32. rocznica pokazowego procesu liderów Solidarności

Gdańska pokazówka
W maju i czerwcu 1985 r. przed sądem wojewódzkim w Gdańsku toczyła się sprawa trzech działaczy Solidarności – Władysława Frasyniuka, Bogdana Lisa i Adama Michnika. Zarówno akt oskarżenia, jak i sam proces były kpiną z prawa i procedur.
Proces działaczy NSZZ Solidarność zakończył się wyrokami: dla Adama Michnika 3 lata, Bogdana Lisa 2,5 roku (na fot. stoi) i Władysława Frasyniuka 3,5 roku.
archiwum FOTONOVA/EAST NEWS

Proces działaczy NSZZ Solidarność zakończył się wyrokami: dla Adama Michnika 3 lata, Bogdana Lisa 2,5 roku (na fot. stoi) i Władysława Frasyniuka 3,5 roku.

Na ławie oskarżonych: pierwszy z lewej Adam Michnik, trzeci Władysław Frasyniuk. Z tyłu Bogdan Lis.
Archiwum FOTONOVA/EAST NEWS

Na ławie oskarżonych: pierwszy z lewej Adam Michnik, trzeci Władysław Frasyniuk. Z tyłu Bogdan Lis.

Niemal pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego przywódcy Solidarności, którzy uniknęli aresztowania w grudniową noc 1981 r., powołali podziemną Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ Solidarność reprezentującą największe regiony Polski. W ciągu kolejnych miesięcy i lat Służba Bezpieczeństwa zdołała wielu z nich namierzyć i aresztować. Za kratami znaleźli się m.in. Władysław Hardek, Władysław Frasyniuk, Piotr Bednarz, Józef Pinior, Bogdan Lis, Janusz Pałubicki. Aresztowanych zastępowali kolejni działacze. Członkowie TKK zwalniani z więzień w wyniku kolejnych amnestii z zasady nie wchodzili już ponownie w jej skład, ale mieli oczywiście kontakty z podziemiem – podobnie jak i inni przywódcy „S”, opuszczający obozy internowania – choć się z tym nie afiszowali.

W styczniu 1985 r. Bogdan Lis i Adam Michnik wzięli udział w tajnym posiedzeniu TKK, na którym m.in. zdecydowano o wezwaniu do 15-minutowego strajku protestacyjnego przeciwko planom wprowadzenia podwyżek cen i przedłużenia czasu pracy. Dwaj goście nie podpisali się pod komunikatem z zebrania, gdyż nie byli członkami TKK, ale o ich udziale napisano w prasie podziemnej.

Otwarte przyznanie się Adama Michnika i Bogdana Lisa do kontaktów z podziemiem pod nosem władzy szybko spowodowało jej reakcję. SB wkroczyło 13 lutego do jednego z mieszkań na gdańskiej Zaspie, gdzie właśnie trwało spotkanie solidarnościowych przywódców, które nie było jednak formalnym spotkaniem podziemnych władz „S”. Uczestniczył w nim Lech Wałęsa i inni opozycjoniści, z których żaden się w tym czasie nie ukrywał. Zatrzymano kilkanaście osób, ale ostatecznie aresztowano trzech działaczy zdelegalizowanej w stanie wojennym Solidarności: Bogdana Lisa, Adama Michnika oraz Władysława Frasyniuka.

Ten ostatni nie uczestniczył wprawdzie w styczniowej naradzie TKK, ale jego aktywność w strukturach podziemia drażniła władze. W „Liście otwartym do członków i sympatyków Solidarności”, opublikowanym na łamach podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, otwarcie nawoływał do obywatelskiego nieposłuszeństwa i cierpliwej walki o samorząd pracowniczy, spółdzielczość, samokształcenie, wolne wybory. Rozpisany na lata program był wynikiem pracy szerszego środowiska wrocławskich działaczy Solidarności, ale tekst podpisał Frasyniuk.

W chwili zatrzymania Michnik był na wolności zaledwie pół roku, Frasyniuk nieco ponad dwa miesiące, a Lis jeszcze krócej. Śledztwo przeciwko nim trwało trzy miesiące i zostało uwieńczone opasłym, blisko 600-stronicowym materiałem dowodowym. Zawierał podziemne gazetki, ulotki, transkrypty audycji rozgłośni zachodnich, stenogramy rozmów telefonicznych Lecha Wałęsy, notatki operacyjne funkcjonariuszy SB. Koronnym dowodem oskarżenia była taśma magnetofonowa, na której znajdował się spreparowany, jak wykazała w trakcie procesu obrona, zlepek wypowiedzi Bogdana Lisa z przesłuchań prowadzonych przez esbeków i z podsłuchanych rozmów.

Na takiej podstawie prokuratura postawiła trójce oskarżonych zarzuty: działalność w TKK oraz udział w jej konspiracyjnym posiedzeniu, za które zostało uznane spotkanie na Zaspie. „Omawiano tu plan działania w celu wywołania niepokoju publicznego przez organizowanie wbrew przepisom akcji protestacyjnej pod postacią 15-minutowego strajku”. Jak zauważyła relacjonująca proces w podziemnej prasie Wanda Falkowska, polskie prawo nigdy nie penalizowało uczestnictwa w strajkach – sformułowanie „akcja protestacyjna pod postacią strajku” było więc obchodzeniem prawa. Zarzuty były naciągane, ale akt oskarżenia okazał się zaledwie początkiem nadużyć. W latach stanu wojennego i późniejszych wielomiesięczne areszty za udział w demonstracjach czy posiadanie ulotek oraz wyroki karne o podłożu politycznym były nagminne. Proces w Gdańsku był jednak wyjątkowym nawet na tamte czasy pokazem aroganckiego lekceważenia prawa i procedur sądowych.

Przygotowano go nader starannie. Choć rozprawa była jawna, wybrano niewielką salę sądową, która została zradiofonizowana (podobno sygnał biegł bezpośrednio do gmachu KW PZPR i siedziby Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych). Każdego dnia rozprawy wejście do sądu było obstawione przez milicjantów, którzy legitymowali wchodzących do gmachu. Korytarz prowadzący do sali, gdzie toczyła się rozprawa, odgrodzono i pilnowano, by nikt postronny się nie przedostał. Miejsca siedzące zajmowali w pierwszej kolejności młodzi mężczyźni, można było przypuszczać, że funkcjonariusze SB. Na salę zdołało wejść oprócz nich zaledwie kilku bliskich oskarżonych – rodzice i żona Frasyniuka, matka, brat i siostra Lisa, narzeczona Michnika. Wszyscy oni przed wejściem byli poddawani upokarzającej procedurze przeszukania torebek, obmacywaniu ciała i odzieży. Dwoje z nich nie wytrzymało takiej presji i zrezygnowało z uczestniczenia w kolejnych dniach rozprawy.

Nie wpuszczono na salę rozpraw sześciu obserwatorów zgłoszonych przez obronę (Bronisława Geremka, Zbigniewa Romaszewskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Zbigniewa Herberta, Klemensa Szaniawskiego i ks. prałata Bogdanowicza z Gdańska). Podobnie odmówiono Krystynie Zachwatowicz i Izabelli Jarosińskiej z Prymasowskiego Komitetu Charytatywno-Społecznego, który od początku stanu wojennego pomagał represjonowanym. Do Gdańska jako obserwator procesu przybył specjalizujący się w badaniach praw człowieka prof. Paul Chevigny z Nowego Jorku i też pozostał na zewnątrz. Obecnym w Polsce dziennikarzom zagranicznym władze, ustami rzecznika rządu Jerzego Urbana, już wcześniej zakomunikowały, że nie mają po co jechać do Gdańska, bo nie zostaną wpuszczeni na salę sądową. Zadbały jednak o propagandową oprawę procesu. Codzienne relacje znajdowały się na pierwszych stronach gazet lokalnych i ogólnopolskich.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną