Historia

Archiwum śmierci

Tajemnice zbiorów Archiwum Emanuela Ringelbluma

Getto warszawskie wiosną 1941 r. Transport mężczyzn do obozu pracy. Getto warszawskie wiosną 1941 r. Transport mężczyzn do obozu pracy. Galerie Bilderwelt / Getty Images
Butelka wyrzucona z tonącego okrętu – tak historycy określają Archiwum Emanuela Ringelbluma.
Jeden z wielu dokumentów z Archiwum Ringelbluma: Specyfikacja wydanych weksli.ŻIH Jeden z wielu dokumentów z Archiwum Ringelbluma: Specyfikacja wydanych weksli.
Emanuel Ringelblum 1900–44.ŻIH Emanuel Ringelblum 1900–44.
Abraham Lewin 1893–1943.ŻIH Abraham Lewin 1893–1943.
Wezwanie z 1942 r. do stawienia się w Warszawie na ulicy Stawki w związku z obowiązkiem przesiedlenia.ŻIH Wezwanie z 1942 r. do stawienia się w Warszawie na ulicy Stawki w związku z obowiązkiem przesiedlenia.
Okładka żydowskiej kenkarty.Forum Okładka żydowskiej kenkarty.
Banknot o nominale 5 marek wprowadzony na terenie getta łódzkiego. Poza nim nie miał żadnej wartości.ŻIH Banknot o nominale 5 marek wprowadzony na terenie getta łódzkiego. Poza nim nie miał żadnej wartości.
Rachela Auerbach i Hersz Wasser po odnalezieniu pierwszej części Archiwum Ringelbluma w 1946 r.Forum Rachela Auerbach i Hersz Wasser po odnalezieniu pierwszej części Archiwum Ringelbluma w 1946 r.
Skrzynki, w których przechowano dokumenty.Forum Skrzynki, w których przechowano dokumenty.
Jedna z dwóch baniek na mleko, w których schowano drugą część Archiwum, odnaleziona w 1950 r.ŻIH Jedna z dwóch baniek na mleko, w których schowano drugą część Archiwum, odnaleziona w 1950 r.

Dodatek powstał we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym im. Emanuela Ringelbluma.

***

Zamknięta w getcie warszawskim w czasie drugiej wojny światowej inteligencja żydowska podjęła taką działalność naukową, jaka była jej dostępna – badanie i dokumentowanie życia odciętego od świata miejsca. Żydowscy lekarze, którzy nie byli już w stanie pomagać umierającym pacjentom, zajęli się badaniami nad chorobą głodową. A Emanuel Ringelblum, historyk, działacz społeczny i publicysta, powołał zespół złożony z ekonomistów, pedagogów, prawników, znawców folkloru, kultury i literatury, by archiwizował i opracowywał wszelkie ślady z życia zamkniętego miasta. Spotkali się w październiku 1940 r. w mieszkaniu Ringelbluma. Przyjęli nazwę Oneg Szabat (hebr. Radość Soboty), bo właśnie w soboty odbywały się ich konspiracyjne spotkania; w budynku, w którym dziś mieści się siedziba Żydowskiego Instytutu Historycznego – wówczas na samym obrzeżu getta przy ul. Tłomackie 3/5.

Opór intelektualny

W pewnym sensie Emanuel Ringelblum zajął się tym, czym zajmował się niemal od zawsze – dokumentowaniem dziejów Żydów jako części polskiej historii. Gdy odmówiono mu przyjęcia na medycynę z powodu numerus clausus, ukończył Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie przeszedł solidną szkołę badań mediewistycznych. Jego rozprawa doktorska miała tytuł: „Żydzi w Warszawie. Od czasów najdawniejszych do ostatniego wygnania w r. 1527”.

Jak napisał socjolog i dyrektor ŻIH Paweł Śpiewak w eseju „Śmierć ma wiele imion” – dla członków Oneg Szabat ta praca była rodzajem oporu, ale innym niż walka zbrojna. To było nieposłuszeństwo intelektualne. „Ringelblum chciał powiedzieć, że opór daje poczucie sensu, bo wyrywa ich z życia na co dzień, życia, które sprowadzało się do troski o przeżycie. W tej aktywności ludzie wykraczali poza siebie. Brali cząstkę odpowiedzialności za swoją wspólnotę i tym samym za jej przyszłość”.

Gromadzono wszystko, co się dało: druki urzędowe, prasę konspiracyjną, ulotki, utwory literackie, pamiętniki, rysunki, fotografie, listy przychodzące do getta, kartki żywnościowe i tramwajowe, recepty lekarskie, zaproszenia na spektakle, druki reklamowe, opakowania po produkowanych w getcie towarach, zeszyty tajnego nauczania, przepustki, pocztówki, a nawet papierki po cukierkach. Z inspiracji pracowników Archiwum rozpisywano ankiety i kwestionariusze we wszystkich środowiskach getta. Między innymi wśród dzieci z sierocińców, placówek opiekuńczych i z tajnych kompletów.

Wspomnienia dzieci

„Grodno to nieduże miasto, domy są o wiele niższe niż w Warszawie” – zaczął swoją wypowiedź Józio Kantorowicz w ankiecie „Jakie zmiany zaszły u mnie podczas wojny?”. Większą część wspomnień poświęcił opisowi szczęśliwych przedwojennych dni; letnich i słonecznych: „Postanowiliśmy pójść nad Niemen łowić ryby, wsiedliśmy do kajaku i pojechaliśmy daleko za miasto, potem wykąpaliśmy się i wróciliśmy do domu”. Zaraz po wybuchu wojny ojciec Józia dostał się do niewoli: „Żyliśmy, dopóki był kapitał (…) potem mamusia wystarała się o półinternat”. To jedno z niewielu wspomnień nienaznaczonych śmiercią. Dla Dymlechta Beła pierwszy dzień wojny to bomba, która spadła na podwórko i połamała wózek tragarski jego ojca. Nie mógł więcej pracować. Potem pracę stracił brat Dymlechta: „Ojciec nie mógł wytrzymać, więc spuchł, leżał w łóżku dwa tygodnie i umarł. Wtedy był smutek w domu. Wszyscy leżeliśmy w łóżu, brat mój wkrótce też umarł”.

Nędza, głód, śmierć z wyczerpania – to pierwsza twarz wojny, którą opisywały dzieci. Cyrla Zajfer tułała się z rodzicami gnana przez Niemców to tu, to tam. Jej ojciec, matka i siostra zmarli z wycieńczenia. Cyrla została sama, ale w internacie dostawała cztery posiłki dziennie. Fela Brzezińska też wspominała cztery internatowe posiłki. Były bardzo ważne, nawet wtedy, kiedy śmierć zabierała wszystkich bliskich.

Ojciec Beńka Fredlera był lekarzem, mama handlarką, a bracia prowadzili zakład fryzjerski. Stać ich było na wyjazdy „na letnisko”. Podczas wojny ojca zabił tyfus, a braci głód podczas kwarantanny. Benek nie napisał, jak potoczyła się historia jego matki.

Podopieczni internatu wydawali gazetkę „Głos Domu Chłopców”. „Młodsi marzną, kurczą się, nudzą, rzucają na jedzenie, czatują na skórki od buraków, brukwi, które starsi wyrzucili na podłogę” – pisał nastoletni J. Denda i dodawał: „Ja tylko sobie patrzę i rozmyślam (…) kwestionuję naszą koleżeńskość, którą tak się kiedyś szczyciliśmy”. Dawny świat się psuje. Chłopcy pozostawieni sami sobie budują „klasowe” hierarchie. Między tymi, którzy mają jakiekolwiek środki, a biednymi tworzy się przepaść.

Od nadziei na przetrwanie…

Gdy grupa Oneg Szabat zaczynała pracę, w języku nie było jeszcze takich słów, jak Holocaust, Shoa, Zagłada; nie w tym znaczeniu, w jakim używamy ich dzisiaj. Ringelblum i jego współpracownicy wiedzieli, że przyszły dla Żydów – nie pierwszy i nie ostatni raz – paskudne czasy. „Nikt jednak nie mógł się spodziewać, że nadeszły czasy ostateczne. Żydzi ginęli, cierpieli, bali się, znikali wywożeni w nieznanym kierunku, ale wciąż nie było jasne, do czego to wszystko ma prowadzić. Jak to się skończy. Idea stworzenia archiwum z myślą o przyszłych historykach była całkiem naturalna. Byłoby wręcz dziwne, gdyby nikt się tym nie zajął – pisze Krzysztof Środa, historyk filozofii. – W roku czterdziestym, jeszcze w czterdziestym pierwszym, getto żyło tak, jakby ten koszmar miał się za chwilę skończyć. Nic dziwnego. Trudno było przecież sobie wyobrazić, że tak już będzie zawsze. Jeszcze trudniej – że będzie dużo gorzej”.

Emanuel Ringelblum i jego współpracownicy, a było ich kilkudziesięciu, mieli prawo wierzyć, że po wojnie stworzą z zebranych materiałów wielką syntezę historii Żydów polskich w czasie okupacji. Na początku nie wiedzieli przecież, że gromadzą archiwum Zagłady. Nie znali niemieckich zamierzeń i planów. Nie mieli świadomości, że decyzja o ostatecznej eksterminacji już zapadła. Pierwsze dokumenty z Archiwum Ringelbluma dobrze to pokazują. Getto, mimo wszystko, i na ile to możliwe, próbowało żyć normalnie. A grupa Oneg Szabat starannie to życie dokumentowała. Pisała opracowania, gromadziła statystyki, przeprowadzała ankiety, archiwizowała programy społeczne, kulturalne, edukacyjne, charytatywne, nawet polityczne. Wszystko poprzedzone dyskusją, obliczone, zwieńczone korektą i pieczołowicie przepisane – zgodnie z regułami sztuki, jakie obowiązywały w przedwojennych szkołach etnografii czy socjologii. „Objawem nieludzkiego braku wrażliwości byłoby twierdzenie, że takie analizy powstały w jasnej świadomości nadchodzącego końca” – pisze Piotr Cywiński w eseju „Instynkt przeszłości”.

Do końca złudzeń

„Śmierć dobiera się do nas od zewnątrz i od wewnątrz” – zapisała w kwietniu 1942 r. Rachela Auerbach. Członkowie Oneg Szabat jako pierwsi zostali pozbawieni złudzeń. Mieli przecież najlepszy dostęp do informacji dzięki swoim ludziom w Judenracie, który na zlecenie Niemców opracowywał gettowe statystyki. Stawało się jasne, że są to statystyki śmierci. Najpierw były to rejestry wymierania z głodu, od epidemii i terroru. Oni nie tylko widzieli na ulicach dogorywających ludzi i obdarte trupy. Oni znali liczby. Abraham Lewin, bliski współpracownik Ringelbluma, w swoim „Dzienniku” skrupulatnie, z dnia na dzień, odnotowywał gettowe śmierci: 12 maja 1942 r. żydowska kobieta zastrzelona na Krochmalnej podczas próby szmuglu, kierownik kuchni ludowej Szklara zabity przy Nowolipkach 54, inny Żyd zastrzelony na Zamenhoffa przy poczcie. 15 maja o ósmej wieczorem przy wejściu do getta na Gęsiej róg Okopowej zastrzelony ojciec szóstki dzieci. 18 maja handlarka cukierkami z Leszna. 20 maja 17-letnia dziewczyna wprowadzona do bramy przy Pawiej i zabita strzałami w tył głowy. Z ankiet „w sprawie spożycia”, z kolumn suchych cyfr rosnących w zastraszającym tempie procentów głodowych śmierci, z odsetków śmiertelności nietrudno było odczytać grozę żydowskiego położenia. To była systematyczna eksterminacja.

„Jesteśmy w Częstochowie na stacji. Jedziemy podobno do obozu pracy do Tarnowskich Gór lub Oświęcimia. Czuję się bardzo samotny” – ta kartka wyrzucona z transportu jak dziesiątki, setki podobnych trafiła do Archiwum Ringelbluma. Jesienią 1941 r. dotarły do warszawskiego getta pierwsze szczegółowe wiadomości o masakrach Żydów na wschodnich terenach Polski. Na początku 1942 r. zaczęły napływać listy pożegnalne z Kraju Warty: „Zabrano wszystkich bez wyjątku Żydów z Koła. Wywieziono ich autami nie wiadomo gdzie. Potem to samo było w Dąbiu, Kłodawie, Izbicy i innych miasteczkach powiatu” – napisał do warszawskich krewnych rabin Jakub Szulman z Grabowa. Listy to jedna z najbardziej wstrząsających części Archiwum Ringelbluma – niepoddane naukowej obróbce głosy zwykłych ludzi, przerażonych, zaszczutych, którzy jakby do końca nie potrafili uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę i żywili jeszcze szczątki nadziei. Choć są to pisane na gorąco relacje ofiar, nie ma w tych listach opisów przemocy, zbrodni, masakr. Jednym z niewielu wyjątków jest list niezidentyfikowanego Żyda, który jednego dnia stracił niespełna rocznego synka, żonę i rodziców. „Żyjemy – nie wiadomo po co i dla kogo – pisał w liście do przyjaciela. – Oddaliśmy cztery najukochańsze dla nas istoty. Jak okropna była ich śmierć. Razem z 2000 naszych braci i sióstr. We wspólnym grobie. Takiej szechity [hebr. ubój, rzeź] nigdzie i nigdy nie było. Nie szczędzili brzemiennych kobiet, drobnych dzieci i starców. Krew lała się strumieniem”.

Listy martwych ludzi

O zagładzie żydowskich miasteczek pisano językiem aluzyjnym. Na pewno z obawy przed cenzurą. A może również dlatego, że tego, co się działo, nie dawało się opisać normalnym językiem. „U nas te same objawy choroby”, „maszyna tłucze”, „podobno i u was epidemia się zaczęła”, „wszyscy ludzie z Kłodawy zostali wysiedleni do twego dziadka Szmuela przez Chełmno”, „Bądź przytomna, bo jedziemy na wesele. Do widzenia. Dawid” – to kartka wyrzucona z transportu do Auschwitz, z dopiskiem „proszę wrzucić do skrzynki przez grzeczność”. O prześladowcach nie pisano prawie wcale. Nie mają w tych listach twarzy, nazwisk, stopni wojskowych. Tak jakby to nie ludzie, ale jakiś niepojęty kataklizm miażdżył żydowski świat. Pisano o bezsilności, czekaniu na cud, o paczce z marmoladą, która nie dotarła do ojca w obozie, o tym, że zimno i głód. Listami i pocztówkami krążącymi z getta do getta poszukiwały się rodziny i przyjaciele. „Dlaczego do nasz nie piszecie? Piszcie natychmiast!” – ta kartka trafiła do Archiwum z dopiskiem listonosza: „lokal zamknięty”.

Groza tych przyziemnych, całkiem zwykłych, pisanych czasem nieporadną, kaleczoną polszczyzną listów (język żydowski był dla korespondencji zabroniony) polega na tym, że ich odbiorcy i nadawcy nie wiedzieli, co będzie dalej. My, czytając je dziś – wiemy. Korespondencję zgrupowano w cyklach, które łączy nazwisko wysyłającego. I ta korespondencja zawsze w pewnym momencie się urywa. Czytając pogodną niemal kartkę Hersza Lepaka do żony z obozu w Treblince (zdrów, pracuje, pozdrawia), możemy się domyślać, że w chwili jej doręczenia Hersz Lepak już nie żył, bo hitlerowcy pozwalali więźniom napisać do rodziny krótko przed zamordowaniem. Wiemy, że Sala i Dyna, które 13 grudnia 1942 r. z getta w Płońsku pisały do siostry Róży: „My musimy się jeszcze choć raz jedyny w życiu zobaczyć”, już nigdy się nie zobaczyły, bo trzy dni później Sala i Dyna wsiadły do oświęcimskiego transportu, a Róża zginęła podczas powstania w getcie kilka miesięcy później. Wiemy, że Lusia z getta w Gąbinie, która w lutym prosiła matkę o gęsty grzebyk, nie dostała przesyłki, bo miesiąc później żadnych Żydów już w Gąbinie nie było. Wiemy, że filolog Zelig Kałmanowicz, który pisał do przyjaciela: „kiedyś, w lepszych czasach, opowiemy sobie o tym, co się przeżyło” i który czekał na święto Purim, święto ocalenia Żydów, zginął wraz z żoną w obozie pracy w Estonii, a ocalenie nie przyszło ani w to święto Purim, ani w żadne następne. Wiemy prawie na pewno, że jeśli w Archiwum Ringelbluma znajduje się oryginał, a nie kopia korespondencji, to adresat zginął. Kto przeżył Zagładę, z trudem rozstawałby się z taką pamiątką. Czytamy listy martwych ludzi.

Kronika własnej śmierci

„Nie wiem, kto z tej grupy przeżyje, kogo wyróżni los, pozwalając na opracowanie zebranych materiałów” – zapisał Emanuel Ringelblum 26 czerwca 1942 r. Już zimą tego roku informację o masowym mordowaniu Żydów w Chełmnie nad Nerem przyniósł Jakub Grojnowski (Szlamek Winer), któremu cudem udało się stamtąd uciec i dotrzeć do Warszawy. Kartki, listy, pojedyncze relacje zbiegów z Treblinki i obozu w Pomiechówku, raporty polskich i żydowskich kurierów zaczęły układać się w makabryczną całość. Członkowie Oneg Szabat zrozumieli, że skończył się pierwszy etap, polegający na stopniowym wyniszczaniu społeczności żydowskiej, a zaczął etap drugi – natychmiastowej, totalnej zagłady.

„Drugi etap” – tak zatytułowała grupa raport opracowany w kwietniu 1942 r. „To Ausrottung – fizyczna zagłada Żydów »winnych wojnie«, w stopniu nieznanym przez pokolenia ubiegłe” – odnotowali. Pożar, który na wschodzie, zachodzie i południu trawił kolejne żydowskie miasteczka, zbliżał się do Warszawy. My, z historycznego dystansu, wiemy, że była to część Akcji Reinhardt, zakładającej likwidację wszystkich polskich Żydów zamieszkałych w Generalnym Gubernatorstwie.

W 1942 r. Abraham Lewin pod datą 3 lipca 1942 r. zapisał: „Dziś, w dniach, kiedy na każdej ulicy w getcie jest kilka pogrzebów i czarny wózek na trupy kręci się bez przerwy, dosłownie bez przerwy, ponad wyspą śmierci, która nazywa się gettem, nie widzi się w ogóle ciężarnych żydowskich kobiet. W getcie się umiera albo zostaje się zamordowanym. Tu się nikt nie rodzi. Statystyki umieralności i urodzin są zastraszające. Można łatwo z miejsca ocenić, kiedy umrze w getcie ostatni Żyd, nawet jeśli Niemcy nie zaprowadzą tutaj swojej metody z Chełmna, Wilna, Słonimia itd., jeżeli wojna i okupacja będą, Broń Boże, trwać jeszcze wiele lat”. Ale i w Warszawie Niemcy „zaprowadzili swoją metodę”. Krótko po tej notatce Lewina przeprowadzili w getcie pierwszą i największą masową akcję likwidacyjną. Wywieziono wówczas do Treblinki i zamordowano 300 tys. warszawskich Żydów. Zginął m.in. rabin Szymon Huberband, który dla Archiwum opisywał życie religijne getta.

Reszta zespołu Oneg Szabat pracowała dalej. Szukali rękopisów w mieszkaniach zamordowanych pisarzy, gromadzili niemieckie obwieszczenia o rzekomej deportacji, spisywali relacje uciekinierów, prowadzili notatki w dziennikach. Paweł Śpiewak podkreśla, że jak na warunki wojenne i gettową izolację współpracownicy Ringelbluma wiedzieli bardzo dużo: wiedzieli, gdzie są niemieckie mordownie, jak i gdzie giną ludzie, rejestrowali likwidację poszczególnych gett. W sumie podali bardzo precyzyjną liczbę ofiar pierwszego roku Akcji Reinhardt. Wiedzieli już wówczas, że historia się zamyka; że piszą kronikę własnej śmierci.

Raport dla świata

W całym getcie narastała świadomość nieuchronności śmierci. Nie było już złudzeń ani nadziei. Grupa Oneg Szabat przerwała projekty, które miały dokumentować świadectwo dogorywającego życia getta. Ich zadaniem stało się dokumentowanie Zagłady, która rozgrywała się na ich oczach i ich samych dotyczyła. Coraz trudniej przychodziło im zachować naukowy dystans, postawę badacza. Jak wszystkich mieszkańców getta, dotykały ich przecież te same rozpacz i przerażenie. „Żydzi, którzy żyją jeszcze bezpiecznie za morzami i nie wiedzą nic, nie mogą sobie wyobrazić, jakie nieszczęścia i piekielne cierpienia sypią się bez przerwy na nasze głowy” – pisał w „Dzienniku” Abraham Lewin.

Próbowali zaalarmować świat. W marcu 1942 r. za pośrednictwem Armii Krajowej przesłali do rządu emigracyjnego w Londynie raport o obozie zagłady w Chełmnie nad Nerem, oparty na relacji Szlamka. Potem kolejne, m.in. o Treblince, z planami obozu naszkicowanymi przez uciekinierów. Tłumaczyli światu w tych raportach, że celem Niemców jest całkowita eksterminacja żydowskiej społeczności. Wiedzieli, że te informacje dotarły do sojuszników, do brytyjskich i amerykańskich mediów, ale nie wiedzieli, że świat mimo to milczał. Czas warszawskiego getta dobiegał końca. Pozostało już tylko jedno – ukryć Archiwum, licząc na to, że ktoś kiedyś w jakiejś innej rzeczywistości odczyta ich świadectwo. 3 sierpnia 1942 r., w trzynastym dniu trwającej deportacji do Treblinki, dwaj młodzi ludzie Dawid Graber i Nachum Grzywacz razem ze swoim byłym nauczycielem Izraelem Lichtensztajnem zakopali w piwnicy domu przy ul. Nowolipki 68 pierwszą część dokumentów zabezpieczonych w metalowych pojemnikach. W ostatniej chwili dołączyli do nich swoje ostatnie słowa – testamenty. „Nie chcę podziękowań, żadnych pomników, żadnych pieśni pochwalnych, chcę jedynie, by wspomniano o mnie, by moi bracia i siostry w Izraelu wiedzieli, gdzie się podziały moje szczątki” – napisał Lichtensztajn. Wkrótce potem w schronie przy tej samej ulicy ukryto dwie bańki na mleko z kolejną częścią Archiwum. Trzecią zakopano przy Świętojerskiej 34, podobno razem z archiwum Bundu. Członkowie Oneg Szabat umówili się, że kto przeżyje wojnę, wskaże te miejsca. Niewiele brakowało, by Archiwum Ringelbluma nigdy nie ujrzało światła dziennego.

W styczniu 1943 r., w czasie drugiej akcji likwidacyjnej, zginął zastrzelony na schodach własnego domu Icchak Giterman, jeden z najbliższych współpracowników Ringelbluma. „Podczas odwiedzin u mnie przeglądał spisy zabitych i dopisywał różne nazwiska – opisywał Ringelblum. – Teraz w tym samym spisie figuruje nazwisko I. Giterman. Ręka mi drży, gdy piszę te słowa, bo któż wie, czy przyszły historyk, przeglądając ten wykaz, nie wpisze również i mojego nazwiska: E. Ringelblum”.

Drugi sekretarz Archiwum Eliasz Gutkowski wraz z żoną i 4-letnim synem zginęli w kanałach pod koniec powstania w getcie. Menachem Mendel Kon i Samuel Winter, którzy zajmowali się w Oneg Szabat kwestiami finansowymi, polegli w powstaniu. Bernard Kapelmacher, autor pracy o szkolnictwie w getcie, zmarł na tyfus. Menachem Linder, prowadzący dział statystyczno-ekonomiczny, został zastrzelony na skwerze przy ul. Mylnej podczas akcji, jaką Niemcy przeprowadzili w nocy z 17 na 18 kwietnia 1942 r.

Nazwisko E. Ringelblum trafiło do spisu zamordowanych w marcu 1944 r. Przedtem, dzięki staraniom polskiego i żydowskiego podziemia, udało się uwolnić Ringelbluma z obozu w Trawnikach na Lubelszczyźnie. Ukrywał się w schronie przy ul. Grójeckiej w Warszawie. Gdy kryjówka została zdekonspirowana, zostali razem z żoną i synem rozstrzelani w ruinach getta. Pisał do końca. Ostatnią pracę – „Sylwetki” – poświęcił zamordowanym pisarzom, nauczycielom (m.in. Januszowi Korczakowi), naukowcom, rabinom. Był wśród nich także rabin Szymon Huberband, członek Oneg Szabat, który zginął jako pierwszy. Emanuel Ringelblum był kronikarzem warszawskich Żydów od początku do ostatnich dni; od wczesnego średniowiecza do pieców Treblinki.

Z podstawowego składu grupy ocaleli tylko Rachela Auerbach, Hersz Wasser i jego żona Bluma. Dzięki wskazówkom Wassera w 1946 r. odnaleziono pierwszą część Archiwum Ringelbluma, a w 1950 r. – drugą. Wpisano je na Listę Pamięci Świata UNESCO. Dotarł do nas głos ludzi, którzy mieli go być na zawsze pozbawieni. Tym, którym historia nie oszczędziła niczego, których udziałem miała być zbiorowa, anonimowa śmierć, Archiwum Ringelbluma przywróciło wymiar indywidualny – imię, datę, szczegóły. Dzięki pracy Oneg Szabat wiemy, że zabity przez pomyłkę malarz pokojowy, któremu jeden żandarm kazał naprawiać mur getta, a drugi zastrzelił go, myśląc, że to próba ucieczki, nazywał się Dziwisz i miał 38 lat. Że kobieta, która w obozie w Pomiechówku błagała, by nie zakopywać jej żywcem i nie została wysłuchana, to pani Karaś z Nowego Dworu. Że Szlamek, który cudem uciekł z obozu w Chełmnie i próbował zaalarmować świat, zginął razem z siostrą Felą Bajlerową w obozie w Bełżcu.

Na miejscu ukrycia trzeciej części Archiwum, przy Świętojerskiej 34, było tylko kilka nadpalonych kartek. Tę część zakopywano w największym pośpiechu, tuż przed wybuchem powstania w getcie. Może po wojnie ktoś odnalazł ją przypadkiem i nieświadomy znaczenia dokumentów palił nimi w piecu. A może szukano niedokładnie.

współpraca Jan Rojewski

Polityka 45.2017 (3135) z dnia 07.11.2017; 70 lat ŻIH; s. 60
Oryginalny tytuł tekstu: "Archiwum śmierci"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną