Historia

Wyłom

Historia Wolnych Związków Zawodowych

Wrzesień 1980 r. Stocznia Gdańska. Wrzesień 1980 r. Stocznia Gdańska. Fotonova
Garstka ludzi, którzy stworzyli Wolne Związki Zawodowe, przesądziła o sukcesie protestów sierpniowych 1980 r.
Bogdan Borusewicz i Krzysztof Wyszkowski.Ośrodek Karta w Warszawie Bogdan Borusewicz i Krzysztof Wyszkowski.

Gdy w lutym 1978 r. Kazimierz Świtoń rzucił hasło Wolnych Związków Zawodowych, mało kto wierzył, że w komunistycznym państwie uda się założyć niezależne od partii organizacje pracownicze. Nawet Jacek Kuroń uważał, że opozycyjne środowiska robotnicze są na to jeszcze za słabe i Służba Bezpieczeństwa rozbije zalążki ruchu. Losy Świtonia i jego kolegów z Komitetu WZZ w Katowicach potwierdzały te obawy. Bezpardonowy atak milicji sparaliżował niemającą szerszego zaplecza grupkę górnośląskich opozycjonistów. Zaszczuci, zrezygnowali z działalności bądź jak Świtoń trafili do więzienia. Przed długoletnim wyrokiem uratowała go kampania Komitetu Samoobrony Społecznej KOR.

Toteż gdy pojawił się projekt założenia WZZ w Gdańsku, w KOR potraktowano go bez entuzjazmu. Pomysłodawcą był Krzysztof Wyszkowski, zatrudniony jako stolarz w spółdzielni mieszkaniowej, przy tym koneser literatury i erudyta. Lider trójmiejskiej opozycji Bogdan Borusewicz uważał, że najpierw trzeba zorganizować silną grupę, a dopiero potem ogłaszać jej powstanie, zgodnie z zasadą: „najpierw potencjał, potem szyld”. Redakcja korowskiego „Robotnika”, do której się zwrócił Wyszkowski, też miała wątpliwości. Baliśmy się pustych inicjatyw, czegoś, za czym nic się nie kryje – wyjaśnia redaktor „Robotnika” Jan Lityński. Korowcy za bardziej realne uważali niezależne komisje robotnicze w zakładach, na wzór Comisiones Obreras we frankistowskiej Hiszpanii. Do pomysłu dał się jednak przekonać Jacek Kuroń, który docenił siłę hasła wolnych związków jako naturalnego programu robotniczej emancypacji.

Założyciele

Wsparty przez opozycyjny autorytet Kuronia Wyszkowski napisał wraz z Lityńskim deklarację Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Ogłoszony 29 kwietnia 1978 r. dokument nie przypominał rewolucyjnej odezwy, ale egzekwował prawo do zakładania niezależnych od władzy organizacji związkowych. Oficjalne związki zawodowe są przedłużeniem PZPR i narzędziem wyzysku – stwierdzano. Robotnicy, inżynierowie i urzędnicy powinni tworzyć niezależne przedstawicielstwa pracownicze. „Społeczeństwo musi wywalczyć sobie prawo do demokratycznego kierowania swoim państwem”. Tekst wydrukowano w „Robotniku”, można też go było usłyszeć w Radiu Wolna Europa. Media oficjalne inicjatywę przemilczały.

Z zebraniem podpisów pod deklaracją było trochę kłopotu, gdyż planowany jako główny sygnatariusz jeden z przywódców strajku w Stoczni Gdańskiej w 1970 r. Kazimierz Szołoch wycofał się w ostatniej chwili. Wyszkowski namówił więc Andrzeja Gwiazdę, współpracującego z KOR inżyniera. Deklarację podpisali też wyrzucony ze Stoczni Gdańskiej spawacz Antoni Sokołowski i sam Wyszkowski. Chorego na pylicę i szantażowanego przez SB Sokołowskiego władze kupiły wysokim odszkodowaniem; szybko odciął się od WZZ. Na jego miejsce wszedł młody malarz okrętowy ze stoczni Edwin Myszk. Wycofał się także Wyszkowski, który zajął się wydawaniem dzieł Gombrowicza poza cenzurą.

Jednak idea niezależnych związków chwyciła. Buntownicze tradycje Trójmiasta sprzyjały temu znacznie bardziej niż Katowice – matecznik szefa partii Edwarda Gierka. – Pewne sprawy były w Gdańsku i Gdyni zupełnie oczywiste. Nie trzeba było wyjaśniać, co to jest za system. Nie trzeba było tłumaczyć, co to jest cenzura. Wszyscy bowiem w grudniu 1970 r. widzieli, co działo się na ulicach, a co ukazywało się w gazetach, radiu i telewizji – opowiada Borusewicz.

Impulsem dla rozwoju grupy było aresztowanie w maju 1978 r. Błażeja Wyszkowskiego, brata Krzysztofa, czynnego w WZZ i Studenckim Komitecie Solidarności, a przy tym żeglarskiego mistrza świata i olimpijczyka. Pobity przez milicję i skazany na dwa miesiące za „stawianie oporu władzy”, podjął w areszcie bezterminową głodówkę, którą wsparli koledzy. Były tysiące ulotek, modlitwy w Bazylice Mariackiej oraz głodówka solidarnościowa z udziałem Borusewicza i Krzysztofa Wyszkowskiego. W obronę Błażeja zaangażowały się wszystkie środowiska trójmiejskiej opozycji – SKS, związana z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela grupa Aleksandra Halla oraz KSS KOR. Sprawa Wolnych Związków Zawodowych zyskała dzięki temu rozgłos, a ich organizatorzy wiedzieli, że mogą na sobie polegać.

Gdańszczanie udowodnili, że potrafią się obronić przed atakiem władz. Zyskali też nowych sympatyków. W czerwcu, jeszcze w trakcie głodówki, do WZZ dołączył Lech Wałęsa. Zaczął od krytyki. Głodówka tylko nas osłabia, lepiej wysadzać w powietrze komendy milicji – twierdził. Przyszły laureat Nagrody Nobla dał się jednak przekonać do pokojowej strategii i zabrał się do rozdawania ulotek. Jako członek Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej z Grudnia 1970, wyrzucony z pracy w 1976 r. za pomstowanie na partię i związki zawodowe, był dla ruchu istotnym wzmocnieniem. Podobnie jak Anna Walentynowicz, suwnicowa ze stoczni, ciesząca się w zakładzie dużym autorytetem. W działalność WZZ zaangażowali się także pielęgniarka Alina Pieńkowska, technik Andrzej Bulc, monter ze Stoczni im. Lenina Andrzej Kołodziej, studentka Politechniki Gdańskiej Maryla Płońska.

Karta Praw Robotniczych

Uruchomione latem 1978 r. pismo WZZ „Robotnik Wybrzeża” redagowali Borusewicz, Gwiazda, jego żona Joanna Duda-Gwiazda i Bulc. Później do zespołu dołączyli Wałęsa, Walentynowicz, Pieńkowska i Płońska. Redakcja tworząca faktyczne kierownictwo ruchu zbierała się u Anny Walentynowicz. Nikt w tym gronie nie miał doświadczenia dziennikarskiego, ale to nie przeszkadzało czytelnikom. Pismo w prosty i zwięzły sposób informowało o konfliktach pracowniczych, akcjach opozycji i represjach władz, o kryzysie gospodarczym w kraju. Opisywano fatalny stan zaopatrzenia i służby zdrowia, zanieczyszczenie środowiska, ukryty wzrost kosztów utrzymania. Uświadamiano ludziom ich prawa. W kolejnych numerach drukowano fragmenty ratyfikowanej przez PRL Konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy o prawie do swobodnego zrzeszania się w związki zawodowe.

„Nie stawiamy sobie celów politycznych, nie narzucamy naszym członkom, współpracownikom i sympatykom określonych poglądów politycznych i światopoglądowych, nie dążymy do objęcia władzy. Nasza działalność jest legalna i zgodna z prawem. Każdy człowiek ma naturalne prawo do obrony, do sprawiedliwości i do godnego życia – gwarantuje mu to konstytucja PRL oraz międzynarodowe konwencje i umowy dotyczące spraw ludzkich i obywatelskich. Działalność związkowa jest pod szczególną ochroną prawną” – pisała redakcja w pierwszym numerze.

Władze miały na ten temat inne zdanie. Ludzie WZZ byli nieustannie szykanowani – inwigilowani, wsadzani do aresztów, skazywani na kary grzywny, wyrzucani z pracy. Przed kolegiami ds. wykroczeń i sądami pracy bronił ich opozycyjny adwokat Jacek Taylor.

Spotkania WZZ u Gwiazdów i Borusewicza miały charakter samokształceniowy. O historii najnowszej mówił absolwent historii na KUL Bogdan Borusewicz, prawo pracy objaśniał prawnik z Uniwersytetu Gdańskiego Lech Kaczyński, cele i metody ruchu samoobrony społecznej przedstawiali Gwiazdowie. Mowa też była o sprawach najbliższych robotnikom – normach produkcyjnych, organizacji pracy i systemie wynagrodzeń, zasadach strajkowania, formułowania postulatów i tworzenia reprezentacji.

Program dla niezależnego ruchu pracowniczego przedstawiono latem 1979 r. w Karcie Praw Robotniczych. Celem numer jeden były niezależne związki zawodowe. Przygotowany przez redakcję „Robotnika” i masowo kolportowany dokument podpisało ponad 100 osób z całej Polski, w tym działacze WZZ Wybrzeża. Hasło podjęła grupa szczecińskich opozycjonistów – Stefan Kozłowski, Jan Witkowski i inni – zakładając w październiku tegoż roku Wolne Związki Zawodowe Pomorza Zachodniego.

Do ogólnopolskiego wymiaru było jednak daleko. Opozycyjny ruch związkowy tworzyły niewielkie grupki ludzi kolportujących bibułę, organizujących kółka samokształceniowe i obronę przed prześladowaniami. Jego siłą było otwarte stawianie problemów, o których milczały czynniki oficjalne, i energia młodych robotników niemających żadnych złudzeń wobec realnego socjalizmu i nic do stracenia.

Na barkach najmłodszych związkowców spoczywał druk i kolportaż bibuły. „Robotnika Wybrzeża” drukowali, pod kierunkiem Bogdana Borusewicza, najczęściej Andrzej Butkiewicz i Andrzej Kołodziej. Energicznym, robiącym świetne wrażenie działaczem był także Edwin Myszk, którego do Komitetu Założycielskiego rekomendował Wyszkowski. Trudno o większą pomyłkę. Myszk był agentem SB od 1970 r. Jako TW Leszek szczegółowo informował bezpiekę o WZZ, dekonspirował powielacze i punkty kolportażu bibuły. Wiadomość, że jest agentem, przekazał opozycji kapitan Adam Hodysz z gdańskiej SB. Po zdemaskowaniu na wiosnę 1979 r. Myszk próbował jeszcze sabotować wysiłki byłych kolegów, wydawał fałszywego „Robotnika Wybrzeża”, ale bez powodzenia. Policji nie udało się rozbić niezależnego ruchu związkowego.

Rocznice grudniowe

Najważniejszą datą w politycznym kalendarzu Trójmiasta był grudzień. Środowiska opozycyjne starały się uczcić rocznicę krwawych protestów z 1970 r. W 1978 r. pod drugą bramą Stoczni Gdańskiej, gdzie zginęli robotnicy, zgromadziło się około tysiąca osób, złożono wieńce i kwiaty, były wystąpienia Borusewicza, który dotarł pod bramę, urywając się milicyjnej obławie, oraz Szołocha w imieniu Wolnych Związków Zawodowych. Śpiewano hymn narodowy, „Boże coś Polskę” i – tak jak stoczniowcy w 1970 r. – „Międzynarodówkę”.

Manifestacja w 1979 r. miała jeszcze większy zasięg. Wydrukowano setki ulotek. SB zatrzymała w aresztach kilkadziesiąt osób, na czele z Borusewiczem, ale pozostali na wolności opozycjoniści nie zrezygnowali. 18 grudnia pod drugą bramą zebrało się kilka tysięcy ludzi. Ks. Bronisław Sroka zaintonował hymn narodowy, propozycję odśpiewania „Międzynarodówki” tłum wyśmiał. W imieniu WZZ Maryla Płońska przypomniała o lekcji Grudnia: „Dziś, bogatsi o doświadczenia, uczymy się, jak walczyć o swoje prawa spokojnie, nieustępliwie, solidarnie. Wtedy trzeba było wyjść na ulicę, żeby przekonać się, że jest nas wielu, że myślimy tak samo. Jednak stanowczość i solidarność skończyły się wraz z zajściami ulicznymi. Ludzie uwierzyli, że po krwawych rozruchach władza się zmieniła, że sama wyciągnie właściwe wnioski. Nie zapewniono bezpieczeństwa członkom Komitetów Strajkowych. Strajk przebiegał chaotycznie, gdyż nie zdołała powstać sięgająca w głąb struktura organizacyjna zdolna do dłuższego działania”.

Przemawiał też Lech Wałęsa: „W grudniu 70 roku byłem członkiem pierwszego i drugiego Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej. Jestem też współtwórcą słowa »pomożemy«. W związku z tymi faktami czuję się moralnie odpowiedzialny za tych, co zginęli, jak również za tych, co przeżyli, a zaufali mi. Dlatego też rozliczając ten okres oświadczam, że najważniejsze postulaty nie zostały spełnione. Zaliczam do nich budowę pomnika tej straszliwej tragedii, to jest obowiązek nas, żyjących, a zarazem przestroga dla rządzących. (...) Chcemy, by prawo zapanowało nad bezprawiem. Chcemy, by nigdy Polak na Polaka nie musiał podnosić ręki. (...) Aby temu przeciwdziałać, organizujemy niezależne grupy samoobronne, pomagajmy sobie wzajemnie, dołączcie do grup niezależnych, które już są zorganizowane. (...) W przyszłym roku będziemy obchodzić 10 rocznicę tej tragedii – musimy postawić pomnik. Jeżeli do tego czasu nie powstanie, proszę wszystkich, by każdy na przyszłą rocznicę przyniósł ze sobą kamień. Jeśli wszyscy przyniosą po jednym, to na pewno zbudujemy pomnik. Będzie to pomnik niezwykły, ale i sytuacja była niezwykła. Władza ludowa strzelała do ludu swego”.

Sierpień

W kręgu Wolnych Związków często analizowano przebieg protestów grudniowych, zastanawiano się, jak uniknąć zamieszek i jak uzyskać trwałe zdobycze. Jednym z pierwszych wniosków z tamtej lekcji był priorytet solidarnej obrony swoich reprezentantów i budowy organizacji do obrony interesów robotniczych. Toteż sierpniowy strajk 1980 r. w Stoczni Gdańskiej zaczął się z powodu wyrzucenia z pracy Anny Walentynowicz. Ponieważ wcześniej usunięto ze stoczni Andrzeja Kołodzieja, WZZ groziło zerwanie kontaktu z największym zakładem przemysłowym w regionie. Teraz albo nigdy – uznał Bogdan Borusewicz.

Protest przygotował w ścisłej konspiracji. W swój plan wtajemniczył tylko trzech młodych stoczniowców z WZZ – Jerzego Borowczaka, Bogdana Felskiego i Ludwika Prądzyńskiego. A także Lecha Wałęsę, który miał stanąć na czele strajku.

Przygotowano postulaty i ulotki z apelem WZZ do pracowników Stoczni Gdańskiej, aby bronili Anny Walentynowicz. Rankiem 14 sierpnia grupy prowadzone przez Jana Karandzieja i Leszka Zborowskiego rozdawały je w kolejce podmiejskiej. Ukrywający się od 10 dni Borusewicz, śmiertelnie zmęczony, poszedł spać do znajomych. Gdy się po południu obudził, dowiedział się, że stocznia stanęła. Młodzi z WZZ zainicjowali strajk, a w decydującym momencie w stoczni pojawił się Wałęsa i stanął na czele protestu. W komitecie strajkowym znalazła się również Walentynowicz.

Domagano się – oprócz przywrócenia jej i Wałęsy do pracy oraz podwyżki płac – niezależnych związków zawodowych, budowy pomnika ofiar Grudnia i gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących. Następnego dnia zastrajkował drugi największy zakład na Wybrzeżu – Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Protest rozpoczął Andrzej Kołodziej z WZZ, który zaczął w niej pracować dzień wcześniej. 20-letni Kołodziej, wyposażony jedynie w ulotki i polecenie Borusewicza: „Musisz zatrzymać Gdynię”, znakomicie sobie poradził. „Już w pierwszym dniu strajku mieliśmy radiowęzeł, drukarnię, straż strajkową dla ochrony zakładu, służbę zdrowia i zorganizowane wyżywienie w stołówkach zakładowych. Wszystko według teorii szkoleniowej na WZZ-owskich zebraniach pt. Jak prowadzić strajk” – wspomina (Andrzej Kołodziej, „Wolne Związki Zawodowe”, Gdynia 2012). W przejętej drukarni stoczni gdyńskiej Andrzej Butkiewicz powielał w następnych dniach dokumenty i komunikaty MKS. 15 sierpnia stanął też Elmor, gdzie strajk zorganizowali działacze WZZ – Andrzej Gwiazda i Bogdan Lis.

Świetnie rozpoczęty protest na Wybrzeżu mógł się szybko wypalić. 16 sierpnia komitet strajkowy Stoczni Gdańskiej, po uzyskaniu zgody dyrekcji na większość postulatów, przegłosował powrót do pracy. Wałęsa, chcąc nie chcąc, ogłosił zakończenie strajku. Wychodzących już do domu ludzi zatrzymały trzy kobiety z WZZ: Alina Pieńkowska, Anna Walentynowicz i Ewa Ossowska. Część stoczniowców pozostała w zakładzie i podjęła strajk solidarnościowy z innymi przedsiębiorstwami. Jeszcze tej nocy powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, który sformułował, z walnym udziałem Borusewicza, wspólną listę 21 postulatów. Żądaniem numer jeden była „akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. Od tej chwili protest w Trójmieście przybrał charakter generalny, jego celem nie była już doraźna poprawa warunków pracy i płacy, ale głęboka reforma życia społecznego.

Kierujący strajkiem ludzie WZZ przesądzili o jego uporządkowanym charakterze – robotnicy nie wyszli na ulicę, podjęli strajk okupacyjny. Twardo domagano się realizacji wszystkich 21 postulatów, ale uniknięto politycznej radykalizacji – Borusewicz odsunął żądania wolnych wyborów i zniesienia cenzury. W prezydium MKS, obok przewodniczącego Wałęsy, znaleźli się Pieńkowska, Walentynowicz, Gwiazda, Kołodziej i Bogdan Lis. To oni prowadzili negocjacje z komisją rządową. Borusewicz jako członek KOR wolał trzymać się w cieniu, ale pozostawał mózgiem protestu. To jego pomysłem było powołanie Komisji Ekspertów z Tadeuszem Mazowieckim i Bronisławem Geremkiem oraz odprawienie mszy niedzielnych w obu stoczniach, co zresztą Kościół przyjął nader niechętnie. W stoczni był też Krzysztof Wyszkowski – jako jeden z redaktorów „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego »Solidarność«”.

Gdy 31 sierpnia Lech Wałęsa podpisywał porozumienie, ludzie WZZ mogli mieć poczucie sukcesu. Niewielka grupka wolnych związkowców dokonała pierwszego wyłomu w systemie komunistycznym. Ciąg dalszy wkrótce nastąpił.

Autor pracuje w Europejskim Centrum Solidarności, jest redaktorem naczelnym pisma „Wolność i Solidarność. Studia z dziejów opozycji wobec komunizmu i dyktatury”. Ostatnio wydał „Siłę bezsilnych. Historię Komitetu Obrony Robotników”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną