Tajemnice zbiorów Archiwum Emanuela Ringelbluma

Archiwum śmierci
Butelka wyrzucona z tonącego okrętu – tak historycy określają Archiwum Emanuela Ringelbluma.
Getto warszawskie wiosną 1941 r. Transport mężczyzn do obozu pracy.
Galerie Bilderwelt/Getty Images

Getto warszawskie wiosną 1941 r. Transport mężczyzn do obozu pracy.

Jeden z wielu dokumentów z Archiwum Ringelbluma: Specyfikacja wydanych weksli.
ŻIH

Jeden z wielu dokumentów z Archiwum Ringelbluma: Specyfikacja wydanych weksli.

Emanuel Ringelblum 1900–44.
ŻIH

Emanuel Ringelblum 1900–44.

Abraham Lewin 1893–1943.
ŻIH

Abraham Lewin 1893–1943.

Wezwanie z 1942 r. do stawienia się w Warszawie na ulicy Stawki w związku z obowiązkiem przesiedlenia.
ŻIH

Wezwanie z 1942 r. do stawienia się w Warszawie na ulicy Stawki w związku z obowiązkiem przesiedlenia.

Okładka żydowskiej kenkarty.
Forum

Okładka żydowskiej kenkarty.

Banknot o nominale 5 marek wprowadzony na terenie getta łódzkiego. Poza nim nie miał żadnej wartości.
ŻIH

Banknot o nominale 5 marek wprowadzony na terenie getta łódzkiego. Poza nim nie miał żadnej wartości.

Rachela Auerbach i Hersz Wasser po odnalezieniu pierwszej części Archiwum Ringelbluma w 1946 r.
Forum

Rachela Auerbach i Hersz Wasser po odnalezieniu pierwszej części Archiwum Ringelbluma w 1946 r.

Skrzynki, w których przechowano dokumenty.
Forum

Skrzynki, w których przechowano dokumenty.

Jedna z dwóch baniek na mleko, w których schowano drugą część Archiwum, odnaleziona w 1950 r.
ŻIH

Jedna z dwóch baniek na mleko, w których schowano drugą część Archiwum, odnaleziona w 1950 r.

Dodatek powstał we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym im. Emanuela Ringelbluma.

***

Zamknięta w getcie warszawskim w czasie drugiej wojny światowej inteligencja żydowska podjęła taką działalność naukową, jaka była jej dostępna – badanie i dokumentowanie życia odciętego od świata miejsca. Żydowscy lekarze, którzy nie byli już w stanie pomagać umierającym pacjentom, zajęli się badaniami nad chorobą głodową. A Emanuel Ringelblum, historyk, działacz społeczny i publicysta, powołał zespół złożony z ekonomistów, pedagogów, prawników, znawców folkloru, kultury i literatury, by archiwizował i opracowywał wszelkie ślady z życia zamkniętego miasta. Spotkali się w październiku 1940 r. w mieszkaniu Ringelbluma. Przyjęli nazwę Oneg Szabat (hebr. Radość Soboty), bo właśnie w soboty odbywały się ich konspiracyjne spotkania; w budynku, w którym dziś mieści się siedziba Żydowskiego Instytutu Historycznego – wówczas na samym obrzeżu getta przy ul. Tłomackie 3/5.

Opór intelektualny

W pewnym sensie Emanuel Ringelblum zajął się tym, czym zajmował się niemal od zawsze – dokumentowaniem dziejów Żydów jako części polskiej historii. Gdy odmówiono mu przyjęcia na medycynę z powodu numerus clausus, ukończył Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie przeszedł solidną szkołę badań mediewistycznych. Jego rozprawa doktorska miała tytuł: „Żydzi w Warszawie. Od czasów najdawniejszych do ostatniego wygnania w r. 1527”.

Jak napisał socjolog i dyrektor ŻIH Paweł Śpiewak w eseju „Śmierć ma wiele imion” – dla członków Oneg Szabat ta praca była rodzajem oporu, ale innym niż walka zbrojna. To było nieposłuszeństwo intelektualne. „Ringelblum chciał powiedzieć, że opór daje poczucie sensu, bo wyrywa ich z życia na co dzień, życia, które sprowadzało się do troski o przeżycie. W tej aktywności ludzie wykraczali poza siebie. Brali cząstkę odpowiedzialności za swoją wspólnotę i tym samym za jej przyszłość”.

Gromadzono wszystko, co się dało: druki urzędowe, prasę konspiracyjną, ulotki, utwory literackie, pamiętniki, rysunki, fotografie, listy przychodzące do getta, kartki żywnościowe i tramwajowe, recepty lekarskie, zaproszenia na spektakle, druki reklamowe, opakowania po produkowanych w getcie towarach, zeszyty tajnego nauczania, przepustki, pocztówki, a nawet papierki po cukierkach. Z inspiracji pracowników Archiwum rozpisywano ankiety i kwestionariusze we wszystkich środowiskach getta. Między innymi wśród dzieci z sierocińców, placówek opiekuńczych i z tajnych kompletów.

Wspomnienia dzieci

„Grodno to nieduże miasto, domy są o wiele niższe niż w Warszawie” – zaczął swoją wypowiedź Józio Kantorowicz w ankiecie „Jakie zmiany zaszły u mnie podczas wojny?”. Większą część wspomnień poświęcił opisowi szczęśliwych przedwojennych dni; letnich i słonecznych: „Postanowiliśmy pójść nad Niemen łowić ryby, wsiedliśmy do kajaku i pojechaliśmy daleko za miasto, potem wykąpaliśmy się i wróciliśmy do domu”. Zaraz po wybuchu wojny ojciec Józia dostał się do niewoli: „Żyliśmy, dopóki był kapitał (…) potem mamusia wystarała się o półinternat”. To jedno z niewielu wspomnień nienaznaczonych śmiercią. Dla Dymlechta Beła pierwszy dzień wojny to bomba, która spadła na podwórko i połamała wózek tragarski jego ojca. Nie mógł więcej pracować. Potem pracę stracił brat Dymlechta: „Ojciec nie mógł wytrzymać, więc spuchł, leżał w łóżku dwa tygodnie i umarł. Wtedy był smutek w domu. Wszyscy leżeliśmy w łóżu, brat mój wkrótce też umarł”.

Nędza, głód, śmierć z wyczerpania – to pierwsza twarz wojny, którą opisywały dzieci. Cyrla Zajfer tułała się z rodzicami gnana przez Niemców to tu, to tam. Jej ojciec, matka i siostra zmarli z wycieńczenia. Cyrla została sama, ale w internacie dostawała cztery posiłki dziennie. Fela Brzezińska też wspominała cztery internatowe posiłki. Były bardzo ważne, nawet wtedy, kiedy śmierć zabierała wszystkich bliskich.

Ojciec Beńka Fredlera był lekarzem, mama handlarką, a bracia prowadzili zakład fryzjerski. Stać ich było na wyjazdy „na letnisko”. Podczas wojny ojca zabił tyfus, a braci głód podczas kwarantanny. Benek nie napisał, jak potoczyła się historia jego matki.

Podopieczni internatu wydawali gazetkę „Głos Domu Chłopców”. „Młodsi marzną, kurczą się, nudzą, rzucają na jedzenie, czatują na skórki od buraków, brukwi, które starsi wyrzucili na podłogę” – pisał nastoletni J. Denda i dodawał: „Ja tylko sobie patrzę i rozmyślam (…) kwestionuję naszą koleżeńskość, którą tak się kiedyś szczyciliśmy”. Dawny świat się psuje. Chłopcy pozostawieni sami sobie budują „klasowe” hierarchie. Między tymi, którzy mają jakiekolwiek środki, a biednymi tworzy się przepaść.

Od nadziei na przetrwanie…

Gdy grupa Oneg Szabat zaczynała pracę, w języku nie było jeszcze takich słów, jak Holocaust, Shoa, Zagłada; nie w tym znaczeniu, w jakim używamy ich dzisiaj. Ringelblum i jego współpracownicy wiedzieli, że przyszły dla Żydów – nie pierwszy i nie ostatni raz – paskudne czasy. „Nikt jednak nie mógł się spodziewać, że nadeszły czasy ostateczne. Żydzi ginęli, cierpieli, bali się, znikali wywożeni w nieznanym kierunku, ale wciąż nie było jasne, do czego to wszystko ma prowadzić. Jak to się skończy. Idea stworzenia archiwum z myślą o przyszłych historykach była całkiem naturalna. Byłoby wręcz dziwne, gdyby nikt się tym nie zajął – pisze Krzysztof Środa, historyk filozofii. – W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierwszym, getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się za chwilę skończyć. Nic dziwnego. Trudno było przecież sobie wyobrazić, że tak już będzie zawsze. Jeszcze trudniej – że będzie dużo gorzej”.

Emanuel Ringelblum i jego współpracownicy, a było ich kilkudziesięciu, mieli prawo wierzyć, że po wojnie stworzą z zebranych materiałów wielką syntezę historii Żydów polskich w czasie okupacji. Na początku nie wiedzieli przecież, że gromadzą archiwum Zagłady. Nie znali niemieckich zamierzeń i planów. Nie mieli świadomości, że decyzja o ostatecznej eksterminacji już zapadła. Pierwsze dokumenty z Archiwum Ringelbluma dobrze to pokazują. Getto, mimo wszystko, i na ile to możliwe, próbowało żyć normalnie. A grupa Oneg Szabat starannie to życie dokumentowała. Pisała opracowania, gromadziła statystyki, przeprowadzała ankiety, archiwizowała programy społeczne, kulturalne, edukacyjne, charytatywne, nawet polityczne. Wszystko poprzedzone dyskusją, obliczone, zwieńczone korektą i pieczołowicie przepisane – zgodnie z regułami sztuki, jakie obowiązywały w przedwojennych szkołach etnografii czy socjologii. „Objawem nieludzkiego braku wrażliwości byłoby twierdzenie, że takie analizy powstały w jasnej świadomości nadchodzącego końca” – pisze Piotr Cywiński w eseju „Instynkt przeszłości”.

Do końca złudzeń

„Śmierć dobiera się do nas od zewnątrz i od wewnątrz” – zapisała w kwietniu 1942 r. Rachela Auerbach. Członkowie Oneg Szabat jako pierwsi zostali pozbawieni złudzeń. Mieli przecież najlepszy dostęp do informacji dzięki swoim ludziom w Judenracie, który na zlecenie Niemców opracowywał gettowe statystyki. Stawało się jasne, że są to statystyki śmierci. Najpierw były to rejestry wymierania z głodu, od epidemii i terroru. Oni nie tylko widzieli na ulicach dogorywających ludzi i obdarte trupy. Oni znali liczby. Abraham Lewin, bliski współpracownik Ringelbluma, w swoim „Dzienniku” skrupulatnie, z dnia na dzień, odnotowywał gettowe śmierci: 12 maja 1942 r. żydowska kobieta zastrzelona na Krochmalnej podczas próby szmuglu, kierownik kuchni ludowej Szklara zabity przy Nowolipkach 54, inny Żyd zastrzelony na Zamenhoffa przy poczcie. 15 maja o ósmej wieczorem przy wejściu do getta na Gęsiej róg Okopowej zastrzelony ojciec szóstki dzieci. 18 maja handlarka cukierkami z Leszna. 20 maja 17-letnia dziewczyna wprowadzona do bramy przy Pawiej i zabita strzałami w tył głowy. Z ankiet „w sprawie spożycia”, z kolumn suchych cyfr rosnących w zastraszającym tempie procentów głodowych śmierci, z odsetków śmiertelności nietrudno było odczytać grozę żydowskiego położenia. To była systematyczna eksterminacja.

„Jesteśmy w Częstochowie na stacji. Jedziemy podobno do obozu pracy do Tarnowskich Gór lub Oświęcimia. Czuję się bardzo samotny” – ta kartka wyrzucona z transportu jak dziesiątki, setki podobnych trafiła do Archiwum Ringelbluma. Jesienią 1941 r. dotarły do warszawskiego getta pierwsze szczegółowe wiadomości o masakrach Żydów na wschodnich terenach Polski. Na początku 1942 r. zaczęły napływać listy pożegnalne z Kraju Warty: „Zabrano wszystkich bez wyjątku Żydów z Koła. Wywieziono ich autami nie wiadomo gdzie. Potem to samo było w Dąbiu, Kłodawie, Izbicy i innych miasteczkach powiatu” – napisał do warszawskich krewnych rabin Jakub Szulman z Grabowa. Listy to jedna z najbardziej wstrząsających części Archiwum Ringelbluma – niepoddane naukowej obróbce głosy zwykłych ludzi, przerażonych, zaszczutych, którzy jakby do końca nie potrafili uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę i żywili jeszcze szczątki nadziei. Choć są to pisane na gorąco relacje ofiar, nie ma w tych listach opisów przemocy, zbrodni, masakr. Jednym z niewielu wyjątków jest list niezidentyfikowanego Żyda, który jednego dnia stracił niespełna rocznego synka, żonę i rodziców. „Żyjemy – nie wiadomo po co i dla kogo – pisał w liście do przyjaciela. – Oddaliśmy cztery najukochańsze dla nas istoty. Jak okropna była ich śmierć. Razem z 2000 naszych braci i sióstr. We wspólnym grobie. Takiej szechity [hebr. ubój, rzeź] nigdzie i nigdy nie było. Nie szczędzili brzemiennych kobiet, drobnych dzieci i starców. Krew lała się strumieniem”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj