Jak dbano o zdrowie i higienę na polskiej powojennej wsi

Robota dla Judyma
Rozmowa z historyczką dr Eweliną Szpak o powojennej wsi polskiej i ówczesnym chłopskim podejściu do zdrowia i higieny.
Polska wieś w latach 60.
Jerzy Makowski/Forum

Polska wieś w latach 60.

Lekarz wiejski Marian Bobrowski podczas przyjęć pacjentów, Machocice, 1973 r.
Anna Musiałówna/Forum

Lekarz wiejski Marian Bobrowski podczas przyjęć pacjentów, Machocice, 1973 r.

Dr Ewelina Szpak – absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego
materiały prasowe

Dr Ewelina Szpak – absolwentka Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego

Joanna Podgórska: – W miastach wierzono w mit zdrowego wiejskiego życia. Z pani badań wynika, że życie na wsi groziło śmiercią lub kalectwem; zwłaszcza zaraz po wojnie.
Dr Ewelina Szpak: – To był specyficzny czas i także w miastach życie było niebezpieczne, bo zniszczenia wszędzie były ogromne. Skala chorób zakaźnych, epidemii czy problemów z aprowizacją w miastach mogła być nawet większa. Sytuacja na wsiach była o tyle trudniejsza, że wiązała się z wcześniejszym okresem przedwojennego zacofania i biedy. Panujące tam podejście do zdrowia i higieny jeszcze pogarszało stan rzeczy. Komunikat Ministerstwa Zdrowia z 1957 r. głosił: „Toniemy w brudach”, i dotyczył całej Polski. W miastach warunki sanitarne zaczęły się znacznie poprawiać w latach 60. W 1970 r. 74 proc. miejskich mieszkań było podłączonych do wodociągów. Na wsi – tylko 10 proc. Połowa ludzi w miastach miała łazienki i spłukiwane WC. Na wsiach dziesięć razy mniej. Wieś zelektryfikowano i na tym się kończyło. Higienizacja wsi, zapoczątkowana pod koniec lat 50., zaczęła przynosić efekty 20 lat później. To się wiązało także ze zmianą pokoleniową.

Czy w latach 50. ochrona zdrowia na wsiach nie była sprawą propagandowo-polityczną?
Bezpłatna opieka medyczna to była część walki o socjalistyczną wieś. W propagandzie podkreślano, że należy się ona najpierw gospodarstwom uspółdzielczonym i PGR. Miała to być zachęta do kolektywizacji. Ale tak naprawdę, gdy wczytamy się w źródła, problem wynikał z kwestii finansowych. Zaraz po wojnie państwa nie było stać na objęcie opieką zdrowotną wszystkich mieszkańców wsi. Wtedy to było 70 proc. społeczeństwa.

Opisuje pani pociąg z wagonami dentystycznym, internistycznym i rentgenem, który jeździł po wsiach na 60. urodziny Bolesława Bieruta, w 1952 r. Czysta pokazówka?
I tak, i nie. Po wsiach jeździły także ambulanse dentystyczne, rentgenowskie. Organizowano letnie obozy naukowe dla studentów medycyny, które docierały na wieś. Z jednej strony miały krzewić oświatę sanitarną i higieniczną. Z drugiej – były sposobem zbierania informacji o zdrowiu na wsi, które w pierwszej połowie lat 50. było całkowicie poza kontrolą. Gdy ktoś umierał, zgon stwierdzał tzw. oglądacz zwłok, którym mógł w zasadzie zostać każdy. Dopiero później na wsiach pojawili się felczerzy.

Czy te akcje nie budziły w chłopach niechęci i oporu?
Budziły. Po pierwsze w II RP wieś była przyzwyczajona do płacenia składek na tzw. chorą kasę i żyła w przekonaniu, że za leczenie należy się zapłata; bezpłatne znaczy gorsze. Ośrodki zdrowia, izby porodowe, punkty apteczne też budziły nieufność, tak samo jak lekarze, którzy leczyli za darmo. Gdy w 1972 r. reforma objęła opieką zdrowotną wszystkich mieszkańców wsi, zdarzały się przypadki, że ludzie przychodzili do doktora i martwili się, z czego on będzie żył, skoro mu nie zapłacą. Z drugiej strony, zwłaszcza starsi, obawiali się przychodzić na wizyty, bo byli przekonani, że to się wiąże z jakimiś spisami, kontrolami czy przymusowym leczeniem z alkoholizmu.

Swoją drogą we wcześniejszych latach to musiała być robota dla doktora Judyma. Brakowało wszystkiego – od sprzętu i leków poczynając, na transporcie i wodzie pitnej kończąc.
W wielu przypadkach to byli społecznicy. Z moich rozmów z lekarzami, którzy w latach 50. tworzyli od podstaw służbę zdrowia na wsiach, wyłania się obraz ludzi autentycznie zaangażowanych, działających z głęboką wiarą w dobro wspólne. Ich ideowość jest dziś wzruszająca. Ta praca wiązała się z olbrzymimi kosztami i wyrzeczeniami. Ci lekarze mieli świadomość, że tracą możliwość rozwoju zawodowego i kariery. Z drugiej strony lekarze, którzy zdecydowali się zostać na wsi i zyskali zaufanie społeczności, stawali się lokalnymi autorytetami.

Trudno było nakłonić wieś do szczepienia dzieci?
Tak. Matki początkowo uznały, że to zawracanie głowy, skoro dzieciaki zdrowe. Szczepienia są przykładem bardzo wyrazistym, bo na wsiach był w ogóle duży opór przed tym, co przymusowe, a w 1955 r. wprowadzono obowiązkowy kalendarz szczepień. Gdy na wsiach pojawiły się izby porodowe, wiele szczepień robiono automatycznie, bez zgody rodziców. Wcześniej zwłaszcza szczepionka BCG wywoływała protesty, bo miała dość poważne skutki uboczne. Punktem krytycznym stały się szczepionki na polio, czyli chorobę Heinego-Medina. Wtedy coś się zmieniło.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną