Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Historia

W prasie zapisane

Prasa pod ciężarem historii

Tradycyjny model dystrybucji pasy. Na zdjęciu gazeciarz z 1946 r. Tradycyjny model dystrybucji pasy. Na zdjęciu gazeciarz z 1946 r. Jerzy Baranowski / PAP
Dzisiejsze batalie prasowe są zapisem dramatów i przesileń współczesnej Polski. W PRL też tak bywało, czasami otwartym tekstem, częściej – na migi.
Tygodnik Warszawski - powojenne pismo katolickie, które usiłowało prezentować twardszą linię w sporze z nową władzą.Tadeusz Późniak/Polityka Tygodnik Warszawski - powojenne pismo katolickie, które usiłowało prezentować twardszą linię w sporze z nową władzą.
Tygodnik Powszechny, numer z lipca 1945 r.Tadeusz Późniak/Polityka Tygodnik Powszechny, numer z lipca 1945 r.
Przekrój, najlepszy przykład różnorodność oficjalnej prasy w PRL. Okładka z listopada 1956 r.Tadeusz Późniak/Polityka Przekrój, najlepszy przykład różnorodność oficjalnej prasy w PRL. Okładka z listopada 1956 r.

Dzieje prasy, dzieje mediów w PRL to historia, jak na razie, ledwie naszkicowana. Jakże często to właśnie w mediach i poprzez nie – mimo ograniczeń cenzuralnych i politycznych, w pierwszych latach 50. wręcz bezwzględnych – ujawniały się prawdziwe dylematy czasu, wyzierała spoza stawianych barier i zasłon rzeczywistość, rozpoczynała się i kończyła kolejna zmiana, kolejne przesilenie. Choćby w pierwszych latach nowego ustroju, przed 1948 r., gdy ścierały się ze sobą dwie Polski, ta, która chciała być kontynuacją II Rzeczpospolitej, z tą, która chciała rewolucyjnego zniszczenia II RP.

Także po obu stronach zasadniczego, historycznego sporu, który do dzisiaj nie został dokładnie opisany, trwały dyskusje i pojawiały się odmienne, konkurujące koncepcje, jak ta rzeczywistość ma dalej wyglądać, jakich wartości trzeba się trzymać, jakie przyjąć taktyki. Czy stawiać na neopozytywizm polityczny, jak chcieli redaktorzy „Tygodnika Powszechnego”, co dało się przedstawić jako koncepcja poszukiwania jakiegoś kontaktu, jakichś paktów z nową władzą (choć nie za wszelką cenę)? Czy jednak stanąć z nią do zasadniczej walki, do czego przychylał się „Tygodnik Warszawski” (szybko zresztą rozpędzony na cztery wiatry)?

Z kolei, czy podnosić temperaturę rewolucji i ogarnąć nią wszystko, nie tylko teraźniejszość i przyszłość, ale także przeszłość, czemu najbliższa była wydawana w Łodzi „Kuźnica”, czy jednak postępować łagodniej, jak czytamy w „Odrodzeniu” czy publicystyce Jana Strzeleckiego i Juliana Hochfelda.

Bez względu na wielość ograniczeń – nazwijmy je geopolitycznymi – w prowadzeniu tego sporu, był on przecież w dużej mierze autentyczny i szczery, później dopiero został zniszczony i zdeprawowany przez agresywny stalinizm.

Do kolejnego starcia dwóch wyobrażeń o Polsce doszło w latach 60. w postaci sporu szydercówpatriotami. Ta wielka kampania toczyła się właściwie do 1968 r., którego Marzec był swoistym jej podsumowaniem. Patrioci inspirowani i związani z obozem władzy, a już zwłaszcza z jego formacją zwaną partyzancką, atakowali szyderców – niektórych publicystów, pisarzy, intelektualistów – za rzekome naśmiewanie się z polskiej historii i z narodowych bohaterskich czynów, za kosmopolityzm. Ogólnie biorąc za niedostatek genów narodowych i klasowych, co w Marcu przybrało postać nagonki antysemicko-antyinteligenckiej. Spór jak najbardziej rzeczywisty, można rzec – na stałe wpisany w nowoczesną historię Polaków, oczywiście nie mógł być wówczas prowadzony wprost. Rozgrywany był zatem na wielu zastępczych i pretekstowych polach, wyrażany za pomocą swoistego języka migowego i specjalnego leksykonu.

Kłócono się o historię, o ocenę filmów, zwłaszcza Andrzeja Wajdy (przede wszystkim o „Lotną”, a potem o „Popioły”), o twórczość Mrożka, ale i o książki pułkownika Zbigniewa Załuskiego, który swoimi „Siedmioma polskimi grzechami głównymi”, chcąc nie chcąc, rozpoczął ofensywę patriotów.

Zapis tych kłótni można znaleźć w starych zszywkach gazet obok innych spraw i stałych motywów, które biegły ściegiem przez cały właściwie PRL, jak choćby niezamierająca dyskusja o Aleksandrze margrabim Wielopolskim, która kamuflowała spór o polskie relacje z Rosją w układzie pojałtańskim i stawiała pytania o to, czy „bić się, czy się nie bić”, czy lepszy jest sprzeciw, czy pragmatyczny konformizm.

Kilka lat wcześniej, w połowie lat 50., właśnie w prasie – i przede wszystkim w niej – zrodził się społeczny projekt rewolucji w ramach rewolucji. Odwilż ogarnęła wszystkie właściwie redakcje, a dziennikarze znaleźli się w czołówce zmian. Rok 1956 był chyba największym sukcesem politycznym polskiej żurnalistyki, jej wpływu na wydarzenia, zapewne dlatego obrósł w środowiskowe legendy i mity, z mitem tygodnika „Po prostu” na czele.

Choć zapewne ktoś będzie się upierał, że w równym, a może jeszcze w większym stopniu media odegrały rolę historyczną w latach 1980–81. Rzeczywiście, jak dziennikarze zaczęli mącić – mówiąc językiem ówczesnej rządowej propagandy – w Sierpniu, tak nie przestali do Grudnia. Mącili też przed Sierpniem i po Grudniu, tym bardziej że wielu z nich przeniosło się bądź zostało na siłę przeniesionych do tzw. drugiego obiegu wydawniczego, poza oficjalną cenzurą.

Pojawienie się po 1976 r. drugiego obiegu zasadniczo zmieniło układ sił i zapowiadało historyczne przełomy, a dla polskiej prasy było wręcz rewolucyjne. Rozmiar i jakość tej kontrkultury, która trwała i rozwijała się także po 1981 r., trudno przecenić. Dla prasy i dziennikarzy utrzymujących się jeszcze na oficjalnej powierzchni stanowiła wielkie wyzwanie i wielki wyrzut sumienia. Z tego doświadczenia i z tych podziemnych środowisk będzie się rekrutować w dużej części elita polskiego dziennikarstwa po 1989 r.

Okres pierwszej Solidarności to wielkie ożywienie nadziei i sumień, niezwykłe otwarcie polskiej prasy i wielka jej polaryzacja. Nigdy wcześniej do konfrontacji na taką skalę w PRL przecież nie dochodziło, m.in. dlatego że władza świadoma swoich porażek – choćby w 1956 r., gdy prasa wyrywała się na wolność – po Sierpniu 1980 r. starannie budowała partyjny front medialny. Niemniej nie była w stanie zatrzymać wylewu słów, pretensji i dziennikarskich doniesień z rzeczywistości, nie tylko w tytułach wprost wydawanych przez ruch solidarnościowy, ale także w prasie starej, która przeżywała wielką rewolucję moralną.

Po 1976 r., a jeszcze bardziej po 1981 r., powstała zatem dość specyficzna sytuacja w relacjach między prasą i jej odbiorcami. Prasa legalna oficjalnie udawała, że drugiego obiegu nie ma, a nawet jeśli istnieje, to jest nieważny, lecz w codziennej praktyce redagowania i pisania musiała jakoś odnosić się do kontrsystemu, choćby dlatego, że znakomita część publiczności miała z nim jakiś kontakt.

Dla badaczy komunikowania medialnego jest to niebagatelne wyzwanie: jak przedstawić owo zjawisko mrugania do siebie na różne sposoby, jak zobrazować ten niezwykle złożony przekaz treści i znaków, rozwinięty oczywiście przede wszystkim w prasie wydawanej oficjalnie, bo prasa nielegalna mogła iść na całość i często szła bez żadnego zahamowania.

Polacy umieli w PRL czytać i trzeba przyznać, że mieli także co czytać. Ta oferta była bardzo bogata, nawet jeśli weźmie się w nawias wydawnictwa drugoobiegowe. Cechą specyficzną polskiej odmienności w tzw. obozie socjalistycznym była bowiem, i to prawie przez wszystkie lata PRL, różnorodność prasy i wyjątkowość wielu tytułów czy konkretnych publikacji, a nawet form i gatunków niemających żadnych porównywalnych odpowiedników poza Polską.

Nie chodzi tu tylko o sztandarowy przykład znajomości i popularności „Przekroju” choćby w Moskwie, ale także o oryginalny dorobek reportażu prasowego czy o pozycję i autentyczny autorytet społeczny wielkich felietonistów, np. z kręgu POLITYKI. Nie wspominając o szczególnej roli prasy katolickiej, a już zwłaszcza „Tygodnika Powszechnego”.

Trzeba pamiętać o roli wielkich tygodników kulturalno-społecznych czy literackich, które osiągały wówczas olbrzymie nakłady, dzisiaj właściwie niedościgłe, i które wyznaczały często na kolejnych etapach główne tematy debaty społecznej, tworzyły masową bibliotekę lektur obowiązkowych dla polskiego inteligenta. Tygodników, które nie tylko na łamach, ale także w redakcjach reprezentowały wiele znakomitych nazwisk kultury i nauki, ludzi umiejących wprowadzić do oficjalnego, urzędowego świata wiele prawdy o polskiej przeszłości i doczesności, znaleźć jakiś kod rozmowy, w której uczestniczyły tysiące czytelników.

Wiele z tekstów stało się wręcz słupami milowymi społecznej świadomości, przełamywały kolejne granice politycznych, a także obyczajowych zakazów i poszerzały pole dyskusji o rzeczywistości.

To nie tylko takie sztandarowe publikacje jak ta w „Po prostu” z wiosny 1956 r. zatytułowana „Na spotkanie ludziom z AK” czy tekst Krzysztofa Teodora Toeplitza z połowy lat 60. „Mława atakuje”, w którym pisał, że co prawda socjalizm zawsze marzył, żeby lud wszedł do śródmieścia, ale tymczasem z gardzieli kolejek podmiejskiej w centrum stolicy wylewa się lumpenproletariat, hołota i cham.

Wskazać można dziesiątki, setki tekstów, które doprawdy były przełomowe. Te, które pokazywały absurdy „księżycowej ekonomii” realnego socjalizmu i jednocześnie zachęcały do nowoczesności i do stosowania rachunku ekonomicznego, te które odkrywały margines społeczny, chuliganów i narkomanów, czy też te, które upominały się o los kobiety, na przykład na łamach nieocenionej „Przyjaciółki”.

Prasa w PRL, pilnowana i sterowana od góry, na kolejnych etapach wyrywała się z tego jarzma, odnajdywała tysiące sposobów, by nawiązać autentyczny kontakt z publicznością. Wyszukiwała tematy, które pozornie wydawały się nie mieścić w rycie politycznym i ideologicznym, a przecież go osłabiały i kwestionowały, bo żadnymi uchwałami Komitetu Centralnego partii nie dało się ich przewidzieć, zapowiedzieć i poddać urzędowej kontroli. To jest historia nieustającego napięcia i konfliktów między władzą i redakcjami, a także wewnątrz samych redakcji, w których z numeru na numer trwała walka o każde słowo i każdą myśl. Pisma zatem przeżywały upadki i reorganizacje, zmiany kierownictwa i linii politycznej, wchodziły ze sobą w polemiki i konkurencje, zamieszczały nieraz treści doskonale przeciwstawne. Inaczej od przodu, we wstępniakach, a inaczej od tyłu, gdzie tym wstępniakom zaprzeczano.

Nie brak też przykładów, jak konkretne tytuły wybijały się na niepodległość, jak zaczynały odgrywać samoistną rolę w grze politycznej, a także w relacjach ze swoimi czytelnikami. Tu można wspomnieć choćby o POLITYCE, założonej w 1957 r. po to, by wyznaczać obowiązujący kurs polityczny Gomułki, która jednak już po kilku latach zaczęła być nienawidzona przez aparat partyjny za swój ponoć „menedżeryzm”, kosmopolityzm, krytycyzm (to tylko niektóre z oskarżeń).

Oczywiście uczestnictwo w tej grze, wyłapywanie ukrytego czasami sensu często wymagało od czytelników wysokich kwalifikacji. Ale cechą epoki było, że w ten właśnie sposób, w takim rozprawianiu realizowano, można tak powiedzieć bez większej przesady, misję inteligencką.

Po roku 1989 nie było już ograniczeń cenzuralnych, ale ten rodzaj inteligenckiego rozprawiania zaczął więdnąć, podobnie jak inteligencja w swoim starym, już historycznym wydaniu. Zaczęły po kolei zwijać się kiedyś tak kochane i popularne tygodniki kulturalno-społeczne, a redaktorzy zaczęli coraz bardziej skracać teksty.

Wolny rynek, demokracja, wolność przemieliły stary system prasowy, zmieniły sposoby rozmawiania Polaków ze sobą. Prasa stała się kolorowa, dosłownie, ale też barwna ideologicznie, zakwitła pełnym pluralizmem politycznym. Nadal, mimo więdnięcia dawnego stylu rozprawiania, można podać przykłady wielkich batalii i dysput prasowych. Choćby kilkukrotny powrót sporów o ocenę PRL, o dziedzictwo Solidarności, o symboliczne fakty historyczne (Powstanie Warszawskie); dyskusje wokół książek Jana Grossa, o dorobku III RP oraz o ideologii i praktykach IV RP.

Nadchodził jednak też czas esemesów i kultura komputerowa. Do czego powoli Polacy przywykali od lat, jako że pokochali telewizję, najpierw w miastach, w latach 60., a potem na wsi, dekadę później.

Radio i telewizja w PRL mają swoje historie i swoje powody tak do wstydu, jak i do dumy. Interesujące, że jeśli szukamy jakichś śladów osobowości tych mediów, cech charakterystycznych, niewpisujących się w coraz bardziej wszechwładne uniwersum kultury masowej bądź niepodporządkowanych nakazom propagandowym, to znajdziemy je w takich produkcjach i audycjach, które były – jak to się mówi – adresowane do odbiorców inteligenckich. Bardziej w latach 60., jeśli chodzi o telewizję (wiadomo, nie można nie przypomnieć: Kabaret Starszych Panów czy Teatr Telewizji), niż w późniejszych, bardziej w radiowej Trójce niż Jedynce.

Tę tradycję dysputy inteligenckiej, podtrzymanej, a nawet może twórczo rozwiniętej w prasie PRL, niełatwo chronić w dobie tabloidyzacji. Datą symboliczną jest tu ukazanie się w 2003 r. na polskim rynku „Faktu”, który w sposób szczególny przyczynił się do nasilenia procesu komercjalizacji zarówno samego przekazu, jak i jego treści. Ta inwazja zbiegła się rychło z procesami i zjawiskami politycznymi sygnowanymi ikoną IV RP, co w efekcie doprowadziło do głębokich podziałów również w polskiej prasie i w środowisku dziennikarskim, a także niejako spłaszczenia i zubożenia pola dyskusji.

Ideologia i praktyka IV RP była odbierana przez jedną stronę jako wielka i pożądana zmiana zepsutej już u zarania III RP, przez stronę drugą zaś – jako kontrsystemowa bez mała rewolucja, w swojej istocie i esencji antydemokratyczna i mocno szkodliwa, wręcz niebezpieczna.

To jest historia, która nadal trwa, więc jej końca jeszcze nie znamy. Faktem jest dwubiegunowy podział prasy polskiej, który ze swoją temperaturą utrudnia bądź uniemożliwia poważną debatę publiczną.

Każda ze stron tego konfliktu ma swoje medialne okręty flagowe, swoich sztandarowych publicystów, ale też swoje hierarchie i autorytety, w tym naturalnie także dziennikarskie. Jeśli nawet niektóre media starają się unikać zaangażowania w te seanse nienawiści, trudno jest im się od tego całkowicie uchylić, bo bez przerwy wzywane są do apelu, bez przerwy poddawane próbie odpowiedzialności za dobro wspólne, które jest na tak odmienne sposoby definiowane i opisywane.

Oprócz tych dylematów i dramatów mamy też inne. Stajemy przed poważnymi pytaniami, w którą w ogóle stronę idzie prasa i jaka czeka ją przyszłość w dobie Internetu i wspomnianej kultury komputerowej. Nie brakuje katastroficznych scenariuszy i czarnych przepowiedni. Niemniej ze względu na ciężar tej prasy i jej tradycję, zapewne przetransponuje się ona jakoś w przyszłość i można mieć nadzieję, że nie zginą wartości zasadnie jej przypisywane.

Polityka 34.2011 (2821) z dnia 16.08.2011; Historia; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "W prasie zapisane"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Psychologowie są dziś wszędzie i zajmują się wszystkim. Czy słusznie? I kto się zajmie nimi?

Transport, policja, szpitale, marketing, reklama, sądownictwo, media, polityka, a wkrótce każda polska szkoła – gdzie się obejrzeć, tam psycholog. Czy współczesna wiedza psychologiczna pozwala im brać na swoje barki aż takie obciążenia?

Ewa Wilk
25.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną