Alexandra Richie o tragedii Powstania Warszawskiego

Moje anglosaskie spojrzenie
Rozmowa z Alexandrą Richie, urodzoną w Kanadzie historyczką i pisarką, autorką książki „Warszawa 1944. Tragiczne powstanie”.
Warszawa, ulica Polna, ludność cywilna szykuje się do wyjścia z miasta, październik 1944 r.
CAF/PAP

Warszawa, ulica Polna, ludność cywilna szykuje się do wyjścia z miasta, październik 1944 r.

Jacek Żakowski: – Jak się pani zaraziła powstaniem?
Alexandra Richie: – Moje zainteresowanie historią wojskowości zaczęło się z powodów rodzinnych. Mój pradziadek Henry Thoresby Hughes był kanadyjsko-brytyjskim generałem podczas pierwszej wojny światowej, a potem współtworzył Komisję Grobów Wojennych Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i przeforsował ideę równego upamiętnienia każdego poległego żołnierza kamiennym białym nagrobkiem z wyrytym imieniem i nazwiskiem.

Spersonalizował ofiary. Jak pani w książce o Powstaniu Warszawskim, której bohaterami na równi z żołnierzami, generałami, zbrodniarzami i politykami stały się ofiary cywilne.
Po pierwszej wojnie to była rewolucyjna idea. Wcześniej, kto miał pieniądze, ten swoich zabitych odnajdował i stawiał im pomniki. A reszta lądowała w masowych żołnierskich grobach. Pomysł, że wszyscy zabici są w pewnym sensie równi, zmieniał logikę myślenia o ofiarach wojny. A drugim pomysłem pradziadka było coroczne upamiętnianie wojny o godzinie jedenastej w jedenastym dniu jedenastego miesiąca. Ale nie w języku bojowych nacjonalistycznych surm, który doprowadził do wojny, tylko w atmosferze refleksji nad gigantyczną tragedią. Myślę, że upamiętnienie powstania też zaczyna skręcać w tę stronę. Lepiej się w nim odnajduję niż wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Warszawę i jej blizny.

Kiedy to było?
W 1987 r. Pisałam doktorat o wschodnioniemieckim manipulowaniu historią. NRD miało być ojczyzną Goethego, której nic nie łączyło z Hitlerem. Zbierałam materiały w Berlinie i na wakacje przyjechałam do Warszawy. Od razu rzuciło mi się w oczy, że coś strasznego musiało się stać z tym miastem. Widziałam wiele niemieckich miast zniszczonych w czasie wojny. Ale żadne nie było tak strasznie poranione. Zaczęłam czytać o tym, co się tu stało. Zdałam sobie sprawę, że żadne zachodnie miasto nie przeszło takiego horroru i żaden wielki horror nie został tak kompletnie wyparty przez Zachód. Wydało mi się to koszmarnie dziwaczne.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną