Historia

Brat Bieda

Św. Franciszek – trudny wzór

Św. Franciszek u papieża Innocentego zatwierdza regułę Braci Mniejszych. Giotto di Bondone, 1297-99 r. Św. Franciszek u papieża Innocentego zatwierdza regułę Braci Mniejszych. Giotto di Bondone, 1297-99 r. Elio Ciol / Corbis
Kardynał Bergoglio jako pierwszy papież w historii przyjął imię Franciszka. Czemu nikt przed nim? I co ten wybór oznacza? Kim był średniowieczny święty, który do dzisiaj pozostaje tak żywą inspiracją?
Stygmaty św. Franciszka, Lorenzo di Credi, XVI w.Erich Lessing/CZARNY KOT Stygmaty św. Franciszka, Lorenzo di Credi, XVI w.
Freski z bazyliki św. Franciszka w Asyżu, Giotto di Bondone, ok. 1295 r. Franciszek oddaje płaszcz biednemu.Elio Ciol/Corbis Freski z bazyliki św. Franciszka w Asyżu, Giotto di Bondone, ok. 1295 r. Franciszek oddaje płaszcz biednemu.
Święty ukazuje się mnichom w Arles.Stefan Diller/AKG/EAST NEWS Święty ukazuje się mnichom w Arles.
Franciszek podpierający bazylikę św. Jana na Lateranie.Stefan Diller/AKG/EAST NEWS Franciszek podpierający bazylikę św. Jana na Lateranie.

Artykuł w wersji audio

Franciszek z Asyżu nie chciał zakładać zakonu, pragnął tylko naśladować Chrystusa. Totalnie, bezkompromisowo, z żarliwością ewangelicznego fundamentalisty. Ten płomień nie gaśnie. Dziś pod szyldem franciszkańskim gromadzą się nie tylko katolicy łacińscy. Na inspirację św. Franciszkiem powołują się grupy anglikanów, protestantów, ludzie świeccy niezwiązani z żadną konfesją. Przy Narodach Zjednoczonych działa franciszkańska międzynarodówka, mająca status konsultacyjnej organizacji pozarządowej. Działa w myśl wartości franciszkańskich. Są nimi: poszanowanie godności ludzkiej, troska o prawa ubogich, sprawiedliwe gospodarzenie zasobami, ochrona środowiska naturalnego, pokojowe współistnienie narodów.

Sam Franciszek takiego języka oczywiście nie używał. Czy odnalazłby się w naszych czasach, w których kwestia ubóstwa jest sprawą przede wszystkim polityczną, a nie teologiczną? Oddając biednemu swój elegancki płaszcz, robił to w imię nauk Jezusa, a nie w ramach walki klasowej czy sporu neoliberalizmu z alterglobalistami. Ale zapewne byłby dumny, że po ośmiuset latach wspólnota jego imienia skupia 18 tys. mężczyzn i kobiet i obejmuje cały świat. Bez opowieści o Franciszku trudno opowiedzieć Kościół łaciński, duchową historię Zachodu, nie tylko religijną, także artystyczną. W powszechnym odczuciu Franciszek z Asyżu to ktoś, kto był bardzo blisko ideału chrześcijanina. Ludzie wielbią Franciszka za prostotę, za to, że kochał Boży świat, jaki jest, nawet z cierpieniem, złem i śmiercią.

To czemu żaden papież przed kard. Bergoglio nie przybrał imienia Franciszek? Czy dlatego, że papieże wyczuwali w tym jakąś nieszczerość, jakąś kontestację? Bo nie da się pogodzić kościelnego przepychu, barokowej pompy, feudalnych klimatów watykańskich z życiem wędrownego kaznodziei, żebraka, pustelnika, jakim był historyczny Franciszek. Ta sprzeczność nie zniknęła po wyborze Bergoglia. Miał mocno niewyraźną minę, gdy go oprowadzano po papieskim apartamencie w Watykanie. Jak wytłumaczy swemu Kościołowi, że ma mieszkać w takim luksusie, gdy jeszcze niedawno odprawiał msze w slumsach Buenos Aires i mieszkał jak zwykli ludzie?

A jednak świat katolicki jest gotów dać nowemu papieżowi kredyt zaufania. Nie razi go, że przyjął imię Franciszka, bo ludzie mu wierzą, że to na serio. Wierzą, że chce i będzie papieżem ubogich, jak starał się być ich duszpasterzem w Argentynie. W tej wierze jest sporo zaklinania kościelnej i watykańskiej rzeczywistości. Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, że naprawdę dojdzie do jakiejś „refranciszkanizacji” polityki papieskiej i Kościoła oficjalnego. Do tego trzeba sił, środków, determinacji, zaufanych i lojalnych współpracowników. Ale wiara ta zawiera potencjał zmiany. Wystarczyło kilka dni nowego pontyfikatu, z jego prostymi gestami, a już nawet w Polsce biskupi mniej politykują i zaczynają zajmować się sprawami wiary.

Wierni oczekują, że papież Franciszek tchnie franciszkańskiego ducha w Kościół epoki globalnej. To go umacnia w zderzeniu z biernym oporem urzędniczych struktur i ludzi w Kościele. Czuje się, że nowy papież ma mandat szerszy niż wynik samego konklawe. Nie było takiego poczucia po wyborze Benedykta XVI.

Zepsuty za młodu

Franciszek historyczny pochodził z Umbrii, gdzie się urodził w Asyżu prawdopodobnie w 1181 lub 1182 r., w rodzinie bogatego kupca sukiennego nazwiskiem Pietro Bernardone. O jego matce, imieniem Pica, wiemy jeszcze mniej. Prawdopodobnie była szlachcianką z Prowansji. Hagiografowie z miłości do Franciszka konfabulowali, że przyszły święty przyszedł na świat, niczym Jezus, w stajence. Chłopczyk dostał na chrzcie imię Giovanni, Jan. Ale ojciec, pod wrażeniem Francji, gdzie robił interesy, nazwał go Francesco, czyli Frank, Francuz. Chłopaka mniej ciągnęło do nauki niż do poezji i rzemiosła rycerskiego.

Był ponoć gwałtownikiem, ale o wielkim uroku osobistym. Rozpieszczany przez rodziców, używał życia na potęgę. Dusza towarzystwa, lansiarz, co się zowie. Ale nawet za tej swojej bananowej młodości był wrażliwy na ludzką biedę. Potrafił biegać po zaułkach i placach Asyżu w poszukiwaniu żebraka, który poprosił go o jałmużnę, gdy Franciszek był zajęty w sklepie ojca. Wziął udział w najeździe Asyżu na konkurencyjną Perugię i trafił na ponad rok do lochu jako jeniec. Tam miał czas na rozmyślanie nad dotychczasowym bilansem swego życia. Ale kiedy wyszedł z niewoli, dalej chciał być żołnierzem. Nic nie zapowiadało, że z tego pięknisia wyrośnie naśladowca Chrystusa.

Średniowiecze ceniło sny. Nie mogło ich zabraknąć w żywotach sławnych mężów. Franciszkowi przyśniły się w tym czasie zbroje ozdobione krzyżami. To dla ciebie i dla twoich żołnierzy, powiedział jakiś głos. Francesco zrozumiał, że to znak, iż będzie wielkim panem. Ale zachorował i w kolejnym śnie otrzymał rozkaz, by wrócił do Asyżu. Był 1205 r. Przyjaciele pytali, czy nie myśli się żenić. Tak, odpowiadał, z Panią Biedą. Pojawia się ona w kilku legendach o Franciszku. Bieda, ubóstwo, to słowo klucz w historii i doktrynie franciszkańskiej. Nie polega tylko na tym, że się nic nie ma w sensie materialnym. Jest też cenną wartością, dobrem duchowym, moralną cnotą. W intencji Franciszka ubóstwo było przede wszystkim pójściem za przykładem Jezusa.

Tak jak Jezus, Franciszek nie był buntownikiem społecznym, lecz rewolucjonistą duchowym. Odczuwał swój wysoki status społeczny jako zniewolenie duchowe, wiążące go z mirażami doczesnego sukcesu. Chciał się od niego uwolnić poprzez ubóstwo radykalne, przez dosłowne naśladowanie Ewangelii. W jednej z legend Franciszek chce się zaszyć w puszczy. Tam spotyka kobietę, której tłumaczy, że szuka na odludziu biedy, bo nie chce już bogactwa. Wtedy kobieta wyjawia mu, że ma na imię Paupertas, to znaczy Pani Bieda. Idealna kandydatka na żonę Brata Biedy, którym chciał być Francesco, nazywany też Poverello, Biedaczyną z Asyżu.

Nawracający wilki

Francesco wyrzekł się dóbr doczesnych i świeckiej kariery, ale nie wyrzekł się miłości do świata. W swych poematach zachwyca się królestwem przyrody, pozdrawia Słońce i Księżyc niczym rodzeństwo, głosi kazania do ptaków i ryb, wykupuje owce prowadzone na rzeź, nawraca krwiożerczego wilka, nawet śmierć nazywa siostrą. To w dzisiejszym odbiorze czyni go pionierem głębokiej holistycznej ekologii. Ale to nieporozumienie, bo Franciszek swój kult natury dedykował Bogu jako biblijny chrześcijanin, a nie wyznawca New Age. Jednak dla dobra sprawy ekologicznej można na to przymknąć oko. Podobnie jak dla dobra sprawy ubogich, można przymknąć oko na to, że Franciszek nie był jednak prekursorem lewicowej teologii wyzwolenia.

Sprawa ubogich miała dla niego wymiar bardziej religijny niż społeczny. Żył w końcu w hierarchicznym społeczeństwie feudalnym, gdzie ubodzy byli potrzebni możnym jako siła robocza. Ich nędznym życiem interesowali się raczej nie z empatii czy z poczucia solidarności społecznej. Takie pojęcia tam raczej nie funkcjonowały. Podobnie jak idea równości względem prawa w naszym liberalnym rozumieniu. Ubodzy początkowo rzadko trafiali do klasztorów, a jeszcze rzadziej robili kościelne kariery. To było zarezerwowane dla ówczesnych elit. Musiało się w nich znaleźć miejsce dla mniej udanych szlacheckich synów i dobrze urodzonych niezamężnych panien. Szlachcie ubodzy byli przydatni, gdy trzeba było praktykować cnoty ewangeliczne, rozdawać jałmużnę, fundować przytułki i szpitale, kościoły i klasztory. Na chwałę Bożą i z prywatnej nadziei, że może pójdzie się za to do nieba. Europa na tym korzystała cywilizacyjnie, a z nią i prosty lud. Ale droga do państwa socjalnego była jeszcze bardzo długa.

Po powrocie do Asyżu Franciszek, jadąc konno, spotyka trędowatego. Instynktownie się cofnął, ale potem zsiadł z konia, objął nieszczęśnika i dał mu trochę pieniędzy. Trędowaci byli wtedy w podobnej sytuacji, jak początkowo chorzy na AIDS w naszych czasach. Wykluczeni, izolowani, budzący strach i obrzydzenie. W tym samym czasie Francesco popadł w konflikt z ojcem, który nie akceptował przemiany zachodzącej w synu i chciał go wydziedziczyć. Ojcu nie podobało się, że Francesco wydaje krocie na remont kościoła, w którym usłyszał ponoć głos wzywający go do naprawy „mego domu idącego w ruinę” (hagiografowie rozszyfrowują to jako wezwanie Boże do odnowy całego Kościoła).

Wydziedziczony zakonnik

Franciszek mógł działać na nerwy, gdy popadał w religijną manię. Zrywał z siebie ubranie, by je oddać obdartym żebrakom, nie dojadał, więc marniał w oczach, zadawał się z dołami społecznymi. W końcu ojciec go wydziedziczył. Francesco przyjął to jako wyzwolenie. Teraz mógł się swobodnie oddawać kontemplacji i modlitwie, opowiadać ludziom o Ewangelii. Czyli żyć tak, jak pragnął, wbrew ojcu i dawnym kompanom, którzy takie życie uważali za porażkę.

Gromadzą się przy nim ludzie, dla których jest nauczycielem i wzorem chrześcijanina. Niechętnie, ale opracowuje dla tej tworzącej się wspólnoty spis zasad. Krótki, surowy, z akcentem na ewangeliczne ubóstwo. Staje z tą regułą przed papieżem Innocentym III, a ten ją ustnie zatwierdza w 1209 r. Tę ważną dla zakonu scenę namalował mistrz Giotto, a żywot i dzieło Franciszka stało się wkrótce ulubionym tematem sztuki europejskiej. Powstały o nim obrazy, w tym El Greca, dzieła literackie, w tym Dantego (franciszkanina), hagiografie, na czele z „Kwiatkami św. Franciszka”, utwory muzyczne, w tym opera Messiaena, filmy, np. Zeffirellego i Liliany Cavani. W kulturze polskiej, w której nurt franciszkański był żywy przez cały XX w., ze św. Franciszkiem zestawiano Janusza Korczaka i Edwarda Stachurę.

W XIII w. w Europie sprawy Kościoła szły źle. Instytucja i kler w moralnym rozkładzie i organizacyjnym chaosie. Na domiar złego w wielu krajach, zwłaszcza na południu Francji, rósł w siłę kataryzm. Kościół uznał ten ruch religijno-etyczny za herezję, bo atakował kult krucyfiksu (bliski Franciszkowi), chrzest w wieku niemowlęcym, zepsucie księży i ich przywileje. Wytworzył własną strukturę, stając się swoistym antykościołem. Szybko rozwijał się ruch waldensów. Jego założyciel, Piotr Waldens, bogaty kupiec z Lyonu, podobnie jak Franciszek był człowiekiem świeckim i podobnie jak on potraktował dosłownie ewangeliczne wezwania do ubóstwa. Waldensi ostro krytykowali oficjalny Kościół za żądzę władzy i użycia. Również oni zaczęli tworzyć jakiś Kościół alternatywny, z własnym obrządkiem i kaznodziejami (mogły nimi być także kobiety). Katarów (kacerzy) eksterminowano z błogosławieństwem Kościoła oficjalnego. Waldensów zepchnięto do podziemia. Niektóre ich idee odżyją w reformacji. Demonstracyjne ubóstwo Franciszka z Asyżu pachniało katarską herezją.

Politycznie bezpieczny

A jednak papież Innocenty, wbrew obawom swego dworu przyjmując w końcu Franciszka, dostrzegł w nim szansę pomocy w walce z ruchami kontestacji, nad którymi Kościół rzymski utracił kontrolę. Bo choć Francesco głosił ubóstwo, to nie krytykował papieża ani Kościoła. Nie domagał się oczyszczenia instytucji, wyższego poziomu moralnego i intelektualnego księży. Był politycznie bezpieczny, choć podjął politycznie niebezpieczny temat ubóstwa.

Był polityczny w XIII w. i w naszych czasach, gdy brazylijski franciszkanin Leonardo Boff popierał lewicującą teologię wyzwolenia. Ta bomba nigdy nie została zupełnie rozbrojona. Temat ubóstwa wciąż wracał w dyskusjach w samym zakonie i w Kościele, wywołując podziały i rozłamy, akcje i kontrakcje. Ale stopniowo Kościół wchłaniał i oswajał buntowniczą ideę franciszkańską. Innocenty miał rację.

Dwa zakony, którym papież pozwolił powstać i rozkwitnąć – franciszkanie i dominikanie – okazały się lotnymi brygadami papiestwa. Czasem drogą mało chrześcijańską, jak dominikanie inkwizytorzy wysyłający na śmierć heretyków i czarownice. Ale niewątpliwie wędrowni kaznodzieje żebracy, którzy rozeszli się po całej Europie, a nie siedzieli za murami jak benedyktyni, bardzo pomogli Kościołowi odzyskać kontrolę nad wiernymi i zażegnać kryzys instytucji.

Ruch franciszkański u zarania był wezwaniem powrotu do ewangelicznych źródeł wiary. I od samego początku dla jednych ubóstwa było w nim jeszcze za mało, dla drugich już za dużo. Nawet za życia Franciszka dochodziło na tym tle do ostrych sporów i w 1220 r. musiał on wracać do Rzymu z wyprawy do Egiptu, gdzie próbował nawrócić sułtana podczas piątej wyprawy krzyżowej (dziś można tę nieudaną misję odczytywać jako zapowiedź idei ekumenizmu). Do rozłamu nie doszło, ale Franciszek usunął się w cień. Nigdy zresztą nie zdradzał skłonności wodzowskich. Wolał głosić Ewangelię. Za zgodą papieża urządza w umbryjskiej wiosce pierwszą szopkę bożonarodzeniową. Zamiast słuchać kacerzy – lud podziwiał stajenkę betlejemską.

Stygmatyk na górze

Krucyfiks fascynował go do końca. A to oznaczało także fascynację cierpieniem i śmiercią. Franciszek chciał naśladować Chrystusa nie tylko w ubóstwie, ale też w męce. Ta jego obsesja humanizowała jakoś masową religijność, bo pokazywała podobieństwo przeżyć Chrystusa na krzyżu do cierpień ludzi. Ale też, jak każdy fundamentalizm, budziła niepokój uporządkowanej, zhierarchizowanej kościelnej władzy.

W ostatnich latach życia Franciszek, chory i tracący wzrok, jest przede wszystkim mistykiem i wizjonerem. Apogeum przychodzi w 1224 r. Po 40-dniowym poście Franciszek na górze La Verna (Alwernia) w Apeninach otrzymuje stygmaty. Na ciele pojawia się pięć niegojących się ran w miejscach, gdzie znajdowały się rany Chrystusa wiszącego na krzyżu. Dla wierzących to niemal pewny znak świętości Franciszka. Umiera przed pięćdziesiątką, w 1226 r., już dwa lata później zostaje kanonizowany.

Radykalizmu się nie wyrzekł, ale pozostał lojalny wobec Kościoła i papiestwa. Wybór Jorge Mario Bergoglia pasuje do tej opowieści. Jest spójny z rolą św. Franciszka jako odnowiciela chrześcijaństwa łacińskiego w granicach katolickiej ortodoksji. Kościół wchłonął i oswoił ruch Franciszka z Asyżu, ale nie usunął do końca napięcia między ideą ubóstwa w służbie Boga a przepychem dworu papieskiego i pałaców biskupich. To napięcie wniósł teraz do Watykanu sam papież Franciszek. Już od początku jego pontyfikatu widać, że podobnie jak święty z Asyżu, nowy papież nie będzie szedł na otwartą wojnę z Kościołem bogatym, ale że jego miłością i przesłaniem pozostanie Kościół ubogi.

Franciszkanizm nowego papieża jest niepolityczny w tym sensie, że nie postawi kwestii władzy w Kościele oficjalnym. A to ta kwestia jest równie ważna dla odnowy zorganizowanego katolicyzmu jak kwestia ubóstwa, praw kobiet czy wiary w globalnym świecie. Może najważniejsza.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną