„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Historia

Testament krwi

Pacyfikacja kopalni Wujek i śmierć górników stały się jedną z ikon stanu wojennego. Także w tym znaczeniu, że poszukiwanie pytań na niektóre odpowiedzi trwa do dziś.

W tym roku 1 grudnia Lech Wałęsa znów złożył kwiaty pod pomnikiem Poległych Górników w Wujku. „Czy można było uniknąć tragedii? Czy warto było ponieść tę ofiarę?” – pytał. Mówił, że w tej sprawie gryzie go sumienie. Takie i inne pytania stawiane są od 16 grudnia 1981 r.

Tamtego dnia o godz. 12.31 ppłk Kazimierz Wilczyński, dowódca sił ZOMO, które o 11.00 wdarły się do kopalni, dramatycznie relacjonował przełożonym: „Ostra walka, atakują, czym mogą, wielu rannych... Czy mogę użyć broni?!” – zapytał.

Chwilę później w dziennikach sztabowych odnotowano z radiowego nasłuchu odpowiedź płk. Jerzego Gruby, komendanta milicji w Katowicach: „Broni nie używaj, poczekaj na rozkaz”. W dzienniku prowadzonym przez SB zapis wyglądał tak: „Nie, czekaj na rozkaz”. (Ten przecinek, wielokrotnie pogrubiany, stał się po latach przedmiotem prokuratorskiego śledztwa i sądowych dociekań: był w istocie czy dopisano go później?).

„Dzwoniłem do gen. Ciastonia, wiceministra MSW, potem do Kiszczaka – mówił gen. Gruba (w stanie wojennym wszyscy dowódcy awansowali) w rozmowie z POLITYKĄ w 1991 r. – Był zakaz użycia broni”. „Dzisiaj wiem, że to było już po tragicznych strzałach, że szło o legalizację pewnego stanu rzeczy” – dodał Gruba.

Płk Wilczyński: „Użycia broni żądali ode mnie podwładni, ci z pierwszej linii. Albo broń, albo wycofają się. Po naszej stronie czuło się panikę”. Wilczyński stał przy samochodzie kilkadziesiąt metrów od miejsca wydarzeń: „Słyszałem strzały, ale nie znałem skutków”. Po 13.00 wydał rozkaz przerwania ognia.

Był czwarty dzień stanu wojennego. Nie miała się polać ani jedna kropla polskiej krwi – obiecywał i może nawet naiwnie wierzył gen. Wojciech Jaruzelski.

W Wujku zginęło na miejscu 6 górników, 3 zmarło w szpitalu, a 21 zostało postrzelonych.

Ta brzemienna w skutki historia zaczęła się 13 grudnia tuż po północy w mieszkaniu Jana Ludwiczaka, przewodniczącego kopalnianej Solidarności. Ostrze siekiery przebiło drzwi na wylot i wyrąbało je z framugi. Matko Boska, pozabijają nas tato! – histerycznie krzyczała Ania, córka Ludwiczaka. Ten krzyk i huk rozwalanych drzwi obudził blok sąsiadujący z kopalnią. Do małego mieszkanka wpadło kilkunastu mężczyzn. Wykręcili Ludwiczakowi ręce i skuli kajdankami. Wlekli po schodach – piętro po piętrze, na oczach sąsiadów.

Telefony milczały, ale nie wyłączono linii węglowej. Wieść o akcji u Ludwiczaków dotarła do górników nocnej zmiany. Zawrzało. Na milicyjne suki poleciały donice z kwiatami, ze wszystkich okien i balkonów wściekle skandowano: Ge-sta-po! Ban-dy-ci!

Na klatce zmasakrowano dwóch górników, którzy rzucili się na pomoc. Ściany i schody lepiły się od krwi. Tej nocy mieszkanie Ludwiczaków odwiedziło dziesiątki osób. Co się stało? Dopiero poranne przemówienie generała otworzyło ludziom oczy. Jeżeli nocna akcja miała być elementem zastraszenia, to skutek był odwrotny. Już w pierwszych godzinach powstał mur, który później burzono czołgami. Jak przyjęliby górnicy stan wojenny, gdyby nie brutalna agresja?

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi – mówi Jerzy Wartak, jeden z przywódców strajku, od kilku lat zwolennik pojednania z Jaruzelskim. Jeszcze tej nocy zażądano uwolnienia Ludwiczaka. – Strajk zaczął się 14 grudnia na rannej zmianie tym jednym postulatem, dopiero później dopisywaliśmy następne.

A gdyby przewodniczącego „S” zwolniono? – W tym dniu strajku raczej by nie było… a później jeden Bóg wie, jak potoczyłaby się nasza historia – uważa Wartak.

Posypały się kolejne żądania: Odwołać stan wojenny! Pełna realizacja porozumień jastrzębskich! – co dla nich było ważne, bo wiązało się m.in. z dobrowolną pracą w dni świąteczne.

W drugim dniu stanu wojennego górnicy z Wujka zażądali jego odwołania. Pierwsi w Polsce. Wieść dotarła lotem błyskawicy tam, gdzie dopiero rodziły się decyzje o strajkach. Wściekłość władzy rosła.

Wybrano Wujka, żeby przykładnie ukarać przeciwników stanu wojennego? – to pytanie POLITYKA zadała przed laty gen. Grubie. Zaprzeczył. Powiedział, że żądanie zniesienia stanu wojennego w sposób oczywisty nie mogło być brane pod uwagę, ale wtedy liczyło się coś innego. Ministrem górnictwa (z siedzibą w Katowicach) był od kilku miesięcy gen. Czesław Piotrowski. Członek Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. „Najważniejszym celem było odblokowanie kopalń i wznowienie wydobycia” – mówił Gruba. Zima była ostra, a składy po jesiennych strajkach – puste. W elektrowniach topniały ostatnie zapasy. „Jeśli ludzie zaczną marznąć bez węgla, to cały stan wojenny szlag trafi – i ja wówczas rozumiałem polecenia ministra”.

15 grudnia padły strzały w Manifeście Lipcowym w Jastrzębiu, czterech górników zostało rannych. Strzelał pluton specjalny. Wiedziano już więc, czym grozi zbrojna akcja przeciwko zdeterminowanym górnikom w specyficznych warunkach kopalni. Te wydarzenia przyczyniły się do dymisji wojewody katowickiego, który kierował Wojewódzkim Komitetem Obrony (gremium to decydowało m.in. o kolejności odblokowania strajkujących zakładów).

Wieczorem 15 grudnia nominację dostał gen. pilot Roman Paszkowski. „Gen. Jaruzelski przekonywał mnie o znaczeniu Śląska dla kraju i dla stanu wojennego” – wspominał potem. Był jeszcze inny argument: „W katowickiej organizacji partyjnej, w milicji i SB panował specyficzny klimat konfrontacji”. Andrzej Żabiński, pierwszy sekretarz, należał do grupy partyjnych jastrzębi spiskujących przeciwko Jaruzelskiemu. „Miałem spacyfikować to towarzystwo” – przyznał Paszkowski.

Do Katowic przyjechał wieczorem 16 grudnia – o śmierci górników dowiedział się już w Urzędzie Wojewódzkim. Rano dostał raport. Milicjanci strzelali w obronie własnej. „Nie miałem prawa nie wierzyć w te ustalenia”. Nowy wojewoda spotkał się z górnikami kilku niestrajkujących kopalń. „Obiecałem, że na Śląsku więcej krew się nie poleje”.

Nie polała się, ale może też dlatego, że tragedia Wujka paraliżująco podziałała na inne strajkujące zakłady. Pod tym przygnębiającym ciężarem w zasadzie zamarł opór przeciwko stanowi wojennemu. Wyjątkiem była kopalnia Piast pod Tychami, w której parę tysięcy górników strajkowało pod ziemią do 23 grudnia. Przejęli postulat dotyczący zniesienia stanu wojennego. Padały propozycje interwencji na dole. „Przeczekałem emocje jednej i drugiej strony” – wspominał wojewoda.

Po przerwaniu ognia reprezentant załogi Marian Głuch zawiadomił dyrektora o zabitych i rannych. Prosił o karetki i przybycie kogoś z wojska: „Będziemy rozmawiać”. Z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego przyjechał z kilkoma oficerami płk Piotr Gębka. Rano, jeszcze przed atakiem, próbował przekonać do opuszczenia kopalni. Wtedy pożegnały go gwizdy, teraz krzyczano: Bandyta! Wręczono mu kartkę z warunkami zakończenia strajku. Do postulatów, które już znał, dopisano: „Wycofać ZOMO z kopalni. Podać do publicznej wiadomości, że są zabici i ranni. Podać nazwisko dowódcy sił milicyjnych atakujących kopalnię”.

„Milicja na pewno wyjdzie z kopalni – zapewnił Gębka. – Reszta żądań jest nierealna”.

Wojskowej delegacji pokazano ciała zastrzelonych górników i przekazano broń trzech milicjantów zatrzymanych w trakcie walki. Z tą tragiczną wiadomością płk Gębka pospieszył do pobliskiej komendy milicji, gdzie w gabinecie szefa SB płk. Zygmunta Baranowskiego dowódcy wojska i milicji planowali kolejną akcję w Wujku. „Zameldowałem o zabitych” – opowiadał Gębka. Dochodziła szesnasta. O strzałach, które padły trzy godziny wcześniej, nikt nie wiedział. „Wtedy odeszła mi krew – wspominał Gruba. – Od czego zginęli! Jak, kiedy nie było rozkazu użycia broni?!”.

Zawiadomiono Warszawę. W tym czasie obradował tzw. dyrektoriat (nieformalna grupa, która podejmowała kluczowe decyzje w stanie wojennym), którego członkiem był Mieczysław F. Rakowski – wicepremier. „Kiszczak odebrał telefon od komendanta Gruby – wspominał Rakowski. Informacje były porażające. Stało się to, co nas prześladowało od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego: żeby nie doszło do rozlewu krwi”. Jaka była reakcja? „Sprawa bolesna, ale uznaliśmy ją za nieszczęśliwy wypadek na naszej drodze”.

Na tym spotkaniu przesądzone zostały losy Andrzeja Żabińskiego, pierwszego sekretarza w Katowicach, zwolennika „bratniej pomocy” dla ogarniętej kontrrewolucją Polski (POLITYKA 30/06 „Towarzysz zdrowa siła”). Funkcję tę Jaruzelski zaproponował prof. Zbigniewowi Messnerowi, który od połowy 1981 r. był członkiem Biura Politycznego (jednym z tzw. społecznych). Jego zdaniem atmosfera nadal była wybuchowa. „Generał doskonale wiedział, że dalsze powodzenie stanu wojennego zależy od załagodzenia sytuacji na Śląsku” – tłumaczył po latach Messner.

Jeżeli Rakowski uznał wydarzenia w Wujku za nieszczęśliwy wypadek, to lokalne władze z premedytacją podjęły działania zmierzające do ukrycia tragedii. Rozpoczęły, trudną do wytłumaczenia, samobójczą walkę z krzyżem.

Pierwszy krzyż pojawił się wieczorem, po wyniesieniu zabitych i rannych. Przyniesiono go z łaźni łańcuszkowej, w której wcześniej strajkujący słuchali mszy. Kilka dni później zniknął.

Postawiono drugi – przetrwał do nocy z 26 na 27 stycznia 1982 r. Z okien mieszkań widziano, jak pod kopalnię podjechał pojazd z doczepioną liną, drugi koniec zarzucono na ramiona krzyża. Nie dało się wyrwać, bo mocno tkwił w zamarzniętej ziemi, więc został złamany. W Wujku zawrzało, kolejny strajk wisiał w powietrzu.

Zezwolono więc na trzeci krzyż, który przetrwał cały stan wojenny, choć próbowano odgrodzić go od ludzi. W pierwszych dniach po tragedii bez przeszkód można było składać kwiaty i zapalać znicze, ale w miarę upływu czasu swobodę tę blokowano. Od 16 stycznia 1982 r. co miesiąc zbierały się pod kopalnią coraz większe tłumy. Zapadła więc decyzja, aby przestawić krzyż z ulicy za ogrodzenie – pamięć miała być wewnętrzną sprawą Wujka. Został, bo znowu grożono strajkiem. W pierwszą rocznicę dojście do krzyża blokował kordon ZOMO.

Władze Katowic otrzymały polecenie przebudowy trasy komunikacyjnej wokół kopalni. Autobusy pojechały innymi ulicami, ustawiono znaki zakazu. Żadnych niepotrzebnych skojarzeń! Przy krzyżu wyrósł milicyjny posterunek. Za składanie kwiatów i za modlitwę zatrzymywano, sypały się mandaty.

Jana Ludwiczaka zwolniono z internowania przed Wigilią 1982 r. Z więzienia w Bieszczadach nie trafił do domu, ale do gabinetu płk. Baranowskiego. – Opowiadał, jak przełożeni suszą mu głowę za krzyż, za ołtarz koło niego, całkiem niepotrzebny, bo ołtarzy mamy w Polsce już zbyt dużo – wspomina. – Zagroził, że jak przyjdę tam w rocznicę wydarzeń, to mnie zamknie. Rok później Ludwiczak został na kilka godzin zatrzymany.

W grudniu 1984 r. pod tym krzyżem zostałam pobita przez tajniaków – wspominała Janina Stawisińska, matka Janka – najmłodszego zabitego górnika. Tego roku po raz pierwszy odbył się apel poległych.

Trochę zaczęło się zmieniać: milicja przestała usuwać kwiaty, tylko obcinała szarfy z napisem „Solidarność”. Na wspomnienie tamtych chwil ks. Henryk Bolczyk, kapelan górników, teraz się uśmiecha. – Trzy razy odwożono mnie spod krzyża na przesłuchania do SB – opowiada. Oskarżano go, że w przededniu pacyfikacji odebrał od górników przysięgę walki do ostatniej kropli krwi.

Wieczorem 15 grudnia górnicy poprosili księdza o odpuszczenie grzechów. – Nie chciałem podgrzewać atmosfery, więc całą formułkę odmówiłem po łacinie – ot i cała urojona przysięga.

Po zwolnieniu z więzień i internowania w rocznice Wujka spotykali się pod krzyżem wszyscy czołowi przywódcy nielegalnej Solidarności.

Ostatnią próbę ukrycia prawdy o Wujku podjęto w 1988 r., a więc u schyłku PRL. Solidarność zaczęła już wychodzić z podziemia. W Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach złożono wniosek o rejestrację Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Górników. Odrzucony. „Powołanie proponowanego stowarzyszenia mogłoby spowodować zagrożenie pokoju i porządku publicznego, ponieważ w składzie założycieli znajdują się osoby karane za czyny przeciwko porządkowi publicznemu (chodziło o skazanych w 1982 r. przywódców strajku – red.). Niezależnie od powyższego istnieje już Społeczny Komitet Budowy Obelisku upamiętniającego daty najważniejszych i tragicznych wydarzeń w KWK Wujek związanych z katastrofami i walką załogi o prawa pracownicze”.

Zbliżało się 90-lecie kopalni. Na chytry pomysł wykorzystania jubileuszu dla ukrycia zamordowanych pomiędzy wszystkimi ofiarami śmiertelnymi w historii Wujka wpadł katowicki PRON. Solidarność się sprzeciwiła. – Uznaliśmy, że w tym przypadku śmierć nie jest równa śmierci – mówi Stanisław Płatek, lider strajku.

W grudniu 1989 r. pod krzyżem pojawił się prezydent Wojciech Jaruzelski. Witały go transparenty i okrzyki KPN: Morderco, na kolana!

Wtedy mniej, dzisiaj bardziej podziwiam generała, że w takiej atmosferze oddał hołd górnikom – wspomina Wartak. Podszedł wówczas do niego i podał rękę. – Oberwałem od swoich, że tym gestem rozgrzeszam zbrodniarza.

Prezydent zaprosił do Belwederu czterech górników, w tym Wartaka: – Nie wiem, co generał wiedział o tej tragedii, ale kiedy mówiliśmy o bestialskim wyciąganiu rannych z karetek, to drżała mu twarz.

Pomnik Poległych Górników odsłonił w 10 rocznicę prezydent Lech Wałęsa.

Z tragedią Wujka musiał zmierzyć się wymiar sprawiedliwości PRL i wolnej Polski. 20 stycznia 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo przeciwko członkom plutonu specjalnego. Wszyscy twierdzili, że strzelali w górę, ale nawet wtedy nie uznano takiej linii obrony. Przeczyły temu ofiary. Stwierdzono jednak, że: „w toku śledztwa nie zdołano zebrać dowodów, dzięki którym można by ustalić, który funkcjonariusz oddał strzał w górę, a który na wprost”.

Umorzono, ponieważ „działania strajkujących, wymierzone przeciwko siłom porządkowym, były bezprawne, bezpośrednio zagrażające życiu i zdrowiu funkcjonariuszy MO, dlatego uzasadniały użycie przez nich broni”.

3 lutego 1982 r. przed Sądem Śląskiego Okręgu Wojskowego w Katowicach ruszył w trybie doraźnym proces 9 organizatorów strajku. Świadkami oskarżenia byli milicyjni dowódcy i członkowie plutonu. Prokuratorzy domagali się kar od 7 do 15 lat więzienia. Po tygodniu zapadł wyrok: Stanisław Płatek – 4 lata, Jerzy Wartak – 3,5 roku, Adam Skwira i Marian Głuch – po 3 lata. Pozostałych uniewinniono. Sala biła brawo.

„Oczekiwano od nas drakońskiego wyroku, który zgasi ogniska oporu w całym kraju – wspominał przewodniczący sędzia kpt. Antoni Kapłon. – Nie poddaliśmy się tej presji”.

10 marca 1993 r. doszło do symbolicznej zamiany miejsc. W grudniu 1992 r. Sąd Najwyższy uniewinnił przywódców strajku. Teraz górnicy skazani w lutym 1982 r. stali się świadkami, a byli zomowcy zasiedli na ławie oskarżonych. Oskarżono 24 osoby, w tym gen. Czesława Kiszczaka (jego sprawę ze względu zły na stan zdrowia podsądnego przeniesiono do Warszawy) – miał przyczynić się do śmierci górników, ponieważ podpisał szyfrogram zezwalający na użycie broni palnej. Proces trwa do dziś.

W połowie listopada 2011 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uwzględnił kolejną apelację i uchylił wyrok uniewinniający. Tak więc Kiszczak będzie sądzony po raz piąty. W 1996 r. – uniewinniony, w 2004 r. – skazany na dwa lata w zawieszeniu. W 2008 r. – sąd umorzył proces, w 2011 r. – ponownie uniewinnił. Wszystkie orzeczenia uchylała apelacja. „Oskarżenia nie rozumiem, prawa nie naruszyłem” – powtarza 85-letni gen. Kiszczak.

W pierwszym procesie sądzenie płk. Wilczyńskiego uniemożliwiła jego ciężka choroba. Wcześniejsza śmierć uwolniła od oskarżenia gen. Grubę i płk. Baranowskiego. Z milicyjnych dowódców oskarżono tylko płk. Mariana Okrutnego, zastępcę komendanta wojewódzkiego i szefa sił, które odblokowywały strajkujące zakłady. Zarzucono mu sprawstwo kierownicze w zbrodni zabójstwa. Chorążego Romualda Cieślaka, dowódcę plutonu specjalnego i jego 20 podwładnych oskarżono o użycie broni palnej i narażenie górników na utratę życia lub ciężkie uszkodzenie ciała.

W 1997 r. zapadł wyrok uniewinniający część oskarżonych, a wobec innych umorzono sprawę ze względu na przedawnienie. W ocenie sądu oskarżyciele nie udowodnili wydania rozkazu strzelania i nie wskazali bezpośrednich winowajców. Przewodniczyła sędzia Ewa Krukowska. „W sprawie karnej wyrok musi opierać się na dowodach – uzasadniała. – Podstawą faktyczną nie może być »wiedza granicząca z pewnością«, bo zakłada ona margines wątpliwości, a tych na niekorzyść oskarżonych rozstrzygać nie wolno”.

„Hańba, sąd pod sąd!” – krzyczała sala. Sąd Apelacyjny w Katowicach uchylił wyrok ze względów formalnych (zbyt duża liczba ławników).

Następny proces, w 1999 r., zaczął się w atmosferze skandalu. Od orzekania próbowali wyłączyć się katowiccy sędziowie, tak samo jak adwokaci od obrony. Druga sprawa zakończyła się po dwóch latach podobnym rozstrzygnięciem: uniewinnieniem i umorzeniem z powodu braku dowodów. Przewodniczyła sędzia Aleksandra Rotkiel. „Zebrany materiał nie dał jednoznacznej odpowiedzi, kto jest winny śmierci górników – uzasadniała. – Oskarżeni działali zgodnie z przepisami o stanie wojennym z 12 grudnia 1981 r., a przepisy tego dekretu były obowiązującym wtedy prawem”.

Sąd Apelacyjny uchylił i ten wyrok, ponieważ doszukał się złamania prawa: „sprzeciw musi budzić używanie broni w celu rozwiązywania sporów zbiorowych, do których zaliczyć należało strajki po wprowadzeniu stanu wojennego”. Uznał też, że górnicy walczyli o dobro wspólne i mieli świadomość bezprawności działań milicjantów!

Kolejna rozprawa zaczęła się we wrześniu 2004 r. – wyrok skazujący zapadł w maju 2007 r. Przewodniczyła sędzia Monika Śliwińska. „Większość śmiertelnych strzałów oddano, kiedy milicjanci nie byli atakowani – uzasadniała. – Górnicy zginęli od postrzałów w głowę, klatkę piersiową, w jednym przypadku nawet w plecy. Te strzały musiały być precyzyjnie mierzone”.

W trzecim procesie akcja plutonu specjalnego uznana została za zbrodnię komunistyczną. Inaczej sąd nie mógłby nikogo skazać, bo zarzuty się przedawniły. Zastosowano odpowiedzialność zbiorową: sąd nie badał winy poszczególnych członków plutonu, nie doszukiwał się, który z nich i kiedy pociągnął za spust. Winny był pluton.

Rok później wyrok skazujący utrzymał Sąd Apelacyjny. Dowódcy plutonu Cieślakowi zmniejszył karę z 11 do 6 lat więzienia, a podwładnym zwiększył o rok: dostali od 3,5 do 4 lat. Apelacji przewodniczył sędzia Waldemar Szmidt – uzasadniając werdykt oddał cześć zastrzelonym: „Gloria victis, bo polegli w słusznej sprawie – powiedział. – Kara zaś dla tych, którym w sposób niewątpliwy można było wykazać, że dopuścili się czynów przestępczych”.

Sąd uznał, że w toku procesu można było jedynie ustalić wspólne działanie oskarżonych, w wyniku którego śmierć ponieśli górnicy: „Ci, którzy do końca swoim milczeniem osłaniają zabójców, karę odbędą z poczuciem fałszywie pojętej koleżeńskiej wspólnoty – uzasadniał sędzia. – Ci zaś, którzy zabili, pozostaną ze świadomością popełnionej i nie w pełni ukaranej zbrodni”.

A gdyby nie było Wujka? – Jeśli tę tragedię umiejscowimy w całej sekwencji polskich zrywów wolnościowych, a na to zasługuje, to przy stosunkowo małej ofierze krwi osiągnęliśmy tak wiele – mówi prof. Jerzy Buzek.

Wujek stał się najważniejszym symbolem podziemnej Solidarności, której legenda wciąż odradzała się dzięki manifestacjom, kwiatom i zniczom pod krzyżem. Był obecny na transparentach tragicznego pochodu w Lubinie w 1982 r. i w codziennych kazaniach księdza Popiełuszki. Pojawiły się opracowania naukowe i książki. Na ekrany wszedł film Kazimierza Kutza „Śmierć jak kromka chleba” – z przesłaniem reżysera, że było to czwarte powstanie śląskie.

– Wydarzenia miały miejsce na Śląsku, ale strzelano do całej Polski – mówi Jerzy Buzek. Groby zabitych są pod Koszalinem, Kielcami, Łodzią i Lublinem. – Pewnie Solidarność odrodziłaby się sama, ale proces odzyskiwania niepodległości byłby w Polsce dłuższy – taką noszę w sobie prawdę o Wujku.

Nawet jeśli przyjąć, że śmierć górników była wypadkiem na drodze stanu wojennego, to było to jedno z tych wydarzeń, które wpływają na bieg historii.

Polityka 51.2011 (2838) z dnia 14.12.2011; Historia; s. 64
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Wymarsz z religii

W szkołach średnich, w dużych miastach, uczestniczący w lekcjach religii to już mniejszość. Topniejąca z roku na rok.

Joanna Podgórska
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną