Zaledwie dzień wcześniej sterowiec marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych „Shenandoah”, oznaczony numerem ZR-1, rozpoczął podróż po środkowym zachodzie Ameryki Północnej. W trakcie tej eskapady, zorganizowanej w celu zaprezentowania możliwości powietrznego kolosa, ZR-1 miał odwiedzić czterdzieści miast, promując ideę budowy i wykorzystania wielkich sterowców.
Słowo „wielki” jest tu jak najbardziej na miejscu. Złożony z wcześniej przygotowanych części bazie w Marynarki Wojennej Lakehurst, ZR-1 był pierwszym sterowcem sztywnym zbudowanym w USA. Miał 207 metrów długości, średnica kadłuba w najszerszym miejscu wynosiła 24 metry. Sześć silników Packard – każdy o mocy 300 KM (pięć umieszczono w zawieszonych pod kadłubem gondolach silnikowych, szósty znajdował się w gondoli sterowania), nadawało mu prędkość blisko 100 km na godzinę. Uzbrojono go w sześć karabinów maszynowych Lewis i przystosowano do przenoszenia 1400 kg bomb. Pełna załoga składała się z 43 ludzi.
Konstrukcję wzorowano na zdobycznym L-49, zmuszonym do lądowania we Francji w 1917 r. Koszt budowy odpowiadał rozmiarom aerostatu – za sterowiec amerykański podatnik zapłacił przeszło 2,9 mln dolarów, do czego należy dodać jeszcze 1,5 miliona wydane uprzednio na wzniesienie w Lakehurst słynnego hangaru nr 1 (niemal 300 metrów długości, 68 metrów wysokości, prawie 2 hektary powierzchni!), w którym zmontowano „Shenandoah”. Niebagatelne były też koszty eksploatacji. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z użyciem wodoru, dowództwo US Navy zdecydowało się na wypełnienie zbiorników bezpiecznym, ale niezwykle wówczas rzadkim i drogim helem (za 1000 stóp sześciennych wodoru trzeba było zapłacić zaledwie 2,5 dolara, za hel o tej objętości aż 120 dolarów, czyli niemal pięćdziesiąt razy więcej). A „Shenandoah” w swoich dwudziestu zbiornikach (wykonanych ze specjalnie spreparowanych jelit bydlęcych) mieścił aż 2115 tys. stóp sześciennych (prawie 60 tys. metrów sześciennych) drogocennego gazu.
Dowódcą ZR-1 został komandor porucznik Zachary Lansdowne, doświadczony oficer należący do sterowcowego lobby w dowództwie marynarki. Przez dwa lata służby załoga „Shenandoah” brała udział w licznych testach, sprawdzających przydatność wielkich aerostatów w wojnie morskiej – miały one, dzięki swojemu ogromnemu zasięgowi (w przypadku ZR-1 4300 mil morskich) zapewnić flotom pancerników i krążowników możliwość prowadzenia stałego rozpoznania lotniczego.
Jednym z takich eksperymentów było udane wypróbowanie masztu cumowniczego na okręcie USS „Patoka”, przebudowanego na pływającą bazę. W trakcie dwuletniej służby ZR-1 tylko raz uległ poważnemu wypadkowi – 16 stycznia 1924 r., w czasie gwałtownej burzy uderzył dziobem w maszt cumowniczy w bazie Lakuhurst.
Największą sławę „Shenandoah” zyskał w październiku 1924 r., w trakcie dziewiętnastodniowego lotu pokazowego po Stanach Zjednoczonych (z Lakehurst w New Jersey do San Diego w Kalifornii i z powrotem), wywołując tym niemałym wyczynem entuzjazm publiczności i całego lotniczego świata.
Nocą 3 września 1925 r. lecący w kolejną pokazową podróż ZR-1 dostał się nad stanem Ohio w obszar działania silnej burzy. „Shenadoah”, podobnie jak inne sterowce, wyposażony był w automatyczne zawory regulujące ilość gazu w zbiornikach w wypadku gwałtownego wzrostu ciśnienia. Jednak na rozkaz komandora Lansdowne’a dziesięć z osiemnastu zaworów zostało zdjętych, częściowo z powodu ich ciężaru, częściowo zaś z obawy o drogocenny hel, ulatujący w powietrze na skutek działania automatyki. Skutki miały okazać się tragiczne. Gwałtowny podmuch uniósł sterowiec na wysokość niemal dwóch tys. metrów (6 tys. stóp), co – zgodnie z prawami fizyki – spowodowało zwiększenie objętości gazu w szczelnych zbiornikach. Ich wypiętrzenie uszkodziło konstrukcję nośną, od której oderwała się podwieszona pod kadłubem gondola sterowania (z sześcioma ludźmi na pokładzie, wśród nich był komandor Lansdowne) oraz gondole silnikowe ze znajdującymi się w środku mechanikami – wszyscy ci ludzie zginęli. Odciążony sterowiec nadal się wznosił, czego skutkiem były dalsze uszkodzenia i w konsekwencji przełamanie kadłuba. Siedmiu ludzi znajdujących się w sekcji dziobowej, dowodzonych przez nawigatora Charlesa Rosendahla, wykazało się wyjątkową przytomnością umysłu – ręcznie opróżnili oni część zbiorników, co pozwoliło awaryjnie, choć w tych okolicznościach dość szczęśliwie, wylądować nieopodal miejscowości Caldwell. W katastrofie zginęło czternastu z czterdziestu trzech członków załogi. Zanim na miejsce wypadku przybyły siły porządkowe, część wyposażenia ZR-1 została rozgrabiona przez okolicznych mieszkańców – zaginęły między innymi dzienniki pokładowe, zerwano „na pamiątkę” fragmenty pokrycia kadłuba.
Za główną przyczynę katastrofy uznano decyzję komandora Lansdowne’a o usunięciu części zaworów automatycznych – ich brak uniemożliwił szybkie wyrównanie ciśnienia w zbiornikach. Wkrótce okazało się jednak, że całej odpowiedzialności nie sposób zrzucić na dowódcę „Shenandoah” – niemiecki inżynier Karl Anstein, główny projektant zdobytego we Francji pierwowzoru ZR-1 stwierdził, że L-49 był konstrukcją wyjątkową, zaprojektowaną do lotów bombowych na dużej wysokości (z lekkim, ale mało wytrzymałym długim kadłubem o małym przekroju), mającą operować wyłącznie przy dobrej pogodzie, o czym kopiujący go Amerykanie mogli nie wiedzieć. Ponadto w czasie śledztwa wyszło na jaw, że komandor Lansdowne, znając warunki pogodowe panujące nad Ohio, prosił swoich zwierzchników o przełożenie terminu startu. Odmówiono mu wyłącznie ze względów prestiżowych, wyżej stawiając oczekiwania prasy i opinii publicznej, niż bezpieczeństwo statku powietrznego i jego załogi.
Poza śmiercią czternastu marynarzy i zniszczeniem maszyny wartej 3 miliony dolarów, katastrofa „Shenandoah” miała jeszcze jeden skutek – pułkownik Billy Mitchell, sławny pilot i dowódca, bohater wojenny uznawany za twórcę wojskowego lotnictwa USA, wstrząśnięty niefrasobliwością wojskowych decydentów, pozwolił sobie na otwartą i bardzo gwałtowną krytykę dowództw amerykańskiej Marynarki i Armii. Mimo poparcia opinii publicznej postawiony przed sądem wojennym pod zarzutem niesubordynacji, niebawem zakończył swoją militarną karierę.
-
Szalone lata 90. Za czym tak tęsknimy? Wywołujemy duchy epoki, ale demonów już nie
-
Makabryczna turystyka: kulisy polowań na ludzi w Sarajewie. „Dziecko było najcenniejszym trofeum”
-
Jak Chile ratowało nazistów. Ojciec z NSDAP nawet dziś nie przeszkadza wyborcom
-
Piłsudski i Dmowski (i AI) dla „Polityki”. „Za moich czasów przynajmniej wiedzieliśmy, kto jest wrogiem”
-
Artemis 2 w cieniu Challengera. Nie chcieli odwołać startu. Ta katastrofa zmieniła astronautykę
Najczęściej czytane w sekcji Historia
Czytaj także
Terapia integracji sensorycznej: zaglądamy za kulisy. Dorośli płacą krocie na zajęcia dla dzieci
Na terapię integracji sensorycznej Polacy wydają rocznie kilkaset milionów złotych z prywatnych kieszeni i z publicznych środków. Sprawdzamy, czy warto, i zaglądamy za kulisy branży.
Marian Dziędziel dla „Polityki”: Wydawało mi się, że jestem po drugiej stronie. Żal, gdyby miało tam nic nie być
Niekiedy rozmawiam z tym lustrzastym gościem: dobra facet, trzymaj się, tylko uważaj na siebie. Nie mam do niego pretensji specjalnie, chociaż nieraz należałoby go opierniczyć – mówi aktor filmowy i teatralny Marian Dziędziel.
Wielkie centrum danych w środku podwarszawskich Reguł. Mieszkańcy mówią: nie!
W zamożnej podwarszawskiej wsi spokój mieszkańców zburzył plan amerykańskiego biznesu cyfrowego. Sąsiedzkie stowarzyszenie broni się przed nim od czterech lat.
Piłsudski i Dmowski (i AI) dla „Polityki”. „Za moich czasów przynajmniej wiedzieliśmy, kto jest wrogiem”
O dzisiejszej Polsce, Unii Europejskiej, o Niemcach, Ukrainie oraz świecie Trumpa i Putina rozmawiamy z awatarami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego.
Zimne łóżka. Dlaczego Polacy coraz rzadziej uprawiają seks? Z naszych sypialni powiało chłodem
Im więcej seksu i erotyki wokół nas, tym zimniej w naszych sypialniach. Połowa kobiet i niewiele mniej mężczyzn traci zainteresowanie życiem łóżkowym. Nad Wisłą z sypialni wieje coraz większym chłodem.
Nawrocki i jego dwór. Ambicje, zaskakujące błędy i wojenki. W dużym Pałacu robi się nerwowo
„Zluzuj zbroję” – mawia Karol Nawrocki do swoich współpracowników, zaniepokojonych wizerunkowymi konsekwencjami jego ostatnich zachowań. Ale jego otoczenie, nawet to z politycznym doświadczeniem, też jest zagubione i popełnia zaskakujące błędy.
Jak kradną Polacy. W środku dnia wynieśli rowery do busa. I teraz szukaj wiatru w polu
Statystyki są bezwzględne. Dziennie łupem złodziei pada w Polsce 30–37 rowerów. W 2023 r. policja przyjęła zgłoszenia kradzieży ponad 13 tys. jednośladów. Ile zginęło ich rzeczywiście, nie wiadomo, bo właściciele tego nie zgłaszają, wiedząc, że szanse na odzyskanie mienia są niewielkie.
Groźna moda w psychoterapii: młodzi „zrywają” relacje. Bo rodzice podobno są toksyczni
Rzesza nieodpowiedzialnych psychoterapeutów urządza młodym ludziom kąpiel, wraz z którą z ich życia zostają wylani rodzice. Bo podobno są toksyczni. Te „zerwania relacji” przybierają rozmiary absurdalnego i niebezpiecznego zjawiska.
Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika
Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.
FAFO, czyli zimny chów. „Jak coś spieprzysz, to się przekonasz”. Tak w USA wychowują dzieci
Jak coś spieprzysz, to się przekonasz – to definicja FAFO, najmodniejszej dziś w USA „filozofii wychowania”, która dociera też do Polski. I udziela głupich odpowiedzi na mądre pytania.
Autyzm: coraz szersze spektrum. Co o nim naprawdę wiemy, a co sobie wymyślamy?
Nowa lalka Barbie ze spektrum autyzmu jest sygnałem społecznej „mody” na to zaburzenie. Co o nim wiemy, a co sobie wymyślamy? Dziś, nawet gdy pacjent otrzymuje rzetelną diagnozę, często zostaje z nią sam.