Fakty i mity wokół paktu Ribbentrop-Mołotow

Akcje dyplomacji
Pakt Ribbentrop-Mołotow obrósł w liczne mity i mistyfikacje.
Józef Stalin i Joachim von Ribbentrop, Moskwa, 23 sierpnia 1939 r.
Bundesarchiv/Wikipedia

Józef Stalin i Joachim von Ribbentrop, Moskwa, 23 sierpnia 1939 r.

Francuska karykatura: Hitler i niedźwiedź symbolizujący ZSRR – nieposkromionego towarzysza.
Michael Nicholson/Corbis/Getty Images

Francuska karykatura: Hitler i niedźwiedź symbolizujący ZSRR – nieposkromionego towarzysza.

23 sierpnia 1939 r. jest datą wyjątkowo głęboko osadzoną w polskiej świadomości historycznej i nieustannie przywoływaną – to dzień zawarcia paktu przez Joachima von Ribbentropa i Wiaczesława Mołotowa. A w archiwach wciąż spoczywają dokumenty, których analiza może wzbogacić naszą wiedzę na jego temat. I poważnie nadwątlić narosłe wokół niego mity.

Tych ostatnich jest wiele. Poczesne miejsce zajmuje choćby przekonanie, że zawarte 23 sierpnia porozumienie Berlina i Moskwy było nieprzewidywalne i zaskakujące. Jedynie wąskie grono historyków zdaje sobie sprawę, jak bardzo fałszywe jest to przeświadczenie. I oni jednak z reguły są zgodni: tajne klauzule podpisanych przez Ribbentropa i Mołotowa dokumentów niemal natychmiast poznali dyplomaci amerykańscy, wkrótce także brytyjscy i francuscy. Choć Paryż łączył z Warszawą traktat sojuszniczy, a dojrzewający od kilku miesięcy alians brytyjsko-polski sformalizowany został 25 sierpnia, to zarówno nad Sekwaną, jak i Tamizą nabytą wiedzę zachowano dla siebie – nie dzieląc się nią z partnerem znad Wisły.

Tymczasem informacje o dojrzewającym w stosunkach Niemiec i ZSRR radykalnym zwrocie różnymi drogami docierały do Warszawy i stolic jej zachodnich partnerów już od wiosny. W Warszawie nie robiły większego wrażenia, często uznawane po prostu za inspirowane przez Rzeszę. Na Zachodzie doniesienia owe traktowano z większą powagą – szczególnie w Paryżu, gdzie od kilku lat kiełkowało przeświadczenie, że polityczny interes może skłonić Berlin i Moskwę do wznowienia tradycyjnej współpracy mimo ideologicznych przeciwieństw. Takie oceny wynikały z lepszego dostępu do informacji, przekazywanych w 1939 r. zachodnim dyplomatom m.in. przez Hansa von Herwartha – osobistego sekretarza ambasadora Rzeszy w Moskwie Friedricha von Schulenburga. Najpóźniej w lipcu w analizowanych nad Sekwaną raportach pojawiły się rozważania na temat potencjalnie dramatycznych dla Polski konsekwencji porozumienia dyktatorów. „Pozwolę sobie dodać – kończył swój datowany 13 lipca 1939 r. wywód na temat konieczności wojskowej współpracy Paryża i Moskwy oraz polskiej dla niej aprobaty francuski attaché wojskowy gen. Auguste Antoine Palasse – że wciąż uważam za możliwe, iż […] zobaczymy ZSRR izolujący się w dążeniu do neutralności, aby przejść następnie do porozumienia z Niemcami na bazie rozbioru Polski i państw bałtyckich”.

Warszawa poddawana była naciskom, aby w razie agresji Rzeszy przyjąć radziecką pomoc militarną. Gwałtowny opór stawiali zarówno szef polskiej dyplomacji Józef Beck, jak i wojskowi. Strona polska obawiała się, iż wojska radzieckie nie wycofają się po ewentualnym odparciu agresora. Polityczno-wojskowe elity mocarstw zachodnich obawiały się z kolei, że izolowany we wschodniej części kontynentu partner znad Wisły nie przetrwa niemieckiego uderzenia bez radzieckiej pomocy.

Docierające na Zachód sygnały o postępach zbliżenia Berlina i Moskwy wzmacniały to stanowisko, uzupełniając je o wyjątkowo groźną alternatywę. Już 16 sierpnia zastępcy szefów sztabów generalnych brytyjskich sił zbrojnych oceniali: „Jest całkowicie jasne, że bez wczesnej i skutecznej pomocy rosyjskiej Polacy nie mogą mieć nadziei na powstrzymanie niemieckich ataków na lądzie i w powietrzu dłużej niż przez ograniczony czas. […] Jeśli Rosjanie mają współpracować w powstrzymaniu niemieckiej agresji […] efektywnie mogą to uczynić jedynie z terytorium Polski i Rumunii”. W razie braku takiej pomocy – stwierdzano w cytowanym dokumencie – Polska i Rumunia utracą niepodległość, zaś nadzieje na jej odzyskanie mieć będą jedynie po długotrwałej wojnie. Nawet i wtedy – dodawali proroczo Brytyjczycy – niekoniecznie „w formie przypominającej pierwotną” (in anything like their original form). Wymienionym państwom sytuację należy więc wyjaśnić „z absolutną szczerością”, posuwając się do zawoalowanej groźby, że „jest nierozumne z ich strony oczekiwać od nas ślepego wywiązywania się z danych im gwarancji, jeśli oni w tym samym czasie nie współpracują w działaniach podjętych dla wspólnego pożytku”. Jeśli prowadzone w Moskwie trójstronne negocjacje zakończą się fiaskiem – konsekwencją będzie zapewne współpraca Berlina i Moskwy, a nowi partnerzy przystąpić mogą do „nowego podziału państw Europy Wschodniej”.

21 sierpnia wpływowy szef dyrekcji planowania londyńskiego ministerstwa lotnictwa płk John Slessor, z pasją komentując polskie non possumus, proponował uciec się wobec Warszawy do argumentów ostatecznych. „My oraz Francuzi – pisał – powinniśmy powiedzieć teraz Polsce szczerze, że jest przyparta do muru i musi odbierać od nas rozkazy co do tego, jak [zachodnie] obietnice pomocy mają być urzeczywistniane. Bez nas oraz Francuzów nie ma ona nadziei uniknięcia losu Czechosłowacji i stąd nie może dłużej zachowywać się, jakby myślała, że jest […] mocarstwem zdolnym do stanowienia o sobie”.

Co na to Francuzi? „Biorąc pod uwagę trudności, jakie napotykają negocjacje anglo-francusko-rosyjskie, nie byłbym zdziwiony, jeśli gra Niemiec i Włoch polegałaby teraz na złożeniu Moskwie ofert zmian terytorialnych” – donosił 21 sierpnia francuski ambasador w Moskwie Paul-Émile Naggiar. I precyzował: „Te ostatnie […] szłyby w kierunku podziału Polski i Rumunii oraz rozciągnięcia kontroli sowieckiej nad niektórymi częściami państw bałtyckich”. Dwa dni później, 23 sierpnia, gen. Palasse ponownie informował Paryż, że „tajne porozumienie niemiecko-radzieckie może zostać wkrótce osiągnięte na bazie podziału Polski i państw bałtyckich”.

Podobne informacje trafiły do Warszawy. Rezydujący nad Tamizą ambasador Edward Raczyński przekazywał 22 sierpnia, powołując się na źródło „nieoficjalne, ale dosyć poważne”, że dojrzewający właśnie niemiecko-radziecki pakt o nieagresji skrywa obustronne zobowiązanie do powstrzymania się od ingerencji w sprawy wewnętrzne partnera oraz decyzję, że „Łotwa, Estonia i Finlandia wchodzą w strefę interesów sowieckich”. Kto stał za przekazanym w ten sposób ostrzeżeniem, rozstrzygnąć nie sposób. Trudno jednak utrzymywać, że w tych gorących sierpniowych dniach polska dyplomacja całkowicie pozbawiona była dostępu do najistotniejszych informacji.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną