Wieczne spory o pomniki

Pomniki niezgody
Spór o pomniki warszawskie zaczął się już od pierwszego postumentu świeckiego w nowej stolicy Polski: kolumny Zygmunta III Wazy.
Francuska grafika z placem Zamkowym i kolumną Zygmunta, 1850 r.
Biblioteka Narodowa w Warszawie

Francuska grafika z placem Zamkowym i kolumną Zygmunta, 1850 r.

Jan III Sobieski, stanisławowski pomnik przy Agrykoli
Forum

Jan III Sobieski, stanisławowski pomnik przy Agrykoli

Pałac Namiestnikowski sprzed 1914 r., z pomnikiem Iwana Paskiewicza
Zbiory Marka Henzlera/Archiwum prywatne

Pałac Namiestnikowski sprzed 1914 r., z pomnikiem Iwana Paskiewicza

Dzisiejszy Pałac Prezydencki i pomnik Józefa Poniatowskiego
Krystian Maj/Reporter

Dzisiejszy Pałac Prezydencki i pomnik Józefa Poniatowskiego

Pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu
Zbiory Marka Henzlera/Archiwum prywatne

Pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu

Obelisk wystawiony w 1841 r. na Cytadeli carowi Aleksandrowi I
Zbiory Marka Henzlera/Archiwum prywatne

Obelisk wystawiony w 1841 r. na Cytadeli carowi Aleksandrowi I

Usuwanie pomnika Feliksa Dzierżyńskiego z pl. Bankowego w stolicy w 1989 r.
Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Usuwanie pomnika Feliksa Dzierżyńskiego z pl. Bankowego w stolicy w 1989 r.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w grudniu 2015 roku.

Ok. 1640 r. Władysław IV postanowił uhonorować swego ojca posągiem postawionym przed zamkiem. Król rozpoczął przygotowania od wykupienia stojących na placu domostw bernardynek, które zamierzał wyburzyć. Wtedy zareagował nuncjusz papieski Mario Filonardi, wydając interdykt zakazujący dalszych robót. Ponadto kuria rzymska uważała, że człowiek nie może być wywyższony na kolumnie, tylko jedynie Jezus.

Ale Władysław IV się nie ugiął. Za królem stanęła szlachta przeciwna ingerencji papiestwa w sprawy świeckie. Nuncjusz próbował załagodzić sytuację i przeprosić króla, ale jednocześnie w przechwyconych listach adresowanych do kurii nazywał Polaków „narodem pijaków”, a Władysława IV – „obrońcą heretyków”. Nawet dla prymasa i duchowieństwa polskiego Filonardi stał się persona non grata i w 1643 r. został wyproszony z Rzeczpospolitej. Niebawem pomnik Zygmunta III królował nad stolicą.

Drugim pomnikiem świeckim był posąg Jana III Sobieskiego wystawiony staraniem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Spięty koń monarchy deptał na nim Turków, po bokach wisiały mu łupy, więc pomnik spodobał się publiczności. Uroczystość jego odsłonięcia w rocznicę odsieczy wiedeńskiej 14 września 1788 r. odbyła się z udziałem 30 tys. widzów. W zamierzeniu Stanisława Augusta dzieło miało ożywić bojowego ducha w narodzie. Cóż, kiedy sam król Staś go nie miał, o czym przypomniał wierszyk wymalowywany w różnych miejscach Warszawy: „Sto tysięcy karuzel, ja bym trzykroć łożył,/By Stanisław skamieniał, a Jan III ożył”.

W czasach Królestwa Polskiego w gronie ks. Adama Czartoryskiego i gen. Stanisława Mokronowskiego zrodził się projekt budowy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego. Aleksander I zgodził się na tę inicjatywę. Dla Polaków łaska cara rokowała dobrze: „Tak wolno jeszcze, wolno jest marzyć radośnie,/Że może nowy Józef w małych Lechach rośnie” – pisał pułkownik Franciszek Morawski.

Na wykonawcę posągu konnego wybrano rzeźbiarza Bertela Thorvaldsena, Duńczyka pracującego w Rzymie. Polacy spodziewali się rzeźby podobnej do akwareli Aleksandra Orłowskiego, który odmalował śmiertelny skok Poniatowskiego w nurty Elstery, lub do gwaszu Michała Stachowicza prezentującego, zresztą nieudanie, księcia Józefa w mundurze na cwałującym koniu. Tymczasem Thorvaldsen przedstawił projekt księcia Pepiego w stroju Rzymianina. Zdumionym i opierającym się Polakom nawymyślał od barbarzyńców, że nie będzie „posyłać dzieł (…) do krajów, gdzie nie ma poczucia sztuki”. To Duńczyk wybrał też miejsce na Krakowskim Przedmieściu naprzeciw kamienicy Wasilewskiego. I komitet pomnikowy Mokronowskiego się zgodził, aby „w niczem nie krępować jego geniuszu wzniosłego”.

Gdy wreszcie przedstawiono publiczności model posągu, wybuchła wojna o rzeźbę. Książę na modelu pomnika Thorvaldsena nie nosił munduru, burki ni ułanki, był na wpół goły, okryty jeno antyczną tuniką, z odsłoniętą głową pokrytą kręconymi włosami (w rzeczywistości książę Pepi łysiał i maskował to tupecikiem). Odbiorcy natychmiast się podzielili: zachwycał się „geniuszem wzniosłym” Thorvaldsena wybitny architekt, autor przebudowy Pałacu Saskiego Adam Idźkowski, dowodząc, że nawet wyrzeźbiony łeb rumaka uosabia „najwyższą wzniosłość doskonałości”. Wtórował mu literat Franciszek Salezy Dmochowski, a nawet Maurycy Mochnacki, co najwyżej krytykując, że „tunika i wąsy ułańskie są to rzeczy niezgodne i bardzo dalekie”.

Jednak przeciętni zjadacze chleba aż jęknęli na widok modelu „golca w koszuli” jadącego na oklep. Damy były zgorszone nagimi udami jeźdźca. Stosunek publiczności warszawskiej do rzeźby określił „Przegląd Poznański” jako „zawód ludu polskiego”. Gdzie kurta, gdzie czako, gdzie spięty rumak, gotów dla jedynie słusznej sprawy skoczyć z jeźdźcem do Elstery? Posąg był tak dziwaczny dla szerokiej publiczności, że nie bez słuszności dowodzono, że Thorvaldsen nie zrozumiał „Polski chwytającej się w swej niedoli świetnych pamiątek”. Rzeźbiarz zasłaniał się natchnieniem, że tak „widział ideał bohatera otoczonego wieczną sławą”. Lecz raczej rację miał Adam Mickiewicz, który zauważył, że ślepe naśladowanie starożytności „jest właśnie najzupełniejszem sfałszowaniem pojęć o sztuce”. I rzeczywiście – pomnik Poniatowskiego przypominał kopię posągu Marka Aureliusza.

Również dzieje samego odlewu pomnika były powikłane. Po powstaniu listopadowym w 1832 r. wywieziono go do Modlina. Ocalenie zawdzięczał temu, że pomylono go ze św. Jerzym, a potem z ostatnim królem Rzeczpospolitej. Car Mikołaj I najpierw chciał odlew wyrzucić na złom, ale potem zdecydował się podarować, jako antyczną rzeźbę, feldmarszałkowi Iwanowi Paskiewiczowi. Ten postawił posąg w swym parku pałacowym w Homlu. Zgodnie z traktatem ryskim Rosja bolszewicka w 1922 r. wydała Polsce pomnik, który przeszedł kolejną wędrówkę z placu Zamkowego na plac Saski, gdzie został wysadzony przez Niemców w grudniu 1944 r. Obecnie stojący przed Pałacem Prezydenckim jest kopią wykonaną w Kopenhadze na podstawie zachowanego modelu Thorvaldsena. Podarowany przez Królestwo Danii w 1965 r., posąg stanął przed Pałacem Namiestnikowskim.

W czasie zaborów szczególną nienawiść warszawiaków budziły pomniki przypominające o panowaniu rosyjskim. Po wybudowaniu Cytadeli mającej panować nad niepokornym miastem, w 1835 r. na tamtejszym placu Gwardii wystawiono kilkunastometrowy obelisk na cześć Aleksandra I z napisem rosyjskim: „Aleksandrowi I, Cesarzowi Wszechrosji, Zwycięzcy i Dobroczyńcy Polski”. Nie kłuł w oczy, więc warszawiacy o nim mało pamiętali. Po odzyskaniu niepodległości obelisk został rozebrany.

Natomiast przed Pałacem Namiestnikowskim, na miejscu gdzie miał stanąć książę Poniatowski, w lipcu 1870 r. Rosjanie uroczyście odsłonili posąg zdobywcy Warszawy i namiestnika Królestwa Polskiego Iwana Paskiewicza. W uroczystości wziął udział car Aleksander II. Posąg stał się jednym z najbardziej znienawidzonych symboli rosyjskiego panowania i w latach 20. XX w. przetopiono go m.in. dlatego, że strona sowiecka nie była zainteresowana przejęciem posągu carskiego feldmarszałka.

Jeszcze gorzej został odebrany przez Warszawę pomnik wystawiony na cześć polskich oficerów, którzy nie przyłączyli się do powstania w noc listopadową 1830 r. Napis na obelisku głosił: „Polakom w dniu 17/29 listopada 1830 r. poległym za wierność swojemu monarsze” i wymieniał nazwiska oraz stopnie wojskowe siedmiu oficerów. Uroczystość odsłonięcia pomnika była podniosła: w rocznicę nocy listopadowej w 1841 r. na plac Saski spędzono dziatwę gimnazjalną, wyprowadzono z kościoła św. Krzyża „solenną procesję”, bataliony piechoty oddały salwy, po czym prałat ks. Kotowski „potępił Polaków za bunt”, a młodzież odśpiewała „Boże, cara chrani”. Znaleźli się rymotwórcy, jak Ludwik Jamiołkowski, którzy sławili odsłonięcie pomnika. Najczęściej kryła się za tym prozaiczna chęć zyskania pieniędzy, np. pewien urzędnik przesłał wiernopoddańczy wiersz Paskiewiczowi z prośbą o podwyżkę pensji.

Przez większość Polaków posąg został uznany za hańbiący. Sprawę „pomnika zdrajców” gmatwało jednak to, że w rzeczywistości generałowie polscy zastrzeleni przez młodych podchorążych w noc listopadową nie byli zdrajcami, tylko kunktatorami. Wielu miało zapisaną chwalebną przeszłość wojskową w insurekcji i wojnach napoleońskich. Obelisk, przeniesiony w 1894 r. na plac Zielony (obecnie gen. Jana H. Dąbrowskiego) z powodu budowy ogromnej cerkwi na placu Saskim, stał się jednym z obiektów najbardziej strzeżonych przez policję i „filerów”. Wystarczała jednak chwila nieuwagi i już pokrywały go szydercze napisy w rodzaju: „Ośmiu lwów – czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków”. Pomnik zniknął rozebrany zimą 1917 r.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj