Ukochani przywódcy - od Aleksandra do Kim Dzong Ila

Posągi bogów
Gdy się czyta tę książkę o tyranach i despotach, dręczy umysł natrętne spostrzeżenie: jak mali byli ci kandydaci na bogów.
Wykuty w skale pomnik młodego Mao, Changsha, stolica chińskiej prowincji Hunan.
Wikipedia

Wykuty w skale pomnik młodego Mao, Changsha, stolica chińskiej prowincji Hunan.

Monika Milewska, Bogowie u władzy: Od Aleksandra Wielkiego do Kim Dzong Ila. Antropologiczne studium mitów boskiego władcy, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012
materiały prasowe

Monika Milewska, Bogowie u władzy: Od Aleksandra Wielkiego do Kim Dzong Ila. Antropologiczne studium mitów boskiego władcy, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012

Aleksander Macedoński, Juliusz Cezar, Kaligula, potem odstęp 18 stuleci i Napoleon, a po nim już rzędem tyrani XX w.: Lenin, Mussolini, Hitler, Stalin, Ceauşescu, Kim Ir Sen wraz z synem Kim Dzong Ilem. Zabrakło, co zaskakujące, Mao Tse-tunga, ale i Ludwika XIV, a także wielu pomniejszych ubóstwionych despotów Europy, Afryki, Azji z różnych epok. Lista ich niepełna, bo też pełna wcale być nie miała. To nie jest przecież historia władców i ich panowania, lecz szkicowe dzieje ich kultów. Wspólne im wszystkim i powtarzalne było spełnione żądanie czci należnej bogom, wznoszenie ich posągów, pokorne obrzędy poddanych.

Ciekawsze wydaje się jednak to, czym się te kulty jeden od drugiego różniły, a co autorka książki wnikliwie wykrywa, czyniąc z tych osobliwości klucze do opisu i interpretacji mitów, jakie dały się spożytkować do przydawania nimbu boskości władcom i przywódcom państw. Tak na przykład Cezar przeświadczony był o swoim pokrewieństwie z bogami, a po jego śmierci potwierdzać to miała kometa pojawiająca się zawsze na niebie w odpowiednim czasie. Mussolini miał się za nowe wcielenie a to Heraklesa, a to rzymskich cesarzy, Hitler za wysłańca Opatrzności, obdarzonego misją doprowadzenia do wszechświatowej potęgi Trzeciej Rzeszy. Podobne urojenia wielkości i nieśmiertelności były już oczywiście nieraz opisywane, autorka „Bogów u władzy” dokonuje wszelako ich porównawczej wiwisekcji skalpelem antropologa, co w połączeniu z erudycją historyczną przynosi niezmiernie ciekawe rezultaty.

Monika Milewska dała się poznać ponad 10 lat temu jako autorka książki „Ocet i łzy: Terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej jako doświadczenie traumatyczne” (słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2001). Był to obraz rewolucji pisany z perspektywy jej ofiar, które nic nie rozumieją ani nie pragną rozumieć z walk tytanów, usiłują jedynie żyć i ocaleć w cieniu gilotyny. Książka, opatrzona znakomitym doborem tekstów i ilustracji z epoki, była debiutem niezwykłym, świadczącym, że historię można czuć każdym nerwem i wszystkimi zmysłami. I co więcej, że swoją empatię można przekazać czytelnikowi.

Na czym polega antropologiczne obcowanie ze źródłami historycznymi, specyficzny ich ogląd i wrażliwość, łatwiej pokazać, niż dyskursywnie objaśniać. To pewne, że polityczne religie są szczególnie wdzięcznym przedmiotem do takiej analizy. „Lenin natychmiast po śmierci zaczyna przejmować przestrzeń sakralną po obalonym Bogu Świętej Rusi. Za cara w każdej chacie znajdował się »czerwony kącik« zapełniony ikonami. Po roku 1924 »czerwone kąciki« zmieniają wystrój, nie zmieniając właściwie funkcji, a zwłaszcza koloru. Ikony świętych zastąpione zostają portretami Lenina”.

Rozdział Milewskiej o Stalinie jest szczególnie finezyjny, ponieważ jest w całości opowieścią – niewolną od świetnych anegdot – o wizerunkach Ojca Narodów w sztuce, na pomnikach, w teatrze, w filmie, także o jego sobowtórach hodowanych dla bezpieczeństwa. Żywy Stalin, pozbawiony charyzmy, niski, ospowaty i nader rzadko pokazujący się publicznie, skrywa się za idealizującymi jego postać ikonami.

Jak wiadomo, proklamowana deifikacja przywódców i tyranów względnie łatwo wchodzi w krwiobieg społeczny, choć nigdy nie zaszkodzi wesprzeć ją terrorem. Milewska powiada za filozofami sacrum, że lęk i uwielbienie są – jak w każdej monoteistycznej religii – dwoma niezbywalnymi pierwiastkami kultu. Zapewne, wszelako w różnych proporcjach. W historii Napoleona więcej jest z pewnością uwielbienia. W historii Ceauşescu – jak się miało okazać – był sam lęk. Ale czy to zawsze da się odróżnić? Powtarzanie wyrazów miłości razem z hołdami poddaństwa w jakimś czasie prowadzi do tego, że już sercem, a nie tylko wargami kocha się Wielkiego Brata albo Światłość Świata, choćby się ich nigdy na oczy nie oglądało. Wielu ludzi naprawdę płakało w dniu pogrzebu Stalina. A więc tę boską adorację cesarzy i sekretarzy wszczepiali pokornym narodom funkcjonariusze znający wyśmienicie tajniki dusz ludzkich i wiedzący, że ślepego posłuszeństwa nie zapewni racjonalne wychowanie obywateli? Byłaby to więc pragmatyczna socjotechnika, zimny wychów cieląt?

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną