Historia

150-letnia starsza pani

Półtora wieku socjaldemokracji

Zjazd zjednoczeniowy niemieckiej socjaldemokracji w Gotha, 1875 r. - obraz Hermanna Kohlmanna. Zjazd zjednoczeniowy niemieckiej socjaldemokracji w Gotha, 1875 r. - obraz Hermanna Kohlmanna. Ullstein bild / BEW
Powstała półtora wieku temu SPD wciąż uchodzi za wzorzec socjaldemokracji. Co jednak zostało ze starych idei, ile warte są nowe, które uformowały się w tak długim historycznym doświadczeniu?
„Jedność” - propagandowy plakat zjednoczeniowy KPD i SPD, 1946 r.Preussischer Kulturbesitz „Jedność” - propagandowy plakat zjednoczeniowy KPD i SPD, 1946 r.

Niemiecka socjaldemokracja powstała w tym samym czasie, gdy w rosyjskim zaborze Polski trwało powstanie styczniowe. Oba wydarzenia były pośrednim skutkiem klęski rewolucji 1848 r., ponieważ Wiosna Ludów nie rozwiązała w Europie Środkowej ani palących kwestii społecznych, ani narodowych.

Utworzone 23 maja 1863 r. w Lipsku Powszechne Niemieckie Zjednoczenie Robotnicze używało wielkich słów, ale nie myślało o wznoszeniu barykad. Trzymało się socjalnych konkretów.

Po 1848 r. w państwach niemieckich dominowali konserwatyści. Wielu demokratów emigrowało lub zmieniło poglądy. Jednak niektórzy zabrali się za pracę od podstaw. Tworzyli dla miejskiej biedoty kółka samopomocy, stowarzyszenia kredytowe, kasy chorych. Nie mieli jednak jakiejś chwytliwej filozofii politycznej.

Sformułował ją im młody socjalista, uczestnik rewolucji 1848 r., Ferdinand Lassalle. Robotnicy to nadzieja ludzkości, mówił na mityngach robotniczych w Berlinie, Lipsku czy Frankfurcie. Dziś poniżeni, niebawem będą wywyższeni. Staną się wspólnotą wolnych producentów w wolnym, silnym państwie niemieckim. Od Marksa zaczerpnął ideę walki klas i powiązania polityki z gospodarką. Od Anglików rozumienie ekonomii, a od Fichtego i Hegla filozofię państwa. Jako błyskotliwy mówca łatwo trafiał do słuchaczy. Gdy w maju 1863 r. włączył się w Lipsku do zakładania „powszechnego związku” robotniczego, został wybrany na jego przewodniczącego.

Choć datę tę przyjmuje się za początek niemieckiej socjaldemokracji, to formalne zjednoczenie z podobnymi ugrupowaniami – w tym z założoną w 1869 r. przez Augusta Bebla i Wilhelma Liebknechta Socjaldemokratyczną Partią Robotniczą – nastąpiło dopiero w 1875 r. Ówczesny pierwszy wspólny program – uchwalony na zjeździe w Gotha – Marks krytykował za oportunizm. Zapewne również dlatego, że towarzysze wprawdzie czapkowali mu do Londynu, ale w sprawach konkretnych kierowali się własnym rozeznaniem sytuacji. Zamiast nawoływać do natychmiastowej rewolucji, zabierali się za samokształcenie robotników i zdobywanie ich głosów w wyborach.

Pruski premier Bismarck dobrze wiedział, co się dzieje. Wielokrotnie spotykał się z Lassallem. Dyskutowali o kwestii socjalnej i roli państwa. Niby byli przeciwnikami, ale respektowali się, a nawet lubili.

Będąc już żelaznym kanclerzem Cesarstwa Niemieckiego, Bismarck dobrze pamiętał sens tamtych rozmów – że celem nowego ruchu może być wykorzystanie państwa pruskiego na drodze do socjalizmu. Po dziwnych dwóch zamachach na cesarza w 1878 r. – sprawcą jednego był blacharz usunięty z partii socjalistycznej – kanclerz, mimo oporu Reichstagu, przeforsował ustawy ograniczające działalność publiczną socjalistów. Ten mały stan wyjątkowy nie delegalizował partii, ale poddawał ją policyjnym represjom. Równocześnie kanclerz podkradał socjalistom idee państwa opiekuńczego. Będąc konserwatystą, stał się jednym z prototypów „białych rewolucjonistów”, w niezłym towarzystwie – Cavoura, Stołypina, Atatürka, a także w pewnej mierze Piłsudskiego...

Uznanie socjalistów za „wrogów Rzeszy” i „kosmopolitycznych nicponi” nie zniszczyło ich ruchu, tak jak w PRL stan wojenny nie zniszczył Solidarności. Mimo represji partia w wyborach zdobywała coraz więcej głosów. W 1890 r. Reichstag – wbrew Bismarckowi – uchylił ustawy, a nowy cesarz Wilhelm II zdymisjonował starego kanclerza. Zaraz potem partia przyjęła dzisiejszą nazwę – SPD, Niemiecka Partia Socjaldemokratyczna.

Następne ćwierć wieku to pasmo wyborczych sukcesów.

Przed wybuchem wojny w 1914 r. SPD była już najsilniejszą partią w Rzeszy. Ale jej sukces był względny. Była w permanentnej opozycji i wciąż ciążyło na niej piętno nicponi, mających za nic ojczyznę i prawdziwy patriotyzm. Z 8 mln robotników tylko co drugi głosował na SPD. Reszta albo lekceważyła wybory, albo wybierała inne partie, jak choćby katolickie Centrum.

Wbrew marksowskiej tezie o permanentnej pauperyzacji, wilhelmińskie Niemcy się bogaciły. Nie powtórzyła się już klęska głodu z 1847 r. Wykwalifikowany robotnik nadal miał wiele do zyskania, wiedział też, ile jest wart. Wcale nie czuł się częścią anonimowej masy ludzi – „proletariatu” żądnego wieszania na latarniach królów i fabrykantów.

W programie erfurckim z 1891 r. w SPD do głosu dochodzą rewizjoniści. Są poczciwymi Niemcami, socjalistami i demokratami, ludźmi liberalnej belle époque. Chcą być humanistami w stylu Woltera; domagają się 8-godzinnego dnia pracy, równych praw dla kobiet i mężczyzn, humanizacji wymiaru sprawiedliwości, zniesienia kary śmierci. I po cichu zmieniają doktrynę. Komunizm? Kiedyś, może, jakoś. Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie: osiedla robotnicze, uniwersytety ludowe, liberalny model rodziny.

Cel jest niczym, ruch wszystkim – głosi jeden z przywódców partii Eduard Bernstein. Żyjący jeszcze klasyk Fryderyk Engels jest tym oburzony. I pod koniec życia swe nadzieje przelewa na Rosjan. Co tam samodzierżawie, co tam analfabetyzm rosyjskiego mużika. Czas na przeformatowanie doktryny rewolucyjnej, bo w tych niemieckich socjaldemokratach nie ma już żaru.

I na to wygląda. W SPD początku XX w. nie ma tęsknoty do pożaru stepów. Nie ma mickiewiczowskiej modlitwy o wojnę powszechną ludów. Ma być milicja zamiast stałego wojska. I jest „nie” dla wyścigu zbrojeń i podbojów. Ten pacyfizm to dla konserwatywnych przeciwników nadal dowód narodowej zdrady. SPD przygarnia pokrewne dusze zza carskiego kordonu. Jedną z wybitniejszych postaci w partii staje się polska Żydówka z Zamościa Róża Luksemburg.

Ale po śmierci starego Bebla w 1913 r. – praktyka, a nie ideologa – do głosu w partii dochodzi nowe pokolenie, pragmatyków ukształtowanych w czasie bismarckowskich represji: Friedrich Ebert, Philipp Scheidemann, Gustav Noske. Im jeszcze łatwiej przychodzi pogodzenie się z państwem. W 1913 r. SPD popiera w Reichstagu „ofiarę obronną” – podatek na zbrojenia. Rok później, w gorączce po zamachu w Sarajewie, partia wyśle do francuskich towarzyszy emisariuszy, by sprawdzić, czy wspólna akcja w obronie pokoju jest możliwa. Nie jest możliwa. As patriotyzmu bije blotkę proletariackiego internacjonalizmu. W głosowaniu w Reichstagu posłowie SPD – z wyjątkiem jednego Karla Liebknechta (syn Wilhelma) – popierają wojenne kredyty. Przeciwnicy wojny – w tym Róża Luksemburg – zostają internowani. W 1916 r. utworzą Związek Spartakusa. Potem Niezależną SPD. A w listopadzie 1918 r. spróbują rewolucji w Niemczech na wzór rosyjski. I sromotnie przegrają.

Ich klęska będzie zaczynem partii komunistycznej. KPD odrzuci Republikę Weimarską. I zapatrzona w Moskwę będzie nawoływać do wojny domowej i dyktatury proletariatu. I dyktaturę dostanie – ale lumpów z nazistowskiej SA, a po wojnie – czerwonoarmijnych komisarzy w radzieckiej strefie okupacyjnej pokonanych i okrojonych Niemiec.

Dramat niemieckiej lewicy polegał na tym, że rewolucję z listopada 1918 r. zgnietli państwowcy z SPD. Nie sami, bo wykonawcami byli oficerowie cesarskiej armii. Jednak po abdykacji cesarza i proklamowaniu republiki zwierzchnikami policji i sił zbrojnych byli socjaldemokraci. Później prawica obarczy ich winą za wybuch rewolucji w Kilonii, Berlinie, Monachium, a komuniści – za masakry dokonane przez wojskowych.

W ciągu 14 lat Republiki Weimarskiej SPD będzie kojarzona z narzuconym jakoby przez ententę systemem demokracji parlamentarnej, obcym ponoć niemieckiej naturze. Będą przez nacjonalistów oskarżeni o podpisanie traktatu wersalskiego i „marksistowskie rządy”. A przez komunistów – o zdradę marksizmu i rewolucji.

Oczywiście Republika Weimarska nie była ani marksistowska, ani nawet socjaldemokratyczna. Ale bez SPD, kierowanej przez Eberta i Scheidemanna, nie byłoby niemieckiej demokracji, podkreśla Heinrich August Winkler w swej wielkiej „Historii Zachodu”. Paradoksalnie – wyjaśnia Winkler – odłączenie się od SPD spartakusowców z Niezależnej SPD było zarówno obciążeniem, jak i warunkiem tej demokracji.

Obciążeniem, bo osłabiało ruch robotniczy, tworząc dwa konkurencyjne bloki istniejące w Niemczech do dziś w postaci SPD Sigmara Gabriela i Partii Lewicy utworzonej w 2007 r. przez Gregora Gysi, byłego członka enerdowskiej SED, oraz Oskara Lafontaine’a, w 1998 r. szefa SPD i ministra finansów w rządzie Gerharda Schrödera, a potem lewicowego dysydenta partii.

To niezatarte pęknięcie sprzed stu lat jest naznaczone przez zajadłą konkurencję KPD i SPD w Republice Weimarskiej, przez powojenne komunistyczne represje wobec socjaldemokratów w radzieckiej strefie okupacyjnej i nakazane przez Stalina zjednoczenie KPD i SPD. A także przez uchwalony w Republice Federalnej (akurat za rządów socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta) zakaz zatrudniania radykałów – głównie członków komunistycznej DKP – na stanowiskach państwowych. I wreszcie przez neoliberalną Agendę 2010 Gerharda Schrödera, która postawiła na nogi niemiecką gospodarkę, ale odebrała SPD klasyczną klientelę.

Z drugiej jednak strony tamto pęknięcie z lat 1916–17 było podwaliną demokracji. Bo bez zgody na kompromisową współpracę z innymi partiami (SPD w 1916 r. zerwała z dogmatem II Międzynarodówki, że partie socjalistyczne nie współpracują z mieszczańskimi) demokracja parlamentarna nie jest możliwa.

SPD, katolickie Centrum i liberalna Partia Ludowa były filarami Republiki Weimarskiej, podczas gdy naziści i komuniści jej wrogami. Z tym że przez 14 lat Weimaru tylko przez 11 lat Niemcy były rzeczywistą demokracją parlamentarną. Zakończyła się 27 marca 1930 r. wraz z dymisją koalicyjnego rządu socjaldemokraty Hermanna Müllera. SPD mogła zgodzić się na kompromis w sprawie ubezpieczeń dla bezrobotnych, czego domagali się jej mieszczańscy partnerzy. Zwyciężyli jednak doktrynerzy w partii.

Po upadku rządu parlamentarnego nastąpiły gabinety prezydenckie, rządzenie w oparciu o dekrety. A ponieważ partia Hitlera stała się drugą co do wielkości frakcją w Reichstagu, więc socjaldemokraci zacisnęli zęby i tolerowali mniejszościowe rządy kanclerza Heinricha Brüninga z katolickiego Centrum.

Front Ludowy z komunistami był niemożliwy, bo KPD otwarcie nawoływała do wojny domowej i utworzenia „niemieckiej republiki radzieckiej”. Tolerowanie rządu przez SPD podkręcało radykalizację wyborców, którzy odpływali do komunistów i – w większej mierze – do nazistów. Hitler był w sytuacji komfortowej. Mógł prezentować swą NSDAP jako jedyną partię masową, alternatywną zarówno wobec „marksizmu” bolszewickiego, jak i reformistycznego. Trafiał też w powszechną niechęć do demokracji, utożsamianej z klęską 1918 r. i zapaścią gospodarczą.

SPD nie mogła uratować republiki, której brakowało republikanów. Ale przynajmniej uratowała honor niemieckiej demokracji. Jako jedyna z partii systemu weimarskiego sprzeciwiła się w marcu 1933 r. specjalnym pełnomocnictwom dla Hitlera. Katolickie Centrum – protoplasta powojennej CDU – dało się przekupić (dotrzymaną) obietnicą zawarcia przez Berlin konkordatu z Watykanem.

Przemówienie socjaldemokraty Ottona Welsa w Reichstagu jest jedną z chlubnych kart niemieckiej demokracji. Polskiego czytelnika uderza jego ton, bardzo podobny do przemówienia Józefa Becka w maju 1939 r. „Można nam odebrać wolność i życie, ale nie honor” – mówił Wels.

Samotne „nie” socjaldemokratów (KPD już była zdelegalizowana, a jej posłowie uwięzieni) było dla SPD po wojnie przepustką do historii, ale nie do władzy. W strefie radzieckiej rządy objęli komuniści. A w strefach zachodnich rządziła chadecja. Wprawdzie nie miała czystych rąk, ale cieszyła się zaufaniem władz okupacyjnych i lepiej trafiała w moralnie dwuznaczną sytuację duchową wczesnej Republiki Federalnej.

W SPD początkowo ton nadawali ci, którzy wrócili z kacetów i emigracji. Ale z dawnych jej wyborców wielu było zbyt pokiereszowanych przez nazizm i swój oportunizm (po 1933 r. również niejeden z socjaldemokratów wstąpił do NSDAP), by powrócić do partii. Przystani szukano raczej w chadeckiej „partii państwowej” Konrada Adenauera lub zasilano szeregi „sceptycznej generacji” i „bezdomnej lewicy”.

Ale SPD przyciągała młodzież, która – jak Grass – przeszła przez Hitlerjugend i w ostatniej fazie wojny została rzucona na front. Helmut Schmidt opowiada, że w obozie dla jeńców wojennych do wstąpienia do SPD namówił go starszy kolega, który w 1933 r. był bojówkarzem SA, potem członkiem NSDAP, a po klęsce został religijnym socjalistą. Otwarcie opowiadał, że dał się uwieść Adolfowi i teraz musi się z nim rozliczyć. Członkostwo w SPD było dla nich formą ekspiacji.

Najpierw jednak socjaldemokraci skazani byli na długą opozycję. Powojenna SPD była początkowo niechętna wobec forsowanej przez Adenauera integracji Niemiec zachodnich z Zachodem. Podobnie jak chadecja nie akceptowała granicy na Odrze i Nysie. Miała opory w sprawie utworzenia Bundeswehry i wejścia do NATO. Była patriotyczna na sposób tradycyjny i antykomunistyczna. Ale możliwość zjednoczenia Niemiec stawiała ponad wchodzenie w struktury zachodnie. Wprawdzie już w latach 20. mówiono w SPD o potrzebie Stanów Zjednoczonych Europy, ale powojenna idea zjednoczenia Europy wyszła od chadeków…

Aby zdobyć zaufanie, SPD musiała w 1959 r. odrzucić resztki marksistowskiej frazeologii, pogodzić się z NATO i przejść w latach 1966–69 próbę wielkiej koalicji z chadekami. Dopiero w 1969 r. Willy Brandt – jako pierwszy socjaldemokrata – został kanclerzem federalnym. Wyniosła go legenda burmistrza Berlina Zachodniego, który po budowie muru berlińskiego w 1961 r. stał się w tym frontowym mieście twarzą wolnego świata. Jako emigrant z III Rzeszy reprezentował inne Niemcy. Teraz wzywał Niemców, by „odważyli się na więcej demokracji”, nie tylko w polityce, ale i życiu codziennym. I obiecywał dialog z blokiem wschodnim, by żelazną kurtynę dzielącą Niemcy uczynić bardziej przepuszczalną.

Jego – minimalne – zwycięstwo w 1969 r. otwierało erę socjaldemokratyczną, która miała trwać kilkanaście lat. Jej symbolem byli Brandt i Schmidt w Niemczech, Bruno Kreisky w Austrii, Olof Palme w Szwecji oraz – później – François Mitterrand we Francji. Jednak już w 1978 r. znany socjolog Ralf Dahrendorf – syn posła SPD do Reichstagu, ale sam zdeklarowany liberał, członek FDP – zapowiadał „koniec wieku socjaldemokracji”.

Stworzone dzięki socjaldemokratom i podchwycone przez niemal wszystkie inne partie państwo opiekuńcze osiągnęło granice swych możliwości. Stworzyło – pisał – rozdęte, ociężałe aparaty biurokratyczne, obciążające gospodarkę. Związki zawodowe blokują reformy. A w obliczu starzenia się zachodnich społeczeństw załamuje się tzw. umowa pokoleniowa polegająca na tym, że młodzi swymi składkami emerytalnymi finansują emerytury starych. Partie socjaldemokratyczne – twierdził Dahrendorf – przestały walczyć o reformy i już tylko bronią socjalnego stanu posiadania. „Nie można w państwie pokładać nadziei na rozwiązanie wszystkich problemów”. Założenia dnia wczorajszego nie pozwalają rozwiązać problemów jutra... Jutro nie jest kontynuacją wczoraj. Socjaldemokracja musi się zmienić.

Najpierw jednak została odsunięta od władzy. Lata 80. to tryumf liberalnych konserwatystów, Margaret Thatcher i „reaganomiki” – prywatyzacji służb publicznych i podcięcie skrzydeł związkom zawodowym. W Niemczech to początek ery Kohla, na którą przypadnie upadek realsocjalizmu za berlińskim murem i zjednoczenie kraju, ale nie nastąpią żadne reformy tradycyjnej chadeckiej „społecznej gospodarki rynkowej”, która według Dahrendorfa jest tylko jedną z form „wieku socjaldemokracji”.

Gdy w 1989 r. rozpadał się leninowsko-stalinowski socjalizm, a wraz z nim i ZSRR, SPD brakowało recepty na przyszłość. I znów przegrywała wybory. O ile CDU Kohla nie miała problemów z włączeniem enerdowskiej CDU i powiększeniem własnego elektoratu, o tyle dla SPD nie do pomyślenia było wchłonięcie enerdowskiej SED (po skazaniu jej przywódców za rozkaz strzelania do uciekinierów). Historyczna rysa była zbyt głęboka.

Szansa na odnowę socjaldemokracji, której domagał się Dahrendorf, przyszła z Anglii, gdy Tony Blair pogodził Labour Party ze spadkiem po thatcheryzmie i w 1996 r. wygrał wybory. Partnera znalazł w premierze Dolnej Saksonii Gerhardzie Schröderze, który myślał podobnie, ale musiał pokonać tradycjonalistów we własnych szeregach. W 1998 r. SPD wygrała wybory, a rok później Schröder jako kanclerz odbył próbę sił ze swym ideologicznym konkurentem w partii Oskarem Lafontaine’em. W 2004 r. schröderowska Agenda 2010 postawiła na nogi niemiecką gospodarkę, ale poprzez demontaż anachronicznego państwa opiekuńczego rozwarstwiła niemieckie społeczeństwo i rozdarła tradycyjny elektorat partii. Część wyborców poszła do lewicy, marząc o przeszłości, część została w domu. Konsekwencją były przegrane wybory w 2005 i 2009 r., również w 2013 r. nie zanosi się na zwycięstwo...

Jaki morał z tej 150-letniej historii wynika na dzisiaj? Można sarkać na tę „starszą panią”, jak w Niemczech z pobłażliwą sympatią nazywa się niekiedy SPD – za jej połowiczność i klasyczne niezdecydowanie. Można jej wytykać biurokratyczną ociężałość i przy całym internacjonalizmie pewien niemiecki prowincjonalizm, a także „etatyzm” jej polityki wschodniej i lekceważenie ruchów demokratycznych, w tym Solidarności. Do dziś ciąży to na opinii SPD. Kto jednak zerknie na jej dzieje, ten zrozumie „pruskie” źródła wiary SPD w państwowe reformy i niechęć do oddolnych rewolucji.

Jednego niemieckim socjaldemokratom odmówić niepodobna: poczucia odpowiedzialności za kraj i społeczeństwo. Nie ma w historii Niemiec drugiej takiej partii, która w momentach zwrotnych za innych wyciągała kasztany z ognia. Robiła to, co powinno być zrobione dla dobra kraju, nie oglądając się na cenę, jaką jej przyjdzie zapłacić jako partii. Po 1918 r. wzięła na siebie odium wypełniania twardych warunków traktatu pokojowego i ponoszenia współodpowiedzialności za „niechcianą republikę”, bo to było słuszne. W latach 30. nie uległa powszechnej pokusie totalitaryzmu. W latach 60. forsowała uznanie granicy na Odrze i Nysie, wiedząc, że nie ma po temu większości w społeczeństwie, ale potrafiła ją zdobyć. W 1982 r., wbrew pacyfistycznym nastrojom swych wyborców, Helmut Schmidt jako kanclerz przeforsował „podwójną decyzję NATO” – dozbrojenie atomowe, ale równoczesne rozmowy ze Wschodem. W 2004 r. przepchnęła SPD Agendę 2010, której przedtem nie zaryzykował Kohl, a z której dziś korzysta Angela Merkel. Utraciła 400 tys. członków. Do dziś nie może wyjść z kryzysu tożsamości, ale zrobiła to, co było konieczne. Godna respektu lekcja politycznej odpowiedzialności.

Na cztery miesiące przed wyborami do Bundestagu SPD ma notowania równie słabe jak w 2009 r., a jej kandydat na kanclerza Peer Steinbrück jest o wiele mniej popularny niż Angela Merkel, odgrywająca rolę mamusi dbającej o spokój i miły nastrój w rodzinie.

Mimo to SPD nie jest bez szans. Jeśli liberałowie z FDP nie przeskoczą przez poprzeczkę 5 proc., a nacjonalistyczna Alternatywa Dla Niemiec, domagająca się powrotu Niemiec do Deutschmarki, uszczknie chadekom parę punktów, to może się okazać, że jedynym sensownym wyjściem będzie – jak w latach 2005–09 – wielka koalicja chadeków z socjaldemokratami. Zarówno w SPD, jak i w CDU/CSU wiele do niej wyzdycha.

I nic dziwnego. Filozof Peter Sloterdijk mówił swego czasu „Spieglowi”, że od 1982 r. „niemiecki system partyjny oferuje wyborcy cztery warianty socjaldemokracji: jedna Zjednoczona Partia Dobrobytu rozkłada się na całe spektrum polityczne”. Od czasu gdy Helmut Kohl nie poszedł w sprawach socjalnych za Ronaldem Reaganem i Margaret Thatcher, lecz „zsocjaldemokratyzował” swoją politykę, nastały czasy „niemieckiego letargu”. Zjednoczenie Niemiec pojmowano jako koniec historii i początek chwalebnego bezruchu. Paradoks niemieckiej historii polega na tym, że to SPD i Zieloni w 2004 r. wykonali tę robotę, którą przedtem powinni byli wziąć na siebie chadecy i liberałowie. I do dziś spadkobiercy Lassalle’a, Bebla, Eberta i Willy’ego Brandta nie potrafią się otrząsnąć z wewnętrznego rozdarcia między odpowiedzialnością za funkcjonowanie państwa, gospodarki, Europy a przyziemnymi interesami swych klasycznych wyborców. Stąd rozmyta kampania wyborcza, nieporozumienia i dysonanse w wypowiedziach czołowych przedstawicieli partii.

Ale taki jest los i pewien urok tej „starszej pani”. U nas wiele z tego ducha miała przedwojenna PPS. Ale żadnej z naszych partii lewicowych tego ducha nie udało się ożywić. Dlatego 130 rocznica utworzenia PPS w grudniu 1882 r. przeszła niezauważona. W Niemczech wszystkie partie mogą się jakoś tam odnosić do historii SPD. U nas raczej do endecji…

Polityka 21.2013 (2908) z dnia 21.05.2013; Historia; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "150-letnia starsza pani"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną