Dzieje łódzkiego getta

Getto, gettunio, getuchna kochana...
Fabryka w łódzkim getcie, część magazynowa.
Bilderwelt/EAST NEWS

Fabryka w łódzkim getcie, część magazynowa.

Wystawa ubrań szytych w zakładach getta.
Bilderwelt/EAST NEWS

Wystawa ubrań szytych w zakładach getta.

Getto, 1941 r. - pomieszczenie, w którym przygotowywano zmarłych do pochówku.
Bilderweltea/EAST NEWS

Getto, 1941 r. - pomieszczenie, w którym przygotowywano zmarłych do pochówku.

Przyjeżdżali na stację Radegast z eleganckimi neseserami i termosami, szukając bagażowych. Stłoczeni w przydzielonych im kwaterach, w strasznych warunkach, bez wody, pozbawieni elementarnych wygód chorowali, załamywali się. W „Kronice getta” wiele jest wzmianek o samobójstwach: „21 października 1941 r. pogotowie zostało wezwane do baraku, gdzie rozlokowany został świeżo przybyły transport z Frankfurtu nad Menem. W transporcie tym (…) zażyło truciznę małżeństwo: Alfred Goldman i jego małżonka Szarlota Goldman”. W bramie przy ul. Limanowskiego 13 „wypili truciznę wdowa Józefina Beck wraz ze swoim synem Egonem (oboje urodzeni w Wiedniu)”. Informacja pochodzi z marca 1942 r.

Jednym z transportów był tzw. Transport Praga II – przeważali w nim adwokaci, lekarze, inżynierowie, profesorowie, dziennikarze, przedsiębiorcy. Byli w nim także Oskar Rosenfeld i Bernard Heilig, późniejsi autorzy „Kroniki getta”. Jak pisał ten ostatni, transport praski „biegli oszacowali na półtora do dwóch miliardów koron”.

W oddzielnych transportach z Pragi przybyły też Valerie Pollakowa i Gabrielle Hermannowa – siostry Franza Kafki. Valli i Elli. Według zachowanych w archiwum dokumentów zostały wymeldowane ze swych mieszkań we wrześniu 1942 r. W rubryce „nowy adres” wpisano „wysiedlenie”. Tym nowym adresem było Chełmno nad Nerem, Kulmhof, gdzie naziści stworzyli pierwszy obóz śmierci.

Jeśli poszperamy, znajdziemy także wśród mieszkańców getta Arnolda Kischa – brata Egona Erwina Kischa, słynnego „szalejącego reportera”, autora wielu książek, guru reportażystów. Żył tylko do 1942 r.

I jeszcze Joasia. Jej imię i nazwisko znajdziemy na liście dzieci wywiezionych we wrześniu 1942 r. do obozu Kulmhof, gdzie ginęły w samochodowych komorach gazowych. Joasia Tuszyner, nr 40 na liście sporządzonej 7 września 1942 r. Miała dwa lata. Żadne dziecko z tej listy nie przekroczyło trzech lat. Ani Elka, ani Salek, ani Zdziś czy Henio. „Evakuierte Juden” – jeden z dokumentów zachowanych w archiwum.

Odwołajmy się raz jeszcze do „Kroniki getta”, którą – obok wspomnianego już Rosenfelda i Heiliga – tworzyli Julian Cukier-Cerski, przedwojenny dziennikarz „Republiki” [znanego dziennika łódzkiego] Abram Kamieniecki, Bernard Ostrowski (tylko on ocalał), Józef Zelkowicz – pisarz tworzący w jidysz, Oskar Singer – dziennikarz z Pragi, i wiedenka – Alice de Buton.

W notatce z 13 grudnia 1941 r. znajdujemy informację, iż „onegdaj zmarł jeden z seniorów berlińskiego świata lekarskiego dr med. Ernst Sandheim, radca sanitarny Berlina”. A tuż obok wzmianka o tym, że „w Domu Kultury odbył się koncert symfoniczny, wykonany przez orkiestrę pod batutą Teofila Rydera, połączony z występem znakomitego wiedeńskiego pianisty Birkenfelda”.

„Getto, gettunio...” – niewolnicza praca, koncerty w domu kultury przy ul. Krawieckiej, gdzie po wojnie istniało kino Halka, procesy i wyroki, śluby udzielane przez Kolegium Rabinackie, rumki – miejscowa waluta, domowe kuchnie i wydziały aprowizacyjne zrównujące wszystkich w biedzie, kolonie dla dzieci na Marysinie i chanukowe cukierki oraz Mordechaj Chaim Rumkowski – tzw. Przełożony Starszeństwa Żydów ze swoim niezłomnym hasłem „Praca i Ład”.

Getto pracowało, aby żyć. W resorcie obuwniczym, słomianym, metalowym, gumowym, tekstylnym i największym – krawieckim. To stąd – jak pisze w „Vademecum. Łódzkie getto 1940–1944” Julian Baranowski – wysyłano do Niemiec mundury, kurtki, czapki, kamasze, kożuchy, tornistry i plecaki. „Ok. 10 proc. produkcji getta szło na zamówienie znanych domów handlowych i firm prywatnych, takich jak J. Necermann w Berlinie, Henckel&Co w Hamburgu czy Edward Lingel w Erfurcie”. Szacuje się, że „zamówienia prywatne i państwowe zrealizowane w 1944 r. przez 114 zakładów pracy zatrudniających blisko 70 tys. pracowników, dały ogółem III Rzeszy ok. 2,2 mld marek czystego zysku”.

W resorcie skórzanym pracował Mendel – ojciec Edy, która na ul. Rybną przychodziła często, do cioci i wujka; ten domek, narożny, w którym mieszkali w getcie, stoi do dziś.

Co ja mogę o nich powiedzieć? – pyta Eda. – Odeszli, jakby wiatr ich rozwiał. Mama Edy, Pola, ze szmat robiła dywany, sama Eda, wówczas nastolatka, była gońcem w sądzie, a jej brat, o kilka lat młodszy Heniuś? Gdzie pracował Heniuś? Może w Łuszczarni Miki? „Przed każdym dzieckiem leży tekturka, na której dokonywuje ono swą pracę przy pomocy specjalnego noża – czytamy w „Kronice getta”. – Łuszczenie polega na umiejętnym wsadzeniu noża w wygładzony uprzednio bok płytki i oddzieleniu wszystkich warstw. W resorcie zajętych jest przy mice 153 dziewczynki i 146 chłopców”. Na zdjęciu widzimy dziecinne buzie, warkoczyki, kucyki, jeżyki i grzywki.

A Lilka? Gdzie mogła pracować mała Lilka? Bo to, że pracowała – jest pewne. Może w resorcie papierniczym przy ul. Żydowskiej 12, gdzie – jak notuje kronikarz – „dokonuje się istnych cudów, gdyż ze skrawków papieru, tektury i materiału buduje się nowoczesne, zelektryfikowane domy dla lalek. Małe kobietki pokrywają delikatnym haftem maleńkie tiulowe kapy i firanki, nalepiają wycięte z kretonu wzory na dywany, wyścielają mebelki”. Będą się nimi bawić inne małe kobietki.

A więc jest lato 1944 r. Upalny lipiec. Zbliża się sierpień, który będzie ostatnim miesiącem istnienia getta. Jeszcze tu są – Rutka, Lilka, Edzia i Mela, a właściwie Melania, najstarsza, chora i właściwie bez szans.

Rutka pracuje w resorcie krawieckim. Razem z innymi dziewczynkami wykrawają rękawy do sukienek, których nie będą nosiły. Ciężka, wyczerpująca wielogodzinna praca. Ale z zupą, a to najważniejsze, bo głód panujący w getcie jest nie do oswojenia. „Marzyliśmy o bułce z masłem” – powie po latach Ruth.

W zachowanym w archiwum łódzkiego radia jedynym nagraniu Jankiel Herszkowicz śpiewa – „kajne brojt” [nie ma chleba – jidysz] i „kiszki marsza grają...”. Uczucie głodu towarzyszyło wszystkim, wszędzie. Wychudzenie, obrzęki głodowe, śmierć z wycieńczenia były na porządku dziennym. Do tego gruźlica, czerwonka, dyfteryt, jaglica, szkarlatyna, tyfus.

Getto – Todeskiste – skrzynia śmierci. Jak może to znieść kilkuletnia dziewczynka, ukochana jedynaczka, otoczona niegdyś w swym pokoju przy ul. Nawrot pięknymi zabawkami? Wypatruje wróbelków, które nadlatują z innego świata. Lilka, późniejszy adres – Tel Awiw.

A Edzia, zanim – w Szwecji – stała się Edą? Z kochającymi rodzicami, z którymi mieszkała przy ul. Więckowskiego? I z małym braciszkiem Heniusiem, którego – dzięki interwencji znajomego sędziego – ocalono z Wielkiej Szpery, a który potem razem z innymi zniknął w Auschwitz, „jakby ich ktoś zdmuchnął”. Dla Edy Polska to wspomnienia, które ciągle wracają i o których nie chce wyrzucić z pamięci. Ale mieszkać by tu nie mogła. W Łodzi, w której przed wojną było 233 tys. Żydów, oj, mama kochana, a teraz? Tylko cmentarz. A więc Edzia – jak to przetrwała?

A Rutka, którą mama z ich domu przy ul. 11 Listopada, kiedyś, kiedyś, przed wojną, razem z bratem, prowadziła na ślizgawkę, do parku, na poranki w filharmonii – jak ona to znosiła? W domu babci, w getcie, były na szczęście książki. Powieści noblistów, wiersze. Mickiewicz, Asnyk, Tuwim. Stąd pewnie ta tłukąca się po głowie „Lokomotywa”, która wiozła ich potem do Auschwitz.

Wszystkie trzy tam się znalazły. Ocalały. Tylko one.

Ale na razie jeszcze tu są.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną