Rozmowa z Wojciechem Szatkowskim, autorem książki „Goralenvolk. Historia zdrady”

Zadry gazdów
Rozmowa z Wojciechem Szatkowskim, autorem książki „Goralenvolk. Historia zdrady”, laureatem nagrody historycznej POLITYKI za 2012 r.
Przewodniczący Komitetu Góralskiego Wacław Krzeptowski wita w Zakopanem Hansa Franka.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przewodniczący Komitetu Góralskiego Wacław Krzeptowski wita w Zakopanem Hansa Franka.

Wojciech Szadkowski, autor książki „Goralenvolk. Historia zdrady”.
Paweł Załęcki/Polityka

Wojciech Szadkowski, autor książki „Goralenvolk. Historia zdrady”.

Henryk Szadkowski na przedwojennym zdjęciu.
Paweł Załęcki/Polityka

Henryk Szadkowski na przedwojennym zdjęciu.

Wiesław Władyka: – Długo dorastał pan do tej książki? W końcu jest to opowieść o zdradzie pana dziadka, jednego z liderów Goralenvolku.
Wojciech Szatkowski: – Rzeczywiście, dorastałem. Pierwszą próbą zmierzenia się z tym wyzwaniem było napisanie na Uniwersytecie Jagiellońskim pracy magisterskiej o Goralenvolku. Potem wróciłem do Zakopanego i po latach postanowiłem swoją pracę rozwinąć, sięgnąłem po nowe źródła i przekazy, znalazłem wydawcę. Myślałem, że swoją książką wywołam jakąś dyskusję.

To dorastanie to nie tylko usprawnianie warsztatu, ale chyba przede wszystkim skonfrontowanie się z bagażem emocjonalnym i moralnym, jakie stało się doświadczeniem pana rodziny?
Przede wszystkim. Jakoś przecież musiałem zmierzyć się z historią własnej rodziny, z osobą własnego dziadka, który był nazywany – zresztą słusznie – mózgiem akcji góralskiej, czyli Goralenvolku.

Pan niejako w imieniu rodziny chciał dotrzeć do prawdy?
Wystąpił tu splot wielu okoliczności. Zawsze pasjonowałem się historią, zająłem się nią zawodowo, więc mogłem mieć przynajmniej nadzieję, że profesjonalnie dam sobie radę, a jak to było z moim dziadkiem, chciałem po prostu wiedzieć. Rodzina z pewnym dystansem obserwowała moją pracę, trochę oczywiście zaniepokojona, ale też jednak ufna, że dam radę, że udźwignę. Mój ojciec Jan Szatkowski i jego siostra Zofia, czyli dzieci Henryka, mieli najtrudniej, wystawieni byli na najcięższą próbę.

Takie rozliczanie dziadka jest próbą wyzwolenia się z traumy rodzinnej?
Trauma była w całej rodzinie Szatkowskich, w rodzinie Krzeptowskich, w ogóle tak naprawdę w całym Zakopanem czy na Podhalu. Goralenvolk to nie był i nie jest temat lubiany, najchętniej pomija się go milczeniem. W moim domu też się o tym mówiło bardzo rzadko, z moją babcią Marią, żoną dziadka Henryka, może trzy razy jakoś wymieniliśmy zdania. Chciałem przełamać to milczenie.

Pisze pan w książce: „Prawda o Henryku Szatkowskim – w świetle materiałów IPN – jest niezwykle trudna. Myślałem, że wypadnie ona lepiej – tymczasem jest odwrotnie. Wiele dokumentów jest oskarżeniem tej osoby”. Chyba między innymi dlatego, że była to osoba skomplikowana i złożona?
Był przed wojną znaną postacią Zakopanego, działaczem narciarskim, prawnikiem doktorem, znał siedem języków, miał olbrzymią bibliotekę, był pracowity i sympatyczny. Był bardzo rodzinny, bardzo kochany przez swoje dzieci, z troską się nimi zajmował. A potem okazało się, i to właściwie natychmiast po wybuchu wojny, że staje się jedną z najważniejszych postaci Goralenvolku, autorem memoriału programowego, tłumaczem między góralami a gubernatorem Frankiem, później też Himmlerem. Tłumaczem w sensie dosłownym, ale też niejako ideologicznym. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale zapewne jeszcze przed wojną Henryk Szatkowski zdecydował się na współpracę z Niemcami i zaczął współdziałać w Zakopanem z Witalisem Wiederem, kapitanem rezerwy WP i agentem Abwehry.

Akcja Goralenvolku była przygotowywana na długo przed 1939 r., Wieder przyjechał do Zakopanego zdaje się w 1934 r.
Akcja Goralenvolku, czyli wyodrębniania górali z narodu polskiego, była rzeczywiście przygotowywana gdzieś od połowy lat 30., a nasiliła się po 1938 r. Wieder był już mocno osadzony na Podhalu, znał prawie wszystkich, a podczas narciarskich mistrzostw świata FIS, które odbyły się w Zakopanem w lutym 1939 r., gościł u siebie wyjątkowo liczną delegację niemiecką. Trwały jakieś rozmowy, dochodziło do spotkań, zapewne już wtedy skaptowano Wacława Krzeptowskiego, prawdopodobnie też Henryka Szatkowskiego. Wieder był zręcznym kaperownikiem, szybko na przykład zorientował się, że Wacław Krzeptowski, zwany potem księciem góralskim, może być wykorzystany jako lider Goralenvolku, jako hruby gazda, człowiek znany i popularny, a przy tym niezwykle ambitny i nieustannie popadający w kłopoty materialne. W zawiązanym po kampanii wrześniowej Związku Górali, a następnie w powstałym w 1942 r. Komitecie Góralskim, który przewodził Goralenvolkowi, znalazło się wielu znanych i wybitnych ludzi Podhala. Może nie była to grupa bardzo liczna, jakieś 100 osób, ale jednak znacząca i wpływowa.

Wieder swoją sieć budował w sposób planowy i przemyślany, pozyskiwał Polaków pochodzenia niemieckiego, penetrował też środowiska narciarskie i turystyczne, kaptował wybitnych sportowców, jak choćby Andrzeja Krzeptowskiego, słynnego narciarza z filmu „Biały ślad”.
Pracował na dwóch frontach: inteligenckim i elitarnym oraz ludowym, góralskim. Jak grunt był przygotowany, okazało się, gdy już w listopadzie 1939 r. Wacław Krzeptowski w towarzystwie czwórki innych górali składał hołd generalnemu gubernatorowi Hansowi Frankowi na Wawelu. Potem były kolejne działania kolaboracyjne, które propaganda niemiecka starała się jak najmocniej nagłośnić. Oto górale, tak kochani przez całą Polskę, cieszący się olbrzymią popularnością, oto Zakopane, ta zimowa stolica Polski, wypisują się z polskości. To był oczywiście plan rozbicia jedności narodu polskiego, w końcu zamierzano wyprowadzić z niego w podobny sposób Ślązaków czy Kaszubów.

Kulminacją tego procesu tworzenia Goralenvolku jest 1942 r., gdy Podhalanie byli zachęcani, a często przymuszani przez Komitet Góralski, na czele którego stał Wacław Krzeptowski, do przyjęcia niebieskiej kenkarty z literą „G”. Wynik tego swoistego plebiscytu był kontrowersyjny. Szacuje się – bo statystyki są niedokładne i niepełne – że mniej więcej 30 proc. przyjęło te kenkarty. W tym ok. 20 proc. w samym Zakopanem, 23 proc. w Nowym Targu, a w Szczawnicy ok. 92 proc. Jedni mówią, że bardzo dużo, inni, że wcale nie.
Po pierwsze, nie można postawić znaku równości między pobraniem karty „G” a zdradą narodową. Znamy wiele przykładów, gdy do takiej decyzji dochodziło pod ewidentnym przymusem, gdy szukano okazji zwiększenia sobie szans na lepsze życie, a pamiętajmy, że jego warunki naprawdę były dramatyczne, a nieraz po prostu na przeżycie. Ponadto podkreślania swojej tożsamości góralskiej nie traktowano jako opozycji wobec polskości. Nie brakowało też postaw zdecydowanej odmowy. Jeden z górali w Kościelisku, gdy chciano mu wręczyć kartę „G” i działacza Komitetu Góralskiego tłumaczył, że przecież ma na sobie strój góralski, tę opaskę i te portki, odpowiedział, że to, co ma w portkach, jest polskie i dlatego chce kenkartę z literą „P”. Wiele z tych statystyk trzeba by tłumaczyć lokalnymi warunkami i okolicznościami: gdzie były placówki niemieckie, jak działały delegatury Komitetu, jak zachowywali się miejscowi liderzy, w końcu jakie tam były układy rodzinne i towarzyskie.

Co innego zatem zdrajcy z Komitetu Góralskiego, a co innego lud góralski?
Oczywiście, lud góralski cierpiał straszliwą biedę, był ciemiężony i mordowany, w znakomitej większości Goralenvolkowi się przeciwstawiał, dawał wielokrotnie świadectwo swojego patriotyzmu.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną