Historia

Gule i bóle

Teatr polityczny w rocznicę Wielkiej Wojny

Podmoskiewskie Kołomienskoje - rekonstrukcja walk rosyjsko-niemieckich Podmoskiewskie Kołomienskoje - rekonstrukcja walk rosyjsko-niemieckich Sergei Savostyanov/ITAR-TASS / Forum
Setna rocznica wybuchu I wojny światowej to wielki teatr dzisiejszej polityki.
Replika niemieckiego Fokkera podczas pikniku lotniczego w PardubicachFilip Singer/EPA/PAP Replika niemieckiego Fokkera podczas pikniku lotniczego w Pardubicach
Rekonstrukcyjny spektakl: zamach w SarajewieDragan Karadarevic/EPA/PAP Rekonstrukcyjny spektakl: zamach w Sarajewie
Rekonstrukcja bitwy pod GorlicamiDariusz Zaród/EAST NEWS Rekonstrukcja bitwy pod Gorlicami
Współczesna wersja szarży australijskiej kawalerii na palestyńską Beer SzewęEddie Gerald/Getty Images Współczesna wersja szarży australijskiej kawalerii na palestyńską Beer Szewę

Nicolas Sarkozy, jeszcze jako prezydent Francji, miał pomysł. 28 czerwca 2014 r. w setną rocznicę zamachu na austriackiego następcę tronu do Sarajewa powinien zjechać tout le monde: głowy państw Francji, USA, Rosji, Serbii, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Austrii i na dokładkę papież. W 1914 r. zaczęła się tam katastrofa Europy, więc tam też pokażmy jej odrodzenie. Sarkozy przegrał wybory, a jego następca wolał zorganizować wielki historyczny event u siebie, na plażach Normandii.

Jednak coś z pomysłu zostało. W stulecie zamachu do Sarajewa przyjechał prezydent Austrii Heinz Fischer, a Wiedeńscy Filharmonicy dali koncert w dawnym ratuszu, z którego arcyksiążę Franciszek Ferdynand wraz z żoną wyjechał prosto pod lufę serbskiego terrorysty Gawriła Principa.

Z mocnym akcentem pojawił się też w Sarajewie Bernard-Henri Lévy, 65-letni filozof i celebryta, kiedyś uczeń, potem demaskator Sartre’a, który w 1992 r. przyjechał do ostrzeliwanego przez Serbów miasta, po czym dramatycznie apelował do sumienia Zachodu o zbrojną interwencję na rzecz Bośni. Teraz przywiózł i wystawił okolicznościową monodramę „Hotel Europa”. W gruncie rzeczy: o sobie samym. Oto francuski intelektualista męczy się w słynnym sarajewskim hotelu nad rocznicową mową dla prezydenta. Nic się nie układa w jasny przekaz. Najbardziej go wkurzają krajanie, bo właśnie rzucają się w objęcia pani Le Pen i połowę Europy sprzedaliby Putinowi. Pisarz miota się po pokoju, telefonuje, łyka prochy. Blamaż jest nieuchronny. W końcu szkicuje apel do pisarzy i artystów, by wzięli władzę w Europie w swoje ręce. Wie, że to nonsens.

Oklaski publiczności (w połowie francuskiej) były po tym dziele uprzejme. Jakby wszyscy mieli problem z tym, co należy tego dnia powiedzieć.

Obchody w Sarajewie demonstracyjnie zbojkotowała zarówno Serbia, jak i bośniacka Republika Serbska, choć to w Sarajewie pochowano zamachowca, któremu Serbowie po dziś dzień stawiają pomniki. Pretekstem bojkotu był napis na odbudowanym z unijnych i austriackich pieniędzy budynku dawnego ratusza: „W tym miejscu w nocy z 25 na 26 sierpnia 1992 r. serbscy zbrodniarze podpalili Bibliotekę Narodową i Uniwersytecką Bośni i Hercegowiny. Spłonęło ponad 2 mln książek, czasopism i dokumentów. Nie zapomnijcie. Pamiętajcie i przestrzegajcie”.

Obrażeni Serbowie urządzili własne konkurencyjne obchody Dnia św. Wita (także dokładnie 28 czerwca), upamiętniające przegraną przez Serbów bitwę z Turkami na Kosowym Polu w 1389 r. Uroczystości miały miejsce w Andrićgradzie, jak na cześć noblisty Ivo Andrićia od niedawna nazywa się Višegrad. W czasie serbskich uroczystości reporterzy dostrzegli wielu młodych ludzi w koszulkach z podobizną Putina i napisem „Danas Krim, sutra Kim” (Dziś Krym, jutro Kosowo). Podobno to nie rewanżyzm, lecz kłopot z krytycznym spojrzeniem na własną historię najnowszą, co potwierdzają słowa premiera Serbii Aleksandara Vučićia: „Dziś, w największe dla Serbów święto, nie czas i nie miejsce, by mówić o małych ludziach i tych, którzy starają się zatruć naszą historię”.

Jednym z trucicieli jest australijski historyk Christopher Clark. Jego „Lunatycy” jeszcze się po serbsku nie ukazali, ale już budzą oburzenie tamtejszych mediów, bo opowieść o kryzysie prowadzącym do wybuchu Wielkiej Wojny 1914 r. autor zaczął od drastycznego opisu morderstw, zamachów i czystek etnicznych towarzyszących budowie państwa serbskiego dobijającego się statusu regionalnego mocarstwa. Clark sterowaną z Belgradu organizację Czarna Ręka porównał z Al-Kaidą. Motorem zamachu na arcyksięcia Ferdynanda był Dragutin „Apis” Dimitrijević, w 1903 r. jeden z morderców króla Serbii, a w 1914 r. szef wywiadu wojskowego, który polecił wyszkolić i uzbroić zamachowców, oraz wskazał ofiarę zamachu.

Aby dać odpór „nowym próbom rewizji historii i poszczególnym historykom, którzy obwiniają Serbię o spowodowanie Wielkiej Wojny”, serbska Akademia Nauk i patriarcha serbskiego Kościoła prawosławnego – Irinej – urządzili w maju konferencję, na którą przyjechał także Clark. I, sądząc po relacjach prasowych, wrócił z tarczą. Obiecał w następnych wydaniach „Lunatyków” zmienić słowo „terrorysta” na „zamachowiec”, przez co Gawriło Princip utrzyma status bliski tyranobójcy – jeden z podstawowych mitów kultury europejskiej. Zabicie tyrana to nie to samo, co rozwalenie dwóch wieżowców z czterema tysiącami Bogu ducha winnych pracowników. Ale czy austriacki arcyksiążę był tyranem, a monarchia habsburska – więzieniem narodów?

Jako człowiek, który wywołał wojnę światową, Princip jest postacią mityczną. W najnowszej wersji literackiej, w powieści Sretena Ugriićia „Do nieznanego bohatera”, w jego celi pojawia się trzech „nieprawdopodobnych, ale niezbędnych” Bogów, prowadząc czytelnika przez serbski wiek XX. Mistycznych wcieleń zamachowca było wiele. Ale bywał też „niechlujnym przestępcą”, „młodym rewolucjonistą”, a ostatnio jest turystyczną atrakcją i historycznym celebrytą.

Trudno odtworzyć poglądy 19-latka, więc łatwo manipulować jego wizerunkiem. W międzywojennej Jugosławii przedstawiano go jako serbskiego nacjonalistę. Po drugiej wojnie światowej na tablicy pamiątkowej umieszczono napis, że „walczył z niemieckimi zaborcami”. Po zerwaniu Tity z ZSRR napis zmieniono na „protest ludu przeciwko tyranii”. A w jugosłowiańskim filmie „Zamach w Sarajewie” z 1977 r. był bohaterem kina akcji, wypranym z politycznej oceny i propagandy. W muzeum w Sarajewie, gdzie i dziś są figury woskowe zamordowanej pary arcyksiążęcej, był atrakcyjnym, atletycznym młodzieńcem – choć w rzeczywistości był chuderlawy i śmiertelnie chory na gruźlicę kości. W więzieniu amputowano mu lewą rękę. Dlatego po wojnie zwłoki udało się zidentyfikować i przenieść do Sarajewa, gdzie mało kto interesuje się jego grobowcem.

W nowiutkim filmie telewizji niemieckiej ZDF „Zamach – Sarajewo 1914” – Princip jest przestraszonym chłopcem, a prawdziwym bohaterem jest uczciwy austriacki śledczy Leo Pfeffer, który wpada na ślad austriackiej prowokacji. Jednak w zamian za uratowanie swej ukochanej – serbskiej arystokratki – podpisuje niepełny protokół. I przybliża świat do wojny.

Austriacy z Sarajewem też mają problem. Z jednej strony Timothy Snyder zaświadcza im, że monarchia habsburska była taką mini Unią Europejską i całkiem niepotrzebnie została rozebrana. Z drugiej – znakomita praca Manfrieda Rauchensteinera „Pierwsza wojna, a koniec monarchii habsburskiej” sprawia przygnębiające wrażenie. Austriacki terror w Serbii miał rzeczywiście cechy ludobójstwa, a nieudolność monarchii zapiera dech.

Austriacki problem to – jak w sztuce „Hotel Europa” – brak odpowiednich słów. Prezydent Fischer był, co prawda, w rocznicę zamachu w Sarajewie, ale milczał. A krótko przedtem w wiedeńskim Hofburgu urządzono wprawdzie oficjalną państwową akademię, ale pod dziwnym hasłem „Setna rocznica śmierci Berthy von Suttner. Stulecie wybuchu pierwszej wojny światowej”. Pani von Suttner była wprawdzie zasłużoną pacyfistką, ale coś tu nie tak, nie wedle stawu ta grobla... słusznie kpiła „Frankfurter Allgemeine”.

Niemcom, którzy musieli się uporać z większym ciężarem drugiej wojny światowej, łatwiej znaleźć właściwe słowa w sprawie pierwszej. W setną rocznicę Sarajewa prezydent Niemiec zaprosił do swojej siedziby w pałacu Bellevue historyków z sześciu krajów na debatę: „Podzielona pamięć, wspólne doświadczenie?”. Tym razem historycy mieli nie tyle opisać przeszłość, ile ją zinterpretować. Wygląda na to, że najmniejszy kłopot mają Brytyjczycy. Great War to dla nich dwa razy większe straty niż w drugiej wojnie. A zarazem w 1914 r. Wielka Brytania nie była tak egzystencjalnie zagrożona jak w 1940 r., toteż łatwiej brytyjskim historykom krytycznie oceniać zarówno decyzję włączenia się do wojny, jak i tępy upór kasty oficerskiej, która nad Sommą wysyłała dziesiątki tysięcy własnych żołnierzy na pewną śmierć.

Dla Francuzów Grande Guerre jest nie tyle wstępem do drugiej wojny, lecz „dobrą wojną”, w której napadnięty naród był zjednoczony, poniósł ogromne straty, ale zwyciężył. Natomiast druga wojna jest traktowana wstydliwie, naród był podzielony, poniósł sromotną klęskę, a rozdarcie na kolaborantów i ruch oporu jeszcze się pogłębiło.

W Turcji do niedawna obowiązywał mit udanej obrony przed Brytyjczykami półwyspu Gallipoli w 1915 r., ponieważ tam odznaczył się późniejszy twórca świeckiej republiki Kemal Atatürk. Dziś jednak premier Erdoğan nicuje mit Gallipoli na klęskę Zachodu zadaną z rąk muzułmanów.

W Rosji dominuje fantom bólu po straconym imperium. Pierwszą wojnę w ZSRR zepchnięto w niepamięć, jako „imperialistyczną”, której zaprzeczeniem była rewolucja 1917 r. Sołżenicyn „Sierpniem 1914” odwrócił perspektywę, a dziś nacjonalistyczna publicystyka wywodzi, że gdyby Niemcy nie przeszmuglowali do Rosji Lenina, to carska armia przedarłaby się nawet i do Wiednia...

W Polsce panuje przekonanie, że to nie nasza wojna, ale jedynie tło do odzyskania niepodległości. Wymarsz Pierwszej Kadrowej 6 sierpnia 1914 r. miał kulminację w cudzie nad Wisłą w 1920 r. Pierwsza wojna zatem to żadna pierwotna katastrofa, ale wymodlona przez Mickiewicza wojna powszechna o wolność ludów. To dlatego Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny swą nowatorską historię pierwszej wojny światowej zatytułowali prowokacyjnie „Nasza wojna”. Bo to jednak było u nas. Na terenie Polski walczyły i zginęły setki tysięcy ludzi, w tym ubrani w różne mundury Polacy.

Interpretacja I wojny jest też medialnym sporem o dzień dzisiejszy. Toczy się na opracowania książkowe, wystawy, filmy dokumentalne, spotkania na szczycie w historycznych miejscach, komentarze prasowe, a nawet gry komputerowe. We Francji furorę robi gra 32-letniego Yoana Fanise „Waleczne serca: Wielka Wojna”, która łączy action z lekcją historii. Nie ma winnych, nie ma dobra i zła ani po stronie francusko-angielskiej, ani po niemieckiej. Gracze wcielają się w żołnierzy różnych narodowości i biorą udział w najważniejszych bitwach pierwszej wojny. Stale grozi im śmierć. Nie chodzi o to, by zabijać, ale by przeżyć i odnaleźć zaginionych kolegów. To wojna łagodnych obyczajów.

Równie poprawna politycznie jest wystawa „Groza wojny 1800–2014” zorganizowana przez Luwr w Lens. Ta górnicza miejscowość blisko granicy belgijskiej została zniszczona w 1914 r. Zginęła połowa mieszkańców. Tam też w 1998 r. niemieccy kibole zmasakrowali francuskiego policjanta. Jednak wystawa nie jest antyniemiecka. Otwiera ją tryumfujący „Napoleon” Davida, a potem już 450 dzieł od wojen napoleońskich poprzez krymską, ludobójstwo Ormian w Turcji, dwie wojny światowe i współczesną wojnę dronów. Komisarze wystaw, politycy, pisarze, komentatorzy szybkim trójskokiem poprzez lata 1919–1939–1989 przenoszą się we współczesność. Bo przecież o to naprawdę chodzi: pokaz na dziś.

Prezydent Niemiec Joachim Gauck, witając zaproszonych historyków, przestrzegał, że do Europy wróciło stare myślenie w kategoriach mocarstw i stref wpływów, „destabilizacji obcych państw i aneksji obcych terytoriów”. A więc nie tyle Princip, co Putin jest dziś prawdziwym tematem. Ponieważ prezydent Niemiec powtarza, że są sytuacje, w których o wolność trzeba walczyć z bronią w ręku, więc nie tylko postenerdowscy pacyfiści z Partii Lewicy, ale i grupa protestanckich teologów uważają go, byłego opozycyjnego pastora, za „wstrętnego podżegacza wojennego”.

Nacjonalizmy rzeczywiście wracają. Nie jest to – jak w XIX w. – siła konstruktywna, lecz destrukcyjna, jednak nacjonaliści wygrywają wybory do europarlamentu we Francji, Wielkiej Brytanii, Danii, Austrii, Grecji czy na Węgrzech. Hasłem francuskiego Frontu Narodowego jest „Zdobyć Francję, zniszczyć Europę!”. Dlatego Niemcy nie mogą pilnować tylko własnych interesów, lecz muszą pomóc Francji wyjść ze społecznego impasu – apeluje były niemiecki minister spraw zagranicznych Joschka Fischer.

Tego samego dnia, gdy w Sarajewie oklaskiwano „Hotel Europa” Lévy’ego, a w Berlinie prezydent Niemiec przemawiał do historyków, przewodniczący Rady Europejskiej przeniósł szczyt 28 szefów państw i rządów unijnych z szarego biurowca w Brukseli do pobliskiego Ypres, gdzie po raz pierwszy użyto gazów bojowych i gdzie w czasie wojny walczyli Brytyjczycy. Van Rompuy wybrał to miejsce pewnie po to, by pokazać, że Brytania też jest częścią zjednoczonego kontynentu.

Nawet jeśli w Europie po stu latach pojawiają się upiory do niedawna pozamykane w butelce zimnej wojny, to jednak jest to inna Europa niż w 1914 r. Dziś nacjonalizm to nie wojenna euforia, jak latem 1914 r., lecz często kurza ślepota.

W setną rocznicę Sarajewa komentator „Süddeutsche Zeitung” postawił kropkę nad i, pisząc, że europejscy poplecznicy Putina – jak francuski Front National i inni prawicowi i lewicowi radykałowie – wciąż jeszcze „całe narody przypisują wyimaginowanej rosyjskiej strefie wpływów, jak gdyby to były czasy rozbiorów Polski. Zgodnie z tym myśleniem NATO i UE nigdy nie powinny były przyjmować wschodnich Europejczyków, ponieważ było to wyzwaniem rzuconym Moskwie, i jeśli teraz grozi nowy 1914 r., to tak jak wtedy winna była Rzesza Niemiecka, tak teraz winien jest Zachód”.

Wirus nacjonalizmu dziś to nie zamachy na następców tronu i nie krok marszowy umundurowanych bojówek, lecz zamykanie się w sobie i lekceważenie faktu, że zjednoczona Europa to wciąż najmądrzejszy wniosek z tamtej i następnej wojny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Tabletka na HIV przyczyni się do ograniczenia nowych zakażeń?

Osobom prowadzącym ryzykowne życie seksualne marzenie o szczepionce na AIDS zastąpiła praktyka regularnego przyjmowania tabletki.

Paweł Walewski
25.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną