Zanim Giedroyc stworzył „Kulturę”...

Całkiem udana przegrana sprawa
70 lat temu ukazał się pierwszy numer „Kultury” Jerzego Giedroycia. Miał to być tylko dodatek do powstałego wydawnictwa, taki kwiatek do kożucha. Tymczasem pismo okazało się jednym z najważniejszych w historii Polski.
Jerzy Giedroyc
Instytut Literacki w Paryżu

Jerzy Giedroyc

Jerzy Giedroyc i Andrzej Peciak, Maisons-Laffitte, 1995 r.
Czupal/Wikipedia CC BY 4.0

Jerzy Giedroyc i Andrzej Peciak, Maisons-Laffitte, 1995 r.

audio

AudioPolityka Andrzej Brzeziecki - Całkiem udana przegrana sprawa

Najciemniej jest przed świtem. Na przełomie lat 1945–46 Giedroyc mógł czuć, jak wokół zapadają ciemności. Był rozbitkiem z okrętu o nazwie II Rzeczpospolita, jako polski żołnierz na Zachodzie nie był już aliantom do niczego potrzebny, ostatecznie rozpadło się jego małżeństwo, z kraju zaś przyszła wiadomość – rodzice nie przeżyli wojny. Czuł się źle. Do przyjaciółki i współpracowniczki Zofii Hertz pisał, że jest stary i śmieszny. Noce spędzał w fotelu. Bał się nawrotu bezsenności, wręcz utraty zmysłów. Lubił sprawy przegrane, teraz jednak sam czuł się przegrany. „Skończył właśnie czterdzieści lat. Za sobą miał już – jak mu się zdawało – wszystko” – napisał badacz jego biografii Marek Żebrowski.

Przez lata stawiano Giedroycia na cokole, do czego i on, krygując się, przykładał rękę. Gdy wydał autobiografię, Czesław Miłosz napisał, że przemówił pomnik. Dopiero świetna książka Żebrowskiego uczłowiecza postać Redaktora i prostuje fakty, które on sam – świadomie i nie – czasem naginał.

„Kultura” – jeszcze ani paryska, ani miesięcznik – ukazała się w czerwcu 1947 r. w Rzymie. Oznaczała dla Giedroycia przedświt. Była nowym rozdziałem otwieranym w nowej rzeczywistości. A jednak, choć po drugiej wojnie światowej nic nie było jak dawniej, była też kontynuacją świadomie obranej przed laty drogi.

Papierosy, Brzozowski i Żeromski

Jerzy Giedroyc (przed wojną pisał się Giedroyć, zrezygnował z polskiej pisowni na Zachodzie) przyszedł na świat w 1906 r. w Mińsku Litewskim. I choć zawsze przy tej okazji wskazuje się na pradawny, książęcy ród Giedroyciów, to u progu XX w. nie zubożała rodzina ojca, ale rodzina matki liczyła się w Mińsku. Ignacy Giedroyc nie miał majątku, jako farmaceuta nie zarabiał kroci. Jego żona Franciszka de domo Starzycka była zaś córką bogatego krawca.

Syn Ignacego i Franciszki był chorowity, leżąc w łóżku, pochłaniał masy książek, nieraz poważnych. Przemyśleniami na temat lektur lubił się dzielić, a że dość wcześnie zaczął też palić (w wieku 11 lat), mogło to być nawet irytujące: taki stary malutki. Inna rzecz, że czasy sprzyjały wczesnemu dojrzewaniu. Podczas pierwszej wojny światowej, gdy front zbliżał się do Mińska, rodzice posłali Jerzego na nauki do Moskwy. W rewolucyjnym 1917 r. samotnie, śpiąc byle gdzie i kradnąc jedzenie ze straganów, pokonał drogę do Piotrogrodu, a potem do Mińska. Dla Rosji na zawsze zachował sentyment.

Rodzina Giedroyciów trafiła do Warszawy, tu Jerzy podjął naukę w gimnazjum Zamoyskiego. Miał kompleks wobec bogatych kolegów. Początkowo złościł nauczycieli, bezwiednie przechodząc na rosyjski podczas odpowiedzi. Przyjaźnił się z synem Tadeusza Boya-Żeleńskiego Stanisławem, u którego spędzał godziny, czytając książki i popijając likier.

Uczył się średnio. Nie lubił wieszczów, wolał Brzozowskiego i Żeromskiego. W 1920 r. groziło mu powtarzanie klasy z powodu przedmiotów ścisłych. Szczęśliwie dlań pod Warszawę podchodzili bolszewicy i chłopak przysłużył się ojczyźnie jako telegrafista. Opromieniony wojenną chwałą zdał egzaminy poprawkowe bez kłopotu. Na świadectwie maturalnym miał jednak sporo trój. Poszedł na prawo, nie z miłości do paragrafów, lecz z braku konkretnego pomysłu na siebie. I na uniwersytecie do nauki zanadto się nie przykładał – rzucił się w wir działalności w popularnych wówczas korporacjach. Z wykładowców po latach wymieniał z atencją właściwie tylko Leona Petrażyckiego – legalistę.

A kto pan jest?

Poglądy młodego Giedroycia wymykają się łatwej kwalifikacji. Z tolerancyjnego domu, gdzie – jak wspominał – „nie do przyjęcia była idea Polski jednonarodowej i jednowyznaniowej”, wyniósł niechęć do modelu Polaka katolika. Był religijnie obojętnym „względnym antyklerykałem”. Po ojcu miał odziedziczyć żyłkę społecznikowską. Od 1917 r. zafascynowany był Józefem Piłsudskim, a jednak Patria, korporacja studencka, w której działał, miała endecki odcień (później z niej wystąpi). W maju 1926 r. rozdarty między legalizmem a miłością do Piłsudskiego wybrał to pierwsze i poszedł bronić Belwederu – widząc tam jednak totalną degrengoladę obozu rządowego, wrócił do domu jako zdeklarowany piłsudczyk. W 1929 r. skończył prawo, ale żeby uniknąć służby wojskowej, podjął studia historyczne. „Nie przystąpił tam chyba do żadnego egzaminu” – pisze Żebrowski. Epizod ten jednak był o tyle ważny, że chadzał na seminarium prof. Myrona Korduby z historii Ukrainy – był to początek jego zainteresowania Ukrainą, co było przecież jednym z filarów „Kultury”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną