Jakie były losy polskich uchodźców na portugalskiej ziemi

Polskie drogi w Portugalii
Druga wojna światowa wygnała kilkanaście tysięcy Polaków na zachodni kraniec Europy, skąd – wydawało się – łatwiej można było wydostać się z ogarniętego pożogą kontynentu.
Nabrzeże w Lizbonie, skąd odpływały statki za Ocean
Ullstein Bild/BEW

Nabrzeże w Lizbonie, skąd odpływały statki za Ocean

Wśród emigrantów mieszkających w hotelu Palacio był Ignacy Paderewski.
Tony Arruza/Corbis

Wśród emigrantów mieszkających w hotelu Palacio był Ignacy Paderewski.

Opieką nad polskimi uciekinierami zajmował się w Portugalii Stanisław Schimitzek, dyrektor MSZ w II RP.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Opieką nad polskimi uciekinierami zajmował się w Portugalii Stanisław Schimitzek, dyrektor MSZ w II RP.

Ulica jest zaciszna, ciasno zabudowana reprezentacyjnymi kamienicami z początku XX w. Ta z numerem 49, teraz szczelnie zasłonięta rusztowaniem i siatką ochronną, stoi kilka kroków od reprezentacyjnej Avenida da Liberdade, lizbońskiej Champs Elysees, na której liczba butików z najwyższej półki dorównuje liczbie wiekowych palm rosnących po jej obu stronach.

Rodrigo da Fonesca 49 to dawna siedziba Komitetu Pomocy Uchodźcom Polskim w Portugalii. Ta funkcjonująca w latach 1940–45 pod egidą rządu londyńskiego instytucja rozwinęła niezwykle szeroką działalność. Dzięki niej, ale też i innym organizacjom wspierającym uchodźców pomoc otrzymało 12–13 tys. Polaków, którzy docierali nad Tag z całej Europy, najwięcej z Francji po jej kapitulacji w czerwcu 1940 r.

Szosa się kończy

Kierunek portugalski był oczywisty – to jedyne bezpieczne miejsce w ogarniętej wojną Europie, do którego można było dotrzeć drogą lądową i odpłynąć nie tylko do Wielkiej Brytanii, ale również do obu Ameryk. Przynajmniej początkowo dojazd nie sprawiał takich trudności jak wyjazd. „Bo wam się, panowie, wciąż zdaje, że, jak dotychczas, możecie dalej jechać po ziemi. Otóż nie! Zrozumcie wreszcie jedno: szosa się skończyła” – tak ambasador RP w Lizbonie Karol Dubicz tłumaczył uchodźcom przybywającym do siedziby polskiej placówki sytuację, w jakiej znaleźli się latem 1940 r.

Od upadku Francji do ostatnich miesięcy wojny nad Tag ciągnęli zarówno cywile, jak i wojskowi, którzy dalej chcieli się bić z Niemcami. Niektórzy tak zdeterminowani jak pewien podoficer, który po ucieczce z obozu dla jeńców wojennych w okolicach Kolonii, dojechał do Lizbony na… skradzionym Niemcom rowerze. Schronienia szukali duchowni różnych wyznań (m.in. biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, który dotarł do Portugalii przez Rumunię, Włochy i Francję i zmarł w Lizbonie w 1944 r.). Byli dyplomaci, urzędnicy, bardzo cenni w tamtych czasach inżynierowie (w tym słynni polscy kryptolodzy, którzy złamali kod Enigmy) oraz zwykli ludzie, wśród których sporo było osób pochodzenia żydowskiego. Cywilni uchodźcy to byli głównie przedstawiciele elity, których nie tylko było stać na taką podróż, ale którzy potrafili ją również zorganizować.

Odległa od Polski o 2,5 tys. km Portugalia na krócej lub dłużej stała się schronieniem dla takich postaci jak gen. Józef Haller, dowódca słynnej Błękitnej Armii z okresu pierwszej wojny światowej, poeci Julian Tuwim i Jan Lechoń czy działacz Bundu i członek emigracyjnych władz RP Szmul Zygelbojm, który w 1943 r., po upadku powstania w warszawskim getcie popełnił samobójstwo w proteście przeciwko postawie aliantów wobec ludobójstwa Żydów. W drodze do Stanów Zjednoczonych w Portugalii, w nadmorskim kurorcie Estoril (znanym z kasyna i toru wyścigowego, na którym odbywały się wyścigi Formuły 1) na kilkanaście październikowych dni 1940 r. zatrzymał się Ignacy Jan Paderewski, który do śmierci – zmarł pół roku później w USA – pełnił funkcję przewodniczącego Rady Narodowej Rzeczpospolitej Polskiej, substytutu parlamentu na uchodźstwie. Jego pobyt upamiętnia tablica umieszczona w hallu najbardziej wytwornego hotelu w mieście – Palácio (w tym samym, w którym wiele lat później nagrywano sceny do jednego z filmów o Jamesie Bondzie).

Jeśli ktoś myśli, że Polacy, przybywający z kraju, który jako pierwszy podjął rękawicę rzuconą przez nazistów, byli witani jak bohaterowie, grubo się myli. „Żadnego współczucia czy chęci okazania nam pomocy ze strony miejscowej ludności na razie nie odczuwamy. Jakże inaczej było pod tym względem we wrześniu 1939 r. w Rumunii” – tak Stanisław Schimitzek opisywał początki swego pobytu w Portugalii w wydanych w 1970 r. „Wspomnieniach portugalskich 1939–46”.

Po przekroczeniu granicy uchodźcom odbierano paszporty i kierowano do ośrodków zlokalizowanych w znacznej odległości od Lizbony, do której początkowo w ogóle nie wolno było im wjeżdżać. Jednym z głównych takich centrów była odległa o 200 km na północ od stolicy miejscowość Figueira da Foz. Kilkuset Polaków umieszczono także we wspomnianym Hotelu Palácio (do dziś zachowała się karta pobytowa Paderewskiego i lista nazwisk przebywających tam osób). Portugalczycy postawili również warunek, że uchodźców nie będzie więcej niż tysiąc i że jak najszybciej opuszczą granice kraju – co prawda później zaczęli na to patrzeć przez palce. Rządzony dyktatorską ręką Antonio Salazara kraj balansował między aliantami i Niemcami. Lęk przed hitlerowską agresją był w pierwszych latach wojny na tyle duży, że wszelkie pomruki niezadowolenia wysyłane z ambasady Rzeszy wywoływały natychmiastową reakcję portugalskich władz.

Łzy Juliana Tuwima

Poza spontanicznymi inicjatywami lokalnymi, rząd w Lizbonie nie chciał wspierać finansowo uchodźców, z których wielu było pozbawionych środków do życia. W tej sytuacji ich utrzymanie spadło na barki polskich władz emigracyjnych oraz organizacji pomocowych, co szczególnie na początku szło jak po grudzie. Po niespodziewanym i szybkim upadku Francji rząd gen. Sikorskiego zajęty był ewakuacją i urządzaniem się w Anglii, sprawy uchodźców pozostawiając na boku. Dopiero w połowie sierpnia 1940 r. Londyn mianował Schimitzka – przedwojennego dyrektora w MSZ – delegatem rządu do spraw opieki społecznej. Jego zadaniem była opieka nad Polakami przebywającymi w Portugalii, organizowanie ich przerzutu do innych krajów oraz działanie na rzecz uwolnienia polskich obywateli internowanych w Hiszpanii rządzonej przez sprzyjającego Hitlerowi gen. Franco.

Nadzieje na szybkie odprawienie uchodźców do krajów docelowych okazały się mrzonką. Prawie do końca wojny praca komitetu polegała na mozolnym przepychaniu kolejnych grup przez biurokratyczne wąskie gardła. Głównym kierunkiem wyjazdów uchodźców oprócz Wielkiej Brytanii były Kanada, Stany Zjednoczone oraz Brazylia. Jeden z nich opisywał „życie w Rio de Janeiro jako wyjątkowo tanie (utrzymanie miesięczne kosztuje ok. 12,5 dolara) i łatwe dla ludzi przedsiębiorczych”. Spora grupa popłynęła też na Jamajkę, niektórzy udali się do RPA i Palestyny.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną