walczyli jako ciężka piechota); 4000 ochotników – religijnych fanatyków, których zielone turbany świadczyły, że traktują wyprawę jak pielgrzymkę do Mekki i ponad 6000 korsarzy i żeglarzy. Zdaniem Balbiego, całość tureckiego korpusu liczyła 48000 ludzi (współcześni historycy obliczają jego liczebność na około 30000) – siły aż zbyt potężne, by ujarzmić jedną małą i dość słabo ufortyfikowaną wysepkę. Bo też nie ona była głównym celem Sulejmana.

Malta miała stanowić zaledwie pierwszy krok w planie zadania chrześcijaństwu śmiertelnego ciosu. Po zdobyciu wyspy i jej cennych portów, padyszach zamierzał zaatakować Sycylię, by następnie dokonać inwazji na Półwysep Apeniński i uderzyć w samo serce zachodniego świata. Ten śmiały plan miał wszelkie szanse powodzenia – półwysep wielokrotnie i skutecznie atakowali muzułmańscy piraci i korsarze, nadbrzeżna miasta i prowincje w przeszłości okupowały tureckie oddziały. Jednak niezbędnym warunkiem powodzenia całego przedsięwzięcia było pokonanie Joannitów. Wszystkie przygotowania ukończono wiosną 1565 r. 29 marca flota wyruszyła w drogę.

Architectura militaris

Joannici cieszyli się zasłużoną opinią prawdziwych mistrzów wojny oblężniczej. Ich poprzednia, rodyjska siedziba należała do najpotężniejszych twierdz chrześcijaństwa. Biegłość w zakresie wznoszenia i obrony fortyfikacji była dla zakonu kwestią życia lub śmierci – w nieustających krwawych zmaganiach z potężnymi muzułmańskimi armiami zamki stanowiły ostatnią linię obrony. Ich budowy w Ziemi Świętej rycerze uczyli się od Bizantyjczyków, później pilnie studiowali prace włoskich inżynierów, którzy jako pierwsi dostrzegli konieczność przystosowania architektury militarnej do wymogów epoki prochu.

Jednak przed Wielkim Oblężeniem Malty w 1565 r. Szpitalnicy, choć przebywali na wyspie już ćwierć wieku, nie zdołali jej w wystarczający sposób ufortyfikować. Na intensywne prace brakowało pieniędzy, na przeszkodzie stanęły też wewnętrzne walki pomiędzy frakcjami zakonu.

Joannici zastali na wyspie dwie twierdze (na sąsiedniej wysepce Gozo stała mała cytadela) – maltańska stolica Mdina otoczona była słabymi murami, zaś na jednym z dwóch półwyspów wrzynających się w wody Wielkiego Portu wznosiła się średniowieczna forteca. Wszystkie te umocnienia pochodziły z epoki artylerii mechanicznej i nie mogłyby wytrzymać intensywnego ostrzału z oblężniczych dział. Mury Mdiny zostały wzmocnione, a portową fortecę zamieniono w potężny fort nazwany imieniem Św. Anioła, a na miejscu leżącej za nim wioski rybackiej Birgu wybudowano miasto – główną na Malcie siedzibę rycerzy. Drugi półwysep Wielkiego Portu również otoczono wałem o nowoczesnym, bastionowym narysie. Rozpoczęto budowę jeszcze jednej fortyfikacji – na wysuniętym końcu półwyspu Sciberras, oddzielającym zatokę Marsamuscetto od Wielkiego Portu, wzniesiono niewielki fort, którego działa miały panować na wejściami do obu zatok. Fort nazwano imieniem patrona marynarzy – św. Elma.

Ogromna mobilizacja armii i floty tureckiej nie uszła uwadze doskonałej siatki szpiegowskiej Joannitów. Już jesienią Wielki Mistrz Jean Parisot de La Valette otrzymał wiadomości o pracach w osmańskich stoczniach i arsenałach. Mimo że cel wyprawy starano się utrzymać w ścisłej tajemnicy, La Vallete odgadł, że będzie nim Malta i natychmiast podjął energiczne przygotowania. Wezwał rycerzy zakonu z całej Europy do stawienia się wiosną na wyspie, rozkazał zaciągać najemników (których w XVI-wiecznych Włoszech nie brakowało), gromadzić broń, prochy, zapasy i, nade wszystko, wzmacniać wciąż jeszcze słabe fortyfikacje. Tuż przed inwazją siły Joannitów składały się z 500 rycerzy i zbrojnych serwientów (braci, którzy nie mogli wylegitymować się tak znakomitym pochodzeniem, by zostać pełnoprawnymi członkami zakonu), 400 żołnierzy doskonałej hiszpańskiej piechoty i dalszych 500 z załóg galer, 800 włoskich najemników, i kilku tysięcy słabo uzbrojonych i wyszkolonych Maltańczyków. Łącznie, siły którymi dysponował La Valette nie przekraczały 8000-9000 ludzi, z których mniej niż połowę można by określić mianem żołnierzy. Wojska osmańskie były co najmniej trzy razy liczniejsze.

Wielki błąd

18 maja strażnik stojący na murach St. Elmo dostrzegł turecką flotę. Armada nadpłynęła od południowego wschodu, szykując się do wysadzenia desantu w dużej i bezpiecznej zatoce Marsasirocco. Działa Joannitów wystrzeliły dwa razy – był to umówiony sygnał dla dowódców garnizonów w Mdinie i na Gozo. Zaalarmowana ludność zaczęła pośpieszną ewakuację do wnętrza fortyfikacji – Maltańczycy wiedzieli, że pod turecką okupacją nikt nie będzie bezpieczny. Ponieważ duży oddział jazdy zakonu czekał w pobliżu zatoki, Turcy popłynęli dalej wzdłuż południowego wybrzeża wyspy, by wysadzić zwiadowcze oddziały. Tam schwytali pierwszego jeńca – francuskiego rycerza La Riviere, pod którym w trakcie małej potyczki ubito konia. Główne siły tureckie, już nieniepokojone przez Joannitów, wylądowały w Marsasirocco. O losie nieszczęsnego La Riviere opowiadają dwie, sprzeczne relacje. Według di Correggia, torturowany rycerz uraczył swoich prześladowców przemową o niewzruszonej woli i wierze obrońców wyspy; w innej wersji Francuz wskazał najsłabszy (pozornie) punkt umocnień – mury Birgu.

21 maja właśnie pod Birgu podeszły pierwsze tureckie oddziały, przeprowadzające „rozpoznanie bojem”. La Valette rozkazał rozwinąć sztandary i wyprowadzić przed wały 600 uzbrojonych w arkebuzy piechurów osłanianych przez kawalerzystów. Po pięciogodzinnej bitwie zwycięscy Maltańczycy wrócili za mury z zatkniętymi na piki głowami pokonanych. Następnego dnia żołnierze Mustafy Paszy spróbowali ataku na fort Św. Michała – z tym samym skutkiem. To torturowany La Riviere świadomie wysłał Turków pod najsilniejszy bastion. Zaraz po bitwie dzielny rycerz został zatłuczony przez katów.

Zaraz po porażce w tureckim obozie zwołano radę wojenną, w trakcie której zdecydował się los oblężonej wyspy. Rozdrażniony pierwszymi niepowodzeniami Lala Mustafa Pasza postanowił przejąć dowodzenie nad całością sił. Zaproponował, by 10.000 spieszonych marynarzy wyposażonych w 10 armat z galer zablokowało Mdinę. W tym samym czasie główne siły pod jego dowództwem miały rozpocząć ostrzeliwanie najsilniejszych pozycji Szpitalników – Birgu i fortu Św. Michała. Doświadczony w wielu kampaniach generał wiedział, że przy takiej przewadze sił zamknięcie przeciwnika w murach i równoczesne bombardowanie wszystkich fortyfikacji doprowadzi do zniszczenia Joannitów. Co więcej, zdawał sobie sprawę z kluczowego znaczenia Mdiny – tylko tamtędy mogły przybyć oczekiwane przez wielkiego mistrza sycylijskie posiłki.

Gdyby plan został wprowadzony w życie, Malta najprawdopodobniej zostałaby zdobyta, a zakon ostatecznie zniszczony. Ale, jak napisał Balbi, „Bóg okazał się miłosierny”. Nieoczekiwany opór stawił ambitny młody admirał Piali Pasza. Z pewnością nie podobała mu się wyznaczona rola pomocnika, ale miał też mocniejszy argument – to jemu sułtan powierzył bezpieczeństwo floty, która miała posłużyć do ataku na Sycylię. Bez niej ewentualne zwycięstwo na Malcie nie miałoby większego znaczenia. Dlatego Piali zażądał, by w pierwszej kolejności zdobyć bezpieczne kotwicowisko dla jego kruchych, drogocennych galer.

Dopiero po spełnieniu tego warunku jego ludzie mieli wziąć udział w działaniach na lądzie. W grę wchodzić mogła tylko głęboka zatoka Marsamuscetto, do której dostępu strzegł fort Św. Elma. Mustafa zgodził się niechętnie, nie przewidywał jednak większych trudności.

Wieść o tej decyzji dotarła do wielkiego mistrza dzięki zbiegłemu z tureckiego obozu renegatowi (przez całe oblężenie liczni dezerterzy informowali obie strony). La Valette, stary i doświadczony żołnierz, wnet zrozumiał, jak poważny błąd popełnili Turcy. I postanowił bezwzględnie go wykorzystać.

Najsłabsze ogniwo

Fort św. Elma został zaprojektowany przez włoskiego inżyniera Pietro Pardo w 1551 r. Miał on kształt czteroramiennej gwiazdy, której ramiona-bastiony umożliwiały załodze wzięcie przeciwnika w krzyżowy ogień z dział i arkebuzów. Była to budowla nowoczesna, ale zbyt mała, by móc stawiać poważny opór w razie ataku od strony lądu. O słabości fortu decydował nie tylko jego rozmiar, ale też materiał, z jakiego został zbudowany (piaskowiec i wapień zdecydowanie zbyt słabe na to, by długo opierać się armatnim kulom). Nie zdążono też wyposażyć go w wewnętrzne transzeje i kryte chodniki, umożliwiające załodze bezpieczne przemieszczanie się pod ostrzałem. Jednak największą wadą St. Elmo było jego położenie na najdalej wysuniętym i najniższym fragmencie półwyspu – każda wroga bateria usytuowana na wzgórzach Sciberras mogła prowadzić ogień bezpośrednio do jego wnętrza. Dla wzmocnienia pozycji od strony morza dodano kawalierę (wysoką wieżę wyposażoną w działa), zaś tuż przed samym oblężeniem od strony Sciberras i zatoki Marsamuscetto wzniesiono rawelin (ziemny-drewniany wał chroniący kurtynę, czyli mur fortecy przed bezpośrednim ostrzałem). Mimo tych udoskonaleń, fort Św. Elma był najsłabszym elementem obrony Malty. W czasie oblężenia dowodzić miał nim sędziwy rycerz Luigi Broglia, szarżę nad rezerwami otrzymał Juan de Guaras, kawalierę obsadził Geronimo Sagra.

Najpierw oblegający musieli wybudować stanowiska dla dział, wykuć transzeje (podłoże było litą skałą) dla osłaniających działa strzelców, wreszcie przetransportować wielkie armaty. Dzięki wielkiej liczbie zaangażowanych robotników (w tym chrześcijańskich niewolników z galer) i doświadczeniu osmańskich saperów prace postępowały szybko. Już w nocy 27 maja artyleryjska platforma została ukończona.

Rankiem 28 maja tureckie armaty rozpoczęły skuteczny ostrzał z góry Sciberras; strzelcy, wyposażeni w doskonałe, długie muszkiety bez trudu likwidowali każdego obrońcę, który ośmielił się wystawić głowę ponad parapet muru. Turcy strzelali dzień i noc, nie dając obrońcom chwili wytchnienia. Joannici byli niewzruszeni – każdej nocy łodzie wywoziły rannych do infirmerii (szpitala) w Birgu, każdej nocy przypływali żołnierze mający zastąpić poległych towarzyszy.

Przybycie Draguta

2 czerwca do tureckiego obozu przybył Dragut – 80-letni starzec, wielki wojownik, najsłynniejszy z żyjących muzułmańskich korsarzy, artylerzysta i pogromca twierdz, fanatycznie nienawidzący chrześcijan, nazywany przez współwyznawców „wzniesionym mieczem islamu”.

Dragut swym autorytetem i doświadczeniem przewyższał obu paszów. W lot zrozumiał, jak wielki błąd popełnili tureccy dowódcy, jednak pierwsza krew została przelana – nie można już było odstąpić od murów Św. Elma. Korsarz nakazał budowę baterii po drugiej stronie Marsamuscetto, tak, by wziąć fort w dwa ognie, rozkazał też skupić ogień na rawelinie – dopóki znajdował się on w rękach Joannitów, fort nie mógł być zdobyty. Życzenie Draguta miało się spełnić już następnego dnia.

Wczesnym rankiem 3 czerwca grupa tureckich inżynierów podeszła w pobliże fortu, chcąc ocenić skutki ostrzału. Ku ich zdziwieniu, nikt z załogi rawelinu nie otworzył ognia. Najprawdopodobniej wartownicy zostali zabici przez snajperów, a reszta żołnierzy spała, korzystając z krótkiej chwili wytchnienia. Szybko zawiadomiono Mustafę, który natychmiast wezwał Janczarów. Atak był zupełnym zaskoczeniem – nieliczna załoga rawelinu musiała wycofać się do fortu. Janczarzy, podnieceni sukcesem, ruszyli do ataku na mury. Z drugiej strony, zaalarmowani obrońcy wypadli z fortu, by spróbować odbić utraconą pozycję. „To była prawdziwa bitwa” – napisał z uznaniem kronikarz oblężenia. W toczonej na krótkim dystansie walcze wręcz  opancerzeni rycerze z długimi mieczami mieli przewagę nad lekko uzbrojonymi Turkami. Po pięciu godzinach krwawej walki obrońcy musieli cofnąć się za mury. Zginęło 500 Janczarów, po stronie Joannitów straty wyniosły 80 zabitych, w tym 20 rycerzy. Broglia i de Guaras, obaj ranni, odmówili opuszczenia fortu.

Noc w płomieniach

Utrata rawelinu była dla Joannitów prawdziwym nieszczęściem. Oblegający szybko podwyższyli budowlę tak, że parapet zrównał się z wysokością murów. Po wciągnięciu dwóch dział i obsadzeniu pozycji strzelcami, mogli bezpośrednim ogniem razić każdy cel wewnątrz fortu – nigdzie nie było już bezpiecznego schronienia. Zaczęły pojawiać się opinie, że pozycji nie da się dłużej bronić, jednak La Valette był nieugięty. Łodzie znów dowiozły posiłki.

Wielki mistrz był człowiekiem z żelaza, ale nie bez serca. Ten siedemdziesięcioletni rycerz, który całe życie poświęcił Zakonowi, nie wymagał od swoich współbraci niczego, czego sam by nie uczynił. Miał opinię doskonałego wodza, był też głęboko wierzącym katolikiem (mówiono o nim, że wolałby nawrócić jednego protestanta, niż otrzymać królestwo). Rozumiał jednak, że jeśli Malta padnie, Zakon zostanie ostatecznie zniszczony. Św. Elmo darował Joannitom czas, który la Valette postanowił wykorzystać do wzmocnienia obrony głównych pozycji. W Birgu i forcie Św. Michała dzień i noc trwała budowa nowych fortyfikacji – wznoszono wewnętrzne mury, wzmacniano bastiony, przygotowywano platformy dla dział. Co więcej, każdy dzień oporu Św. Elma zwiększał szanse Joannitów na doczekanie obiecanej przez cesarza odsieczy. Poza tym, stosunek strat był dla Szpitalników bardzo korzystny.

Bunt

Przez kolejne cztery dni trwało nieustanne bombardowanie. 8 czerwca zrozpaczeni Joannici wysłali list do wielkiego mistrza, prosząc go o pozwolenie wyjścia z fortu i stoczenia otwartej bitwy z Turkami o rawelin. La Valette odmówił. Wkrótce po wysłaniu posłańca, Turcy przeprowadzili potężny szturm. Na czele szli oszołomieni haszyszem fanatycy, za nimi atakowali Janczarzy. W siedmiogodzinnej bitwie zginęło 500 z nich, straty Joannitów wyniosły 40 ludzi.

Zaniepokojony La Valette wysłał nocą  trzech rycerzy, którzy mieli ocenić stan fortu i załogi. Jeden z nich, Don Constantino Castriota, wyraził wprost opinię, że nie ma żadnego powodu, by opuszczać Św. Elma. Pewność Castrioty doprowadziła żołnierzy do furii – zamknęli oni wszystkie bramy i zapowiedzieli, że nie wypuszczą wizytatorów, dopóki nie spędzą oni w forcie całego dnia pod ogniem tureckich dział. Kryzys zażegnał de Guaras, który kazał ogłosić alarm – załoga natychmiast ruszyła na stanowiska, co pozwoliło wysłannikom wielkiego mistrza powrócić do Birgu. Nie zrażony zachowaniem żołnierzy Castriota zgłosił swoją kandydaturę na nowego dowódcę – zaczęto nawet zaciąg ochotników, którzy mieli zluzować załogę fortu. W wielką konfuzję wprawiły La Valette’a dwa kolejne listy z fortu – w pierwszym zawiadamiano, że pozycji nie da się dłużej utrzymać, w drugim – że mimo wszystko pozostaną i będą walczyć. W odpowiedzi wielki mistrz przypomniał buntownikom przysięgę, którą złożyli wstępując w szeregi rycerzy zakonu. Kapitan Miranda i de Guaras przemówili do rycerzy i żołnierzy prosząc, by nie okrywali hańbą siebie i towarzyszy. Ich argumenty poskutkowały – załoga odmówiła wpuszczenia do fortu Castrioty i ślubowała bronić murów Św. Elma aż do śmierci. Bunt się zakończył.

10 czerwca Turcy dwa razy ruszyli do szturmu. Pierwszy atak został odparty, obie strony poniosły ciężkie straty. Jednak tym razem obrońcom nie dane było odpocząć po walce. Nocą, w czasie „trzeciej straży” zostali zaatakowani znowu. Była to jedna z najstraszniejszych bitew, jakie do tej pory stoczyły obie strony. I Turcy, i Joannici zużyli tak wielką ilość środków zapalających, że obserwatorzy z fortu Św. Anioła (położonego po drugiej stronie Wielkiego Portu) widzieli szturm tak wyraźnie jak w biały dzień. Do walki zastosowano bowiem tajemniczą – kleistą, zapalającą substancję, zwaną  „greckim ogniem”

Grecki ogień

Sposób jej wyrobu Joannici posiedli jeszcze w czasie krucjat, wykradając ją Bizantyjczykom. Skład formuły był ściśle strzeżoną tajemnicą (do dziś nie znamy dokładnej receptury). Wykorzystywano go w różny sposób: rzucano na przeciwnika szklane lub gliniane butelki z lontem lub wystrzeliwano je, używano też „trąb ognistych” – pełniących rolę dzisiejszych miotaczy płomieni podłużnych blaszanych pojemników, z których wyrzucano „płynny ogień” wprost na przeciwnika. W trakcie oblężenia Malty pojawił się nowy wynalazek – nasączona substancją zapalającą obręcz, która umiejętnie rzucona mogła „schwytać” kilku żołnierzy.

Joannici w swoich zbrojach i skórzanych kaftanach byli znacznie lepiej chronieni. Ale Turcy, w swych przewiewnych, długich szatach, raz trafieni płynnym ogniem palili się żywcem. W nocnej bitwie oblegający znów zostali odparci.

Ukochani synowie sułtana

Kolejne niepowodzenia stały się przyczyną niepokojów w tureckim obozie. Janczarzy, trzon armii Mustafy, zaczęli się buntować, oskarżając nieudolnych artylerzystów – chyba niesłusznie, bo w tym czasie chyba nigdzie na świecie nie było lepszych niż oni. Generał znalazł się w trudnym położeniu – elitarny korpus „ukochanych synów sułtana” miał w państwie Osmanów zbyt silną pozycję, by zwykłymi dla tureckiej armii metodami dało się przywrócić w nim dyscyplinę. Przez dwa kolejne dni artyleria bombardowała fort – chodziło o to, by zniszczony mur  rozsypał się na zewnątrz, tworząc z gruzów ścieżkę, po której atakujący dostaliby się do wewnątrz.  

Wreszcie, 16 czerwca rozpoczął się szturm generalny. O świcie tureckie oddziały z rozwiniętymi proporcami, zagrzewane do boju przez śpiew muezzinów i bicie w bębny, ruszyły do walki. Pierwszy zaatakował elitarny oddział 30 tureckich oficerów, którzy wspinając się po drabinach oblężniczych chcieli porwać za sobą żołnierzy. Zginęli co do jednego. Turcy użyli wielkiej ilości środków zapalających. Pechowo dla obrońców, poranna bryza spychała płomienie w ich stronę. Ponadto znajdujący się wewnątrz fortu magazyn „płynnego ognia” eksplodował, zabijając wielu z nich.

Przez siedem godzin trwała straszna bitwa na murach. Jeszcze raz okazało się, że nawet Janczarzy nie mogą się równać z uzbrojonymi w dwuręczne miecze, opancerzonymi Joannitami.

Balbi w swym dzienniku napisał, że gdyby tego dnia pasza wysłał do walki jeszcze jedną falę, Św. Elmo musiałby paść. Ale Mustafa zarządził odwrót. Straty atakujących wyniosły 1000 ludzi, w większości z najlepszych tureckich oddziałów. Po stronie obrońców zginęło 150 ludzi. Natychmiast na ich miejsce przysłano kolejnych. Zadziwiające, że nawet w takim momencie la Valette nie miał problemu ze znajdowaniem ochotników, niektórym z nich nawet musiał odmawiać.

Upadek św. Elma

Dragut w końcu zrozumiał, że dopóki komunikacja pomiędzy fortem Św. Elma a główną twierdzą Joannitów nie zostanie przecięta, pozycji nie da się zdobyć. 18 czerwca ustawiona na brzegu Wielkiego Portu bateria otworzyła ogień do łodzi z posiłkami i zaopatrzeniem. Od tego dnia nikomu (poza doskonałymi maltańskimi pływakami, którzy nocą pokonywali zatokę) nie udało się już przedostać do fortu. Upadek Św. Elma był już przesądzony. Mimo tego, załoga nie zamierzała się poddać. Być może pociechą była wiadomość o ranie, jaką otrzymał Dragut – kula wystrzelona z fortu Św. Anioła wybiła skalny odłamek, który ugodził w głowę starego korsarza (podobno Dragut żył dość długo, by usłyszeć wiadomość o upadku fortu).

22 czerwca Turcy przypuścili najpotężniejszy z dotychczasowych szturmów. Najbardziej zaciekły bój toczył się wokół drewnianego mostu prowadzącego na mury. Joannici wyczerpali już wszelkie zapasy amunicji. Jedyne pociski, których mogli użyć, to kamienie wyrwane z murów. Walczyli więc wręcz, przygnieceni ogniem dział i muszkietów prowadzonym z każdego kierunku. Bitwa trwała sześć godzin, zginęło 500 obrońców – żywych zostało zaledwie 60, wśród nich nie było ani jednego, który nie odniósłby rany. Ale mimo to Św. Elmo nie został zdobyty.

Następnego dnia garstka Joannitów znów stawiła opór – tym razem daremny. Po krótkiej walce Janczarzy wdarli się do wnętrza fortu. Prośba rannego Mirandy o pardon dla garstki ocalałych nie została wysłuchana. Zaledwie kilku rannych rycerzy zabrali jako łup korsarze (żaden z nich nie został nigdy uwolniony), kilku Maltańczykom udało się przepłynąć zatokę, resztę jeńców wyrżnięto. Mała grupka, która schroniła się w kaplicy widząc, jaki los spotkał ich towarzyszy, wypadła z bronią na zewnątrz, by „drogo sprzedać swe życie”. Głowy zabitych rycerzy zostały odcięte, a ich ciała przybite do krzyży puszczono na wody zatoki. La Valette znalazł stosowną odpowiedź – głowy tureckich jeńców wystrzelono z dział w stronę osmańskiego obozu.

Zwycięstwo pokonanych

Mustafa Pasza patrząc na zdobyty fort miał zapłakać: „Ileż będą kosztować nas rodzice, skoro tyle zapłaciliśmy za to małe dziecię”. I rzeczywiście, było to zbyt drogie zwycięstwo. Tureccy inżynierowie, których opinii przed atakiem zasięgnął Mustafa, stwierdzili, że forteczka padnie w ciągu najdalej 9-12 dni. Padła po blisko miesiącu.

Mistrz La Valette wykorzystał dany mu czas – obrona głównych pozycji została w tym czasie tak wzmocniona, że oblegającym aż do września nie udało się zdobyć ani jednego bastionu. Tylko z powodu tego małego fortu zginęło ponad 6000 tureckich żołnierzy, w tym duża część korpusu Janczarów, nie wspominając już o 18000 wystrzelonych pocisków, zużyciu wielkiej ilości prochu i rozkalibrowanych działach. Jednak największą stratą był upadek tureckiego ducha, osłabianego zresztą przez kolejne porażki i nieskuteczne szturmy.

Joannici przeciwnie – choć stracili 1500 ludzi (w tym 89 rycerzy) i dużą część swojej ciężkiej artylerii, zarażeni przykładem załogi Św. Elma dokonywali w czasie reszty oblężenia cudów waleczności.

Kiedy 7 września na Malcie wylądowała wreszcie obiecana odsiecz, turecka armia, choć wciąż liczniejsza od zsumowanych sił Joannitów i Hiszpanów, rzuciła się do panicznej ucieczki. Malta została uratowana, a Joannici – ci ostatni z krzyżowców, którym wielu wieszczyło już kres – dokonali niemożliwego.  Zatrzymali niepokonaną dotąd osmańską armię. Sześć lat później pod Lepanto (1571), zjednoczone na krótko morskie siły chrześcijańskich państw, przy udziale Joannitów, zadały decydującą klęskę tureckiej flocie. Śródziemnomorska Europa, biezpieczna przed turecką ekspansją, mogła znów oddać się swoim jałowym sporom.

Przy pisaniu tekstu korzystałem przede wszystkim z dziennika Francisco Balbi di Correggio. Stamtąd też pochodzą terminy, dotyczące uzbrojenia i fortyfikacji.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną