Historia

Pierwsza pancerna

Bitwa pod Cambrai – pierwszy pokaz pancernej siły

Brytyjski czołg Mark IV na froncie zachodnim, 1917 r. Brytyjski czołg Mark IV na froncie zachodnim, 1917 r. AKG / BEW
Do pierwszego masowego użycia czołgów w wojnie doszło w bitwie pod Cambrai w listopadzie 1917 r. Na niemieckie pozycje ruszyło 370 brytyjskich tanków Mark IV.
Trening przed bitwą pod Cambrai – czołg przejeżdżający przez zaporę z drutu kolczastego.Imperial War Museums/Wikipedia Trening przed bitwą pod Cambrai – czołg przejeżdżający przez zaporę z drutu kolczastego.

Kiedy w 1874 r. amerykański farmer Joseph F. Glidden otrzymał patent na zaprojektowany przez siebie dwużyłowy drut kolczasty, zapewne przez myśl mu nie przeszło, że jego prosty wynalazek, mający ułatwić życie hodowcom wolno wypasanego bydła, tak mocno wpłynie na sztukę wojenną. Hiram Maxim, również Amerykanin, choć z brytyjskim obywatelstwem, konstruktor pierwszego niezawodnego karabinu maszynowego (prototyp zaprezentowano w 1884 r.), miał ponoć twierdzić, że zbudowana przez niego broń nie nadaje się do walki pomiędzy nowoczesnymi armiami, gdyż szybko zabrakłoby w nich żołnierzy. Co innego, gdy niewielki stosunkowo oddział w zamorskich koloniach masakruje tubylczych powstańców; tam użycie broni maszynowej wydawało się logiczne i dość humanitarne, gdyż sama groza karabinu maszynowego miała wybijać z głów pomysł przeciwstawiania się kolonizatorom. Nie brakowało głosów, że wynalazek Maxima, przy swojej morderczej efektywności, musi zakończyć wszystkie wojny, w każdym razie w cywilizowanym świecie. W 1914 r. miało się okazać, jak płonne to były nadzieje. Po pierwszej, manewrowej fazie wojny (której nie nazywano jeszcze wtedy wielką) i nierozstrzygniętym wyścigu do morza, kiedy to obie strony konfliktu usiłowały się wyprzedzić, by wejść na tyły przeciwnika, wojna zastygła w okopach, dzieląc walczącą Europę najdłuższą zbudowaną w nowoczesnych dziejach linią fortyfikacyjną. Przed potrójną zwykle linią okopów wznoszono płoty z drutu kolczastego, podejść broniły zaś gniazda karabinów maszynowych, najczęściej systemu Maxima.

Te dwa wynalazki zdominowały ówczesne pole walki, zmieniając całkowicie sposób prowadzenia wojny. Drut kolczasty hamował skutecznie impet natarcia piechoty, zaś karabin maszynowy masakrował atakujących – pierwszego dnia bitwy nad Sommą zginęło ok. 60 tys. żołnierzy brytyjskich, z czego większość padła ofiarą ognia niemieckich km. Przy takiej przewadze obrony, nieznanej dotychczas sztuce wojennej, wykonanie skutecznego ataku nie było możliwe. Zapora ze skręconego drutu i wynalazek Maxima spowodowały impas w Wielkiej Wojnie. Techniczne rozwiązanie tego problemu wojsk lądowych miała znaleźć, cóż za ironia, brytyjska marynarka.

Lądowy pancernik

Brytyjska Royal Navy dysponowała dywizjonem uzbrojonych w karabiny maszynowe samochodów opancerzonych Rolls-Royce, używanych do zwiadu i ochrony lotnisk jej własnej formacji lotniczej (Royal Naval Air Service – RNAS). Co prawda samochody te nie nadawały się do atakowania umocnionych pozycji, ale sama idea wydawała się obiecująca. Pierwszy Lord Admiralicji Winston Churchill (pełnił tę funkcję do dymisji po klęsce kampanii o Dardanele) w lutym 1915 r. zebrał zespół ekspertów, Admiralty Landships Committee, mający opracować pojazd przeznaczony do przełamywania wrogiej obrony. Szybko odrzucono nierealny pomysł zbudowania lądowego pancernika, o masie ponad 300 ton, poruszającego się na kołach i wyposażonego w trzy wieże artyleryjskie. Inne pomysły, jak maszyna krocząca, przesuwająca się nad wrogimi okopami, również okazały się niemożliwe do realizacji. Dopiero dokooptowanie do zespołu inżyniera Williama A. Trittona, specjalisty od trakcji gąsienicowych, nadało właściwy tor pracom komitetu.

Czołgi męskie i żeńskie

We wrześniu 1915 r. zbudowano i poddano próbom pierwszy prototyp opancerzonego pojazdu, nieco już przypominającego czołg. Wehikuł nazwano złośliwie Little Willie, mały Wiluś, przewidując, że jego pojawienie się na polu walki będzie stanowić niemiłą niespodziankę dla wojsk kajzera Wilhelma. Pojazd był napędzany silnikiem benzynowym o mocy 105 KM, pancerz miał grubość 10 mm, przewidywano, że zostanie uzbrojony w dwufuntową armatę (zaprojektowaną zresztą dla marynarki wojennej przez Hirama Maxima) i kilka lekkich karabinów maszynowych, gąsienicową trakcję zaadaptowano z amerykańskiego ciągnika rolniczego. Little Willie ciągnął za sobą podwójne żelazne koła, służące jako przeciwwaga i mające pomagać przy manewrach, poruszał się w terenie z prędkością zaledwie kilometra na godzinę, ale, co najważniejsze, potrafił pokonać transzeję o szerokości 1,5 m.

Kolejny prototyp, nazwany Big Willie, miał kadłub nitowany z blach stalowych, znacznie go wydłużono i zmieniono jego kształt, gąsienice poprowadzono po całym jego obwodzie. Zrezygnowano z wieży, przenosząc główne uzbrojenie do kazamat umieszczonych na burtach. Ostatecznie czołg, nazwany Mark I, wyposażono, zależnie od wersji, w dwie armaty 57 mm i trzy karabiny maszynowe (wersja nazwana male – męska) lub pięć karabinów maszynowych (wersja female – żeńska). Załoga liczyła aż ośmiu żołnierzy, w tym dwóch zajmowało się wyłącznie obsługą przekładni przenoszących napęd na gąsienice. We wnętrzu panowały warunki więcej niż trudne – temperatura sięgała 50 st. C, kabina nie miała wentylacji, więc załogi nosiły maski przeciwgazowe, chroniące je przed spalinami, oparami benzyny i dymem prochowym. W razie pożaru żołnierze nie mieli praktycznie szans na opuszczenie pojazdu; uderzające w pancerz pociski powodowały, że odpryski płyt stanowiły śmiertelne zagrożenie, by się przed nimi zabezpieczyć, noszono hełmy ze skóry i gęste kolczugi. Pierwsze brytyjskie czołgi nie miały też amortyzatorów. Żeby oddać celny strzał z działa zainstalowanego w wersjach male, pojazd musiał się zatrzymać, stając się łatwym celem dla przeciwnika. Produkcję nowego rodzaju broni utrzymywano w ścisłej tajemnicy – czołgi w drodze na front okrywano plandekami z napisem „tank” – miały to być zbiorniki na wodę, przeznaczone dla oddziałów walczących w Mezopotamii. Po raz pierwszy czołgi miały sprawdzić się w boju w trakcie fatalnej w skutkach bitwy nad Sommą (listopad 1916 r.). Z 49 dostarczonych na front sztuk tylko 25 wzięło udział w walce, pozostałe po prostu się zepsuły. Dowództwo uznało jednak, że nowe pojazdy pancerne mają pewien potencjał, prace więc kontynuowano.

Rok 1917 również nie przyniósł rozstrzygnięcia. Nieudana próba przełamania niemieckiej obrony we Flandrii okazała się kolejną katastrofą. W trwającej ponad trzy miesiące bitwie o Passchendaele obie walczące strony straciły po ok. 250 tys. ludzi, a linia frontu przesunęła się o jakieś 10 km. Dowodzący Brytyjczykami marszałek Douglas Haig znalazł się w ogniu najostrzejszej krytyki. Postanowiono zatem przeprowadzić jeszcze jedną próbę przełamania frontu, tym razem ograniczonymi siłami (siedem dywizji piechoty i pięć kawalerii – dla porównania we Flandrii walczyło 56 dywizji alianckich), wypróbowując przy tym nowy sprzęt i taktykę, przede wszystkim wał ogniowy, mający poprzedzać szturm piechoty i współdziałanie z czołgami. Jesienią 1917 r. żołnierze Royal Tank Corps otrzymali udoskonalone maszyny Mark IV, i to one właśnie, w liczbie 370, miały odegrać główną rolę w przełamaniu pozycji niemieckich pod Cambrai.

Pancerna kombinacja

Brytyjscy sztabowcy, planując operację, zdawali sobie sprawę, że nieatakowany dotąd fragment linii Hindenburga, składającej się z trzech pasów obronnych, jest silnie ufortyfikowany. Postanowili więc zastosować zupełnie nową taktykę, opierającą się na ścisłym współdziałaniu piechoty, kawalerii, artylerii, czołgów i lotnictwa. Inaczej niż dotychczas, zrezygnowano z przeprowadzenia przygotowania artyleryjskiego, które co prawda zmiękczało pozycje przeciwnika, ale też ostrzegało go o planowanym ataku. Wrogie pozycje artylerii oznaczono za pomocą tzw. cichego namierzania.

20 listopada o godz. 6.20 brytyjskie działa otworzyły gwałtowny ogień, atakując niemieckie stanowiska, by później stworzyć wał ogniowy, poprzedzający atakujące oddziały. Pierwsze ruszyły czołgi, uformowane w sekcje po trzy pojazdy, ustawione w klin. Po sforsowaniu zasieków i linii okopów czołgi środkowy i prawy zasypywały transzeje wiązkami faszyny, robiąc w ten sposób przejście dla żołnierzy, zaś czołg po lewej skręcał i jadąc wzdłuż okopów, gasił ogniem karabinów maszynowych opór obrońców. Za każdą taką sekcją podążał oddział w sile czterech plutonów piechoty. Nad polem bitwy krążyły alianckie myśliwce i lekkie bombowce, atakując niemieckie punkty oporu. Pierwsze efekty zastosowania nowej taktyki okazały się oszałamiające. O godz. 8 czołgi przedarły się przez pierwszą linię obrony. Do końca dnia Brytyjczycy zdobyli 10 km wrogiego terenu. Na wieść o sukcesie w Wielkiej Brytanii zabito w dzwony, manifestując radość ze zwycięstwa.

Jak się miało okazać, przedwcześnie. Mimo wyników pierwszego szturmu do przełamania pozycji niemieckich nie doszło. Zadecydowało o tym kilka czynników – użycie zbyt skromnych sił, kunktatorska taktyka dowódców, awarie sprzętu. Czołgi, które tak świetnie się spisały, miały za mały zasięg i szybkość, by głęboko wejść za linie wroga, a wiele z nich uległo awariom. Okazało się też, że broń pancerna nie była aż takim zaskoczeniem dla Niemców. Część ich oddziałów została już przeszkolona do walki z czołgami, a cienkie pancerze nie stanowiły żadnej osłony przed ogniem artylerii. Z każdym dniem tężał opór przeciwnika; 28 listopada brytyjscy dowódcy nakazali swoim żołnierzom okopanie się i ustawienie zapór.

Niemcy, choć nie mieli jeszcze czołgów, zastosowali własny sposób na przełamanie brytyjskich linii, wykorzystując taktykę przenikania przy użyciu grup szturmowych – specjalnie szkolonych i wyposażonych małych oddziałów, specjalizujących się w skrytych atakach na umocnienia. Rankiem 30 listopada rozpoczęło się kontruderzenie. Choć powstrzymywane w ciężkich walkach, doprowadziło do odzyskania przez Niemców większości utraconych terenów. Ostatecznie marszałek Haig nakazał odwrót i do 7 grudnia Brytyjczycy znaleźli się na pozycjach wyjściowych. Bitwę uznano za nierozstrzygniętą; straty obu stron wyniosły po ok. 45 tys. żołnierzy, Brytyjczycy utracili też 179 czołgów, choć dowiedli, że ich kombinowana taktyka jest skuteczna, a pojazdy pancerne użyte w odpowiednim terenie i we właściwy sposób mogą przeważyć szalę zwycięstwa. Lecz jak miało się okazać za dwie dekady, tę lekcję lepiej przyswoili sobie Niemcy.

Polityka 47.2017 (3137) z dnia 21.11.2017; Historia; s. 62
Oryginalny tytuł tekstu: "Pierwsza pancerna"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną