Jak Najwyższy Trybunał Narodowy sądził zbrodniarzy hitlerowskich?

Wojna osądzona
Procesami zbrodniarzy wojennych przed Najwyższym Trybunałem Narodowym żyła cała Polska. Miasta rywalizowały o to, by toczyły się na ich terenie, a żądza odwetu była tak silna, że obywatele tłumnie asystowali przy publicznych egzekucjach.
Albert Forster, namiestnik Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, przybywa na rozprawę przed Najwyższym Trybunałem Stanu, Gdańsk, 5 kwietnia 1948 r.
PAP

Albert Forster, namiestnik Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, przybywa na rozprawę przed Najwyższym Trybunałem Stanu, Gdańsk, 5 kwietnia 1948 r.

Egzekucja Rudolfa Hoessa, komendanta Oświęcimia-Brzezinki, na terenie byłego obozu koncentracyjnego, 16 kwietnia 1947 r.
Stanisław Dąbrowiecki/PAP

Egzekucja Rudolfa Hoessa, komendanta Oświęcimia-Brzezinki, na terenie byłego obozu koncentracyjnego, 16 kwietnia 1947 r.

Publiczna egzekucja Arthura Greisera, namiestnika Kraju Warty, na stoku Fortu Winiary poznańskiej cytadeli, 21 lipca 1946 r.
Zbigniew Zielonacki/Archiwum Lecha Zielonackiego/www.cyryl.poznan.pl

Publiczna egzekucja Arthura Greisera, namiestnika Kraju Warty, na stoku Fortu Winiary poznańskiej cytadeli, 21 lipca 1946 r.

Koalicja antyhitlerowska wyciągnęła wnioski z nieudanej próby postawienia przed obliczem Temidy przestępców wojennych z czasu pierwszej wojny światowej; przywódców III Rzeszy sądził już Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze (patrz POLITYKA 47/15), a w 12 kolejnych procesach – trybunał amerykański. Osoby podejrzewane o zbrodnie w krajach okupowanych odsyłano do miejsc ich popełnienia. Dla Niemców nie było to niespodzianką, bo od początku wojny ze strony aliantów padały także ostrzeżenia. Także od polskiego rządu na emigracji, który już w 1939 r. zapowiadał retorsje „za niewinne ofiary polskie wobec Niemców, i to zwłaszcza wobec sfer kierowniczych”.

Władze na emigracji i podziemne w kraju zaczęły dokumentować niemieckie działania, a prezydent Władysław Raczkiewicz w marcu 1943 r. wydał dekret o odpowiedzialności karnej za zbrodnie wojenne. Kolejnym ważnym postanowieniem była Deklaracja Moskiewska o okrucieństwach, przyjęta 1 listopada 1943 r. przez ZSRR, Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Zapowiedziano w niej, że zbrodniarze z europejskich państw Osi będą ścigani na całym świecie i wydani krajom, w których przestępstwa popełnili. Postanowienia deklaracji potwierdzono w Porozumieniu Londyńskim z 8 sierpnia 1945 r., do którego dołączyła i Polska. A w kraju, bez czekania na powojenną sprawiedliwość, wyroki na Niemców i kolaborantów wydawały sądy podziemnego państwa. Manifest PKWN z lipca 1944 r. głosił, że „żaden niemiecki zbrodniarz wojenny, żaden zdrajca narodu nie może ujść kary!”. Rząd lubelski 31 sierpnia 1944 r. przyjął dekret „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy (…) oraz dla zdrajców Narodu Polskiego”.

Sądzić miały Specjalne Sądy Karne i przed takim, 27 listopada 1944 r. w Lublinie, postawiono 6 członków załogi i funkcyjnych kapo z obozu koncentracyjnego na Majdanku. Proces toczył się w atmosferze linczu. Oskarżonych na rozprawy prowadzono przez miasto – jeden z nich powiesił się w celi. 1 grudnia 1944 r. PKWN znowelizował art. 545 k.p.k. Minister sprawiedliwości mógł teraz zarządzać publiczne egzekucje „z uwagi na szczególny charakter przestępstwa”. 2 grudnia pierwszych pięciu sądzonych w Polsce przestępców wojennych skazano na karę śmierci. Przewodniczący KRN Bolesław Bierut odrzucił ich podania o łaskę pisane na sali rozpraw, i nazajutrz o godz. 11 zawiśli na szubienicach w obozie na Majdanku.

Większość sprawców zbrodni trafiła do alianckich obozów jenieckich bądź ukrywała się na terenie Niemiec i Austrii. Trzeba było zebrać dowody winy i wystąpić o wpisanie ich na międzynarodową listę zbrodniarzy wojennych, prowadzoną w Londynie, i do centralnego rejestru w Paryżu. Dokumentację zbrodni sporządzały sądy grodzkie, współpracując z powołaną w marcu 1945 r. Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich. Okólnik ministra sprawiedliwości nakazał w zakładach fotograficznych konfiskatę klisz i zdjęć z Niemcami w mundurach i w cywilu. Fotografie te miały ułatwić poszukiwanie przestępców wojennych.

Siedmiu sprawiedliwych

Głównym sprawcom przestępstw wojennych popełnionych w Polsce sprawiedliwość miał wymierzyć Najwyższy Trybunał Narodowy. Powołano go dekretem z 22 stycznia 1946 r., zaczął działać 18 lutego 1946 r. Karać miał też osoby odpowiedzialne za „klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego”, ale te w większości były na emigracji. Dlatego w takich sprawach, poza zebraniem materiałów do procesu płk. Wacława Kostki-Biernackiego, byłego wojewody poleskiego, odpowiedzialnego za organizację obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej, NTN niewiele dokonał. W sądowej hierarchii trybunał był zrównany z Sądem Najwyższym, którego pierwszy prezes (wtedy Wacław Barcikowski) był zarazem prezesem NTN. Na wniosek ministra sprawiedliwości prezydium KRN powołało w skład trybunału 13 sędziów i 16 posłów KRN z różnych partii, którzy pełnili funkcję ławników. Trybunał miał odrębną prokuraturę i orzekał w siedmioosobowych składach – trzech sędziów i czterech ławników. Wyroki trybunału były ostateczne i niezaskarżalne. Skazany mógł jedynie wnieść prośbę o ułaskawienie do przewodniczącego KRN.

W latach 1946–50 ze stref okupacyjnych Niemiec ekstradycji do Polski poddano 1803 osoby podejrzewane o popełnienie zbrodni wojennych. Ściągano je też z obozów dla niemieckich jeńców w ZSRR, Czechosłowacji, Austrii, Jugosławii, a nawet Japonii, w której Amerykanie ujęli Josefa Meisingera, attaché policyjnego III Rzeszy w Tokio, w latach 1939–41 szefa Urzędu Komendanta SD i Policji Bezpieczeństwa dystryktu warszawskiego. Po pierwszych przestępców osadzonych w amerykańskim więzieniu we Frankfurcie nad Menem poleciała eskorta z MBP z mjr. Janem Perkowskim i prokuratorem NTN Jerzym Sawickim. 30 marca 1946 r. samolot przywiózł do Warszawy m.in. Arthura Greisera, namiestnika Kraju Warty (rozpoznanego pod Salzburgiem przez polską więźniarkę Marię Michalak), i Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego. Polska Kronika Filmowa pokazała obu w wydaniu nr 12 z 14 kwietnia 1946 r., jak fasują i jedzą zupę w mokotowskim więzieniu: „Greiser stale i uparcie dopomina się o repetę” – czytał lektor.

Proces Greisera toczył się w auli Uniwersytetu Poznańskiego. Z urzędu bronili go adwokaci Stanisław Hejmowski i Jan Kręglewski. Obaj prosili o zwolnienie z tego obowiązku, uzasadniając to osobistymi krzywdami doznanymi podczas niemieckiej okupacji (Hejmowski z rąk Niemców stracił dwóch braci), ale trybunał nakazał im Greisera bronić. Podobne, także odrzucane, prośby obrońcy wnosili przy pozostałych procesach przed NTN.

9 lipca NTN skazał Greisera na karę śmierci. Lektor PKF nr 20 mówił, że za „znęcanie się i prześladowanie ludności polskiej i żydowskiej” w okręgu Warty oraz „za trzebienie osiadłej tu od wieków ludności polskiej”. W sentencji wyroku NTN zauważył: „Greisera należy uznać winnym wszystkich zbrodni i zarzucanych mu przestępstw, z tym ograniczeniem, że zabójstw, uszkodzeń cielesnych i znęcań się Arthur Greiser osobiście nie dokonał”. W procesie m.in. orzekał prof. Emil Rappaport. Przed wojną był sędzią Sądu Najwyższego, szefem biura Komisji Kodyfikacyjnej i przeciwnikiem kary śmierci. Wtedy mówił, że prawo do jej wymierzania powinni mieć tylko ci sędziowie, którzy sami ją wykonają.

Bierut nie uwzględnił wniosku Greisera o łaskę ani prośby o to samo ze strony papieża Piusa XII. Egzekucja byłego namiestnika odbyła się w niedzielę 21 lipca 1946 r. o godz. 7, na stoku Fortu Winiary poznańskiej cytadeli, o czym poznaniaków w przeddzień powiadomił dodatek nadzwyczajny do „Głosu Wielkopolskiego”. Jej świadek, nieżyjący już nasz redakcyjny kolega Stanisław Podemski, w „Pitavalu PRL” pisał, że obecny na egzekucji fotograf swe zdjęcia wywiesił w gablocie w centrum miasta. „Na jednym z nich barczysty człowiek w czerni, z przepaską na twarzy podtrzymywał pod szubienicą słaniającego się Greisera. Sylwetka kata, charakterystyczny kształt jego czaszki, wydały mi się wyraźnie znajome. Musiałem tego człowieka nieraz już spotkać. Dopiero parę lat później dowiedziałem się, że to szatniarz i portier popularnego lokalu tanecznego Moulin Rouge”. Inna relacja mówi, że katem był dysponujący czarnym frakiem kelner z restauracji Smakosz.

W chwili wieszania Greisera stutysięczna publiczność klaskała i gwizdała. Po egzekucji, na którą mimo apeli władz rodzice zabrali dzieci, te zaczęły się bawić w „wieszanie Greisera”. Podniosło się wiele krytycznych głosów przeciwko publicznym egzekucjom. Najgłośniej na łamach „Kuźnicy” wypowiedziała się pisarka Ewa Szelburg-Zarembina, stawiając pytanie, czy nie jesteśmy narodem morderców. Do krytyków takich egzekucji dołączył minister sprawiedliwości Henryk Świątkowski i zdecydował, by ich zaprzestać. Ta decyzja ma i drugie tło. W 1947 r. publicznie powieszono nie tylko 11 członków załogi obozu Stuthoff i Greisera, ale również na miejskich rynkach i stadionach na Podkarpaciu kilkunastu skazanych przez sądy członków antykomunistycznych oddziałów Jana Stefki i Antoniego Żubryda. Fotografie z tych egzekucji wydostały się na Zachód, stając się dowodem komunistycznego terroru.

Drugi raz NTN zebrał się w sali Sądu Okręgowego w Krakowie, by sądzić Amona Götha, komendanta obozu pracy przymusowej w Płaszowie pod Krakowem. Oskarżono go m.in. o likwidację gett w GG i osobiście dokonane zabójstwa kilkuset więźniów. Göth był funkcjonariuszem na stosunkowo niskim stanowisku. Jego proces pokazał, jak w hitlerowskim systemie syn wydawcy z Wiednia przeistoczył się w sadystycznego mordercę i funkcjonariusza zbrodniczego państwa. Reporter pisał, że podczas procesu kobiety z publiczności obserwowały Götha przez lornetki i w miarę zwalniania się miejsc przesiadały się coraz bliżej oskarżonego... 13 września 1946 r. Göth został stracony, a jego zbrodniczą karierę pokazano w filmie „Lista Schindlera”.

Hoess pod sąd!

Rudolfa Hoessa, komendanta obozu w Oświęcimiu i Brzezince, ukrywającego się pod przybranym nazwiskiem, Anglicy ujęli 11 marca 1946 r. Po jego występie w roli świadka w procesie norymberskim 25 maja został wydany polskim władzom i na prawie 9 miesięcy osadzony w mokotowskim więzieniu. Materiał dowodowy zbierała krakowska Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Niemieckich, kierowana przez dr. Jana Sehna. Zastanawiano się, czy komendanta sądzić oddzielnie czy razem z kilkudziesięcioma członkami załogi obozu. Wiceminister sprawiedliwości Leon Chajn dopytywał prokuratora NTN, ile może zapaść wyroków śmierci na podkomendnych Hoessa, uwzględniając zebrane dowody ich winy. A z tymi na początku było krucho i zdecydowano, by Hoessa sądzić oddzielnie.

Na proces poszukiwano sali, która pomieści około tysiąca osób. Oświęcim administracyjnie leżał w apelacji katowickiej, ale wojewoda Aleksander Zawadzki do pomysłu procesu w Katowicach odniósł się „z dużą rezerwą”. Jak pisze prokurator Tadeusz Cyprian, tłumaczył się brakiem odpowiedniej sali. Zastanawiano się więc, czy procesu nie urządzić w chorzowskim Teatrze Miejskim, w którym przedstawienia grano tylko w soboty i niedziele. Prok. Cyprian odwiedził też Kraków, ale poza budynkami Starego Teatru i kina Świt nie było tam odpowiedniej sali. Zastanawiano się nawet nad sądzeniem Hoessa w Oświęcimiu, ale okazało się, że obozowe obiekty i place wynajęło przedsiębiorstwo Film Polski – kręcono tam film fabularny (zapewne „Ostatni etap”).

Hoessa sądzono ostatecznie w Warszawie, w sali ZNP przy ul. Smulikowskiego, w której w połowie lutego 1947 r. zakończył się proces Ludwiga Fischera i jego współpracowników. NTN trzech oskarżonych skazał na karę śmierci, a czwartego – Ludwiga Leista, starostę Warszawy – na osiem lat więzienia. Nie zdołano mu udowodnić bezpośredniego udziału w zbrodniach i skazano go za udział w przestępczej organizacji, za którą NTN uznał kierownictwo niemieckiej administracji w Generalnym Gubernatorstwie (od kierownika powiatu wzwyż), oraz za prześladowanie ludności żydowskiej i polskiej poprzez wydawane zarządzenia. Paru świadków podkreślało życzliwy stosunek starosty do Polaków, ale ów wyważony wyrok na Leista wywołał falę oburzenia odnotowaną przez prasę.

Sądząc Hoessa w sali ZNP, skorzystano z założonej już na proces Fischera instalacji do tłumaczenia przebiegu rozprawy na cztery języki. Na proces zaproszono oficjalną delegację z amerykańskiego trybunału norymberskiego, z wielu krajów przyjechali obserwatorzy ze stowarzyszeń więźniów Oświęcimia oraz dziennikarze. Zeznania złożyło 85 świadków, w tym premier Józef Cyrankiewicz, więzień Oświęcimia. Dla publiczności w sali pozostało niewiele miejsc, dlatego wydawano jednodniowe karty wstępu, ważne na ranne lub popołudniowe posiedzenie. Po dwóch tygodniach procesu Hoessa skazano na karę śmierci. W końcowym wystąpieniu oświadczył, że jako komendant obozu poczuwa się do odpowiedzialności za wszystko, co się tam działo. Poprosił, by pozwolono mu napisać do rodziny dłuższy list i odesłać ślubną obrączkę. Prośby o ułaskawienie nie złożył.

W dzień po ogłoszeniu wyroku, na zebraniu grupy więźniów Oświęcimia w Bydgoszczy, przyjęto petycję skierowaną do premiera Cyrankiewicza i ministra Świątkowskiego z apelem, by egzekucję Hoessa przeprowadzić na terenie obozu: „Powinien zginąć tam, gdzie zginęły jego ofiary”. Hoessa osadzono w więzieniu w Wadowicach, gdzie się nawrócił oraz napisał ostatnie listy i oświadczenie, w którym prosił polski naród o wybaczenie. 16 kwietnia 1947 r. zawieziono go do Oświęcimia, do bunkra w bloku śmierci. W tym czasie niemieccy jeńcy postawili nową szubienicę (zachowanej obozowej nie chciano „hańbić egzekucją zbrodniarza” – czytamy w jednej z relacji). O godz. 10 skazańca wyprowadzono z bloku nr 11, a o godz. 10.08 „głucho szczęknęła zapadnia szubienicy”.

Proces w Muzeum

10 miesięcy po procesie Hoessa postawiono przed NTN 40 członków, w tym pięć kobiet, załogi obozu w Oświęcimiu (sądzono ich w sali Muzeum Narodowego w Krakowie). Wśród oskarżonych był m.in. Arthur Liebehenschel, następca Hoessa na stanowisku komendanta, Max Grabner, szef obozowego gestapo, Maria Mandl, kierowniczka obozu kobiecego, blokowi, strażnicy i lekarze. Broniło ich 9 adwokatów. Gośćmi na procesie byli prezes i członkowie Francuskiego Trybunału Wojskowego. Proces trwał trzy tygodnie. Zeznawało ponad dwustu świadków i biegłych. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Pierwszy prokurator NTN Stefan Kurowski w końcowym wystąpieniu przyznał, że nieporadne są dotychczasowe kodeksy, stworzone na miarę pojedynczego zbrodniarza, i „myśl prawnicza zmuszona była ukuć pojęcie nowej zbrodni – ludobójstwa”. Spośród 40 oskarżonych 23 osoby skazano na karę śmierci, 6 – na dożywocie, 9 – na kary od 3 do 15 lat więzienia, jedną uniewinniono. Skazani na śmierć złożyli prośby o łaskę, a prezydent Bierut okazał ją tylko wobec najstarszego i najmłodszego skazańca, zamieniając karę stryczka na dożywocie. Egzekucji 21 skazańców dokonano 24 stycznia 1948 r. wewnątrz krakowskiego więzienia przy Montelupich. Ich ciała wydano Uniwersytetowi Jagiellońskiemu. Uczyli się na nich anatomii studenci medycyny.

Przed Trybunałem stanął też Albert Forster, namiestnik Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie. O miejsce procesu kata Pomorza rywalizowały Bydgoszcz, Toruń i Gdańsk, szukając poparcia u osób z najwyższych władz, licytując się na zaznane podczas okupacji krzywdy i odwołując do historii: „Tak, jak przed wiekami sąd królewski polski pokarał w Toruniu buntowniczych Niemców – burmistrza Rösnera i 9 rajców, tak niech i teraz sprawiedliwość Rzeczypospolitej dosięgnie w Toruniu buntowniczego przybłędę germańskiego na ziemi polskiej”. Forstera osądzono w końcu w Gdańsku, skazując go 29 kwietnia 1948 r. na śmierć. Bierut dopiero cztery lata później podjął decyzję, że nie skorzysta z prawa łaski, i wyrok w więzieniu mokotowskim wykonano 28 lutego 1952 r. Do dziś jednoznacznie nie wyjaśniono motywów odwlekania, a później niepodawania przez parę lat informacji o egzekucji ani żonie Forstera, ani Anglikom (wydalili go do Polski), ani też polskiej opinii publicznej. Dało to nawet podstawę do spekulacji, że egzekucję sfingowano i Forster, który ponoć znał miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty i skarbca z gdańskiej bazyliki Mariackiej, przeżył własną śmierć.

Bühler pod sąd!

Ostatnim oskarżonym, który stanął przed Trybunałem, był Józef Bühler, szef rządu Generalnego Gubernatorstwa. Prok. Cyprian pisał: „Sprawa będzie czysto papierowa, bardzo teoretyczna. Bühler będzie odpowiadał raczej nie za to, co zrobił, lecz za to, czym był”. Jego też powieszono. Przed NTN mieli jeszcze stanąć generałowie odpowiedzialni za zburzenie getta warszawskiego (Jurgen Stroop) oraz Warszawy w czasie powstania warszawskiego (Erich von dem Bach-Zelewski, Heinz Reinefarth i Paul Geibel). Bacha i Reinefartha alianci nie wydali, a Stroopa i Geibla skazały już sądy powszechne, bo po procesie Bühlera działalność NTN została zawieszona. W sumie przed NTN i innymi polskimi sądami stanęło ponad 5 tys. sprawców zbrodni nazistowskich, ok. 200 z nich skazano na karę śmierci.

Trybunał nie tylko karał. Swoimi orzeczeniami na grunt polskiego prawa wprowadził normy norymberskie, poszerzając niektóre z nich, by uwzględniały specyfikę niemieckiej okupacji w Polsce. MTW zdefiniował m.in. pojęcie organizacji przestępczej, obejmując tym terminem NSDAP, SS, SD i gestapo. Polski trybunał do takiej organizacji zaliczył też administrację Generalnego Gubernatorstwa, a także zdefiniował pojęcie związku przestępczego, uznając za taki załogę obozu koncentracyjnego.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną