Kulisy referendum z 29 listopada 1987 r.

Przegrane głosowanie
Jednym z pomysłów ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego na przezwyciężenie narastającego kryzysu było referendum 29 listopada 1987 r.
Propagandowe banery zachęcające do głosowania w referendum, pl. Konstytucji w Warszawie, listopad 1987 r.
Wojtek Laski/EAST NEWS

Propagandowe banery zachęcające do głosowania w referendum, pl. Konstytucji w Warszawie, listopad 1987 r.

Plakat promujący referendum, 1987 r.
Wojtek Laski/EAST NEWS

Plakat promujący referendum, 1987 r.

Kluczową kwestią w polityce władz PRL w latach 1986–89 były różnego rodzaju zabiegi mające im zjednać społeczne poparcie. W takich kategoriach można interpretować zarówno pewne zmiany personalne na kierowniczych stanowiskach w państwie, złagodzenie represji wobec opozycji demokratycznej (we wrześniu 1986 r. amnestią objęto prawie wszystkich więźniów politycznych), dialog z Kościołem katolickim czy tworzenie nowych instytucji – Trybunału Konstytucyjnego, Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich. Te działania obejmowały sferę polityczną, ale największą bolączką rządzących były tradycyjnie sprawy gospodarcze.

Od połowy lat 80. niewydolność systemu centralnego planowania znów coraz wyraźniej dawała o sobie znać. Skutki złej sytuacji odczuwali wszyscy obywatele. Stanowiło to zasadniczą przeszkodę na drodze do upragnionej przez władze normalizacji. W pierwszej połowie lat 70. Edward Gierek zbudował swoją pozycję i popularność w znacznej mierze właśnie przez zaspokajanie ekonomicznych potrzeb społeczeństwa, dzięki zaciąganiu kredytów w państwach zachodnich. Tymczasem gen. Jaruzelski nie mógł liczyć na wydatną pomoc ani z Zachodu (wiele krajów po ogłoszeniu stanu wojennego objęło PRL sankcjami), ani ze Wschodu. W lipcu 1986 r. na posiedzeniu władz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow oznajmił, że Moskwa nie może dłużej stosować „administracyjnych metod kierowania przyjaciółmi”. Jako powód ograniczenia ingerencji w wewnętrzne sprawy innych krajów bloku sekretarz generalny KPZR wskazywał właśnie sprawy gospodarcze: „Nie można ich [innych państw socjalistycznych] brać na swój kark” – stwierdził dobitnie.

Polskie władze były zatem zmuszone do samodzielnego opanowania coraz bardziej kryzysowej sytuacji ekonomicznej. Potrzebne były radykalne kroki, które jednak ciągle odwlekano. Na niemożność podjęcia zdecydowanych działań nie bez wpływu pozostawały skrzętnie skrywane napięcia i konflikty wewnątrz aparatu władzy, których wyrazem była m.in. niestabilna pozycja premiera Zbigniewa Messnera. Nade wszystko obawiano się, że reakcją społeczeństwa na reformy gospodarcze będą kolejne bunty. W tej sytuacji na przełomie 1986 i 1987 r. pojawił się projekt przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum.

Nie była to zupełnie nowa koncepcja. Już w 1983 r. w dyskusjach towarzyszących powołaniu Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego (który zastąpił Front Jedności Narodu) przewijała się nie do końca sprecyzowana propozycja, aby PZPR „autentycznie podzieliła się (…) władzą z całym socjalistycznym społeczeństwem kraju”. Gen. Jaruzelski odpowiadał wówczas, że partia stara się realizować ten postulat, nie zgodzi się jednak „na takie rozwiązania, które oznaczałyby naruszanie pryncypiów ustrojowych”. Z kolei w lipcu 1984 r. Jerzy Urban, pełniący wówczas funkcję rzecznika prasowego rządu, podpowiadał generałowi możliwość przeprowadzenia referendum, które „może ożywiłoby życie publiczne”, w bliżej nieokreślonej „sprawie rozwojowej z zakresu społeczno-gospodarczego”. Pomysł powrócił pod koniec 1986 r. W jednym z tajnych opracowań, które trafiały na biurko Wojciecha Jaruzelskiego, mjr Wojciech Garstka z Grupy Operacyjno-Sztabowej szefa SB pisał o ewentualności poddania pod powszechne głosowanie jakiejś kwestii stricte politycznej, np. utworzenia urzędu Prezydenta PRL czy modelu ruchu związkowego. Natomiast w styczniu 1987 r. Jaruzelski otrzymał tajne opracowanie swoich nieformalnych doradców – Urbana, Stanisława Cioska i gen. Władysława Pożogi, tworzących tzw. zespół trzech. Postulowali oni, aby rozpisać referendum i postawić przed obywatelami pytania zawierające „wyraźną alternatywę w ważnej sprawie społeczno-gospodarczej. (…) Partia nie powinna ani publicznie, ani potajemnie popierać żadnego z rozwiązań, a wynik referendum winien być praktycznie obowiązujący dla rządu”. Intencją było przede wszystkim uwiarygodnienie samej PZPR.

Tym razem propozycja trafiła do przekonania gen. Jaruzelskiego. „Uważam, że per saldo uzyskamy znów kolejną polityczną korzyść” – stwierdził na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR w lutym 1987 r. Zwrócił jednocześnie uwagę na to, czego w dalszych działaniach władz zupełnie zabrakło: „[Referendum] będzie nam służyło i pomagało, jeśli oczywiście odpowiednio potrafimy to przeprowadzić i zinterpretować”. Najpierw należało jednak uchwalić odpowiednie przepisy, gdyż funkcjonujące rozwiązania ustrojowe nie przewidywały takiej formy demokracji bezpośredniej.

W roli oficjalnego inicjatora zmian w prawie wystąpił PRON. Projekt ustawy o konsultacjach społecznych i referendum zgłosiła w Sejmie grupa 115 posłów. „Nowa regulacja – mówił podczas pierwszego czytania projektu 19 marca 1987 r. poseł sprawozdawca Jerzy Jaskiernia – jest proponowana, jak głosi preambuła projektu ustawy: »w celu pełniejszego urzeczywistnienia demokracji socjalistycznej oraz rozszerzenia form bezpośredniego uczestnictwa obywateli w sprawowaniu władzy«. Do istotnych przesłanek zaliczyć należy również konstytucyjne prawo obywateli do udziału w konsultacjach i dyskusjach, a także obowiązek organów władzy i administracji państwowej opierania swojej działalności na świadomym i czynnym współdziałaniu najszerszych rzesz obywateli”. Po dyskusji, w której posłowie wychwalali plan sięgnięcia przez rządzących do opinii całego społeczeństwa, projekt skierowano do dalszych prac w nadzwyczajnej komisji sejmowej.

Jednym z symptomów narastania kryzysu systemu władzy PRL były jednak wówczas problemy partyjnego centrum decyzyjnego z kontrolą nad Sejmem. „W czasie IX kadencji Sejmu [1985–89] – pisała Barbara Seidler, od lat 60. pracująca jako sprawozdawca parlamentarny – podczas dyskusji, które toczyły się na posiedzeniach komisji, nie ingerowały kluby partyjne i choć do PZPR należało 245 posłów, nie czuć było żelaznej dyscypliny. Czasem tylko któryś z posłów wzywany był przez przewodniczącego klubu, ale nawet nie odpowiadał na pytanie: »Po co nagłaśniałeś ten problem?«”. Wyniki sejmowych głosowań nie były już tak jednomyślne jak w poprzednich kadencjach i nie zawsze odpowiadały woli partyjnych decydentów. Tak też właśnie stało się z ustawą o konsultacjach społecznych i referendum, przyjętą przez Sejm 6 maja 1987 r.

Jej kluczowym zapisem był art. 19: „Wynik referendum jest rozstrzygający, jeżeli za jednym z rozwiązań w sprawie poddanej pod głosowanie opowiedziała się więcej niż połowa uprawnionych do wzięcia udziału w referendum”. Było to rozwiązanie nietypowe. Zazwyczaj dla pozytywnego rozstrzygnięcia w referendach wymaga się woli ponad połowy głosujących (a nie uprawnionych) oraz określonej frekwencji. Przekroczenie tak określonego progu było zadaniem arcytrudnym. Już dwa poprzednie głosowania powszechne (wybory do rad narodowych w 1984 r. i do Sejmu w 1985 r.) pokazały, że peerelowskie mechanizmy wyborcze mocno szwankują. O ile w latach 60. i 70. normą było ogłaszanie oficjalnej frekwencji na poziomie zbliżonym do 100 proc., o tyle w rzeczonych dwóch głosowaniach, według oficjalnych obwieszczeń PKW, wzięło udział 74,93 oraz 78,86 proc. uprawnionych. Władze nie potrafiły jednak wyciągnąć z tych wydarzeń odpowiednich wniosków.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną