Awangardowy kamuflaż okrętowy

Malarze na morzu
Statku nie da się schować, można co najwyżej ukryć jego intencje – taka idea przyświecała najciekawszemu być może eksperymentowi w historii sztuki wojennej.
Norman Wilkinson, malarz marynista, twórca koncepcji „kamuflażu oszałamiającego”.
Monty Fresco/Topical Press Agency/Hulton Archive/Getty Images

Norman Wilkinson, malarz marynista, twórca koncepcji „kamuflażu oszałamiającego”.

Parowiec SS „West Mahomet”, 1918 r.
Alamy Stock Photo/BEW

Parowiec SS „West Mahomet”, 1918 r.

USS „Nebraska” w kamuflażu, 1918 r. Okręty z osobliwym kamuflażem stały się też malarską inspiracją.
Buyenlarge Archive/UIG/BEW

USS „Nebraska” w kamuflażu, 1918 r. Okręty z osobliwym kamuflażem stały się też malarską inspiracją.

HMS „Clyde”, obraz Stevena Spurriera.
www.bridgemanimages.com

HMS „Clyde”, obraz Stevena Spurriera.

SS „Sardinian”, obraz Johna Everetta.
www.bridgemanimages.com

SS „Sardinian”, obraz Johna Everetta.

Pływające dzieło malarza Tobiasa Renbergena zacumowane w Londynie.
Jim Dyson/Getty Images

Pływające dzieło malarza Tobiasa Renbergena zacumowane w Londynie.

Statek pomalowany przez Ciarę Phillips przy nabrzeżu w Edynburgu.
Lee Martin/Alamy Stock Photo/Getty Images

Statek pomalowany przez Ciarę Phillips przy nabrzeżu w Edynburgu.

W trakcie pierwszej wojny światowej Niemcom trudno było się równać z Brytyjczykami w otwartej wojnie morskiej. Nie mieli ani tak wielu nowoczesnych okrętów, ani tak doświadczonych załóg, jak Imperium Brytyjskie, które całą swoją potęgę od lat opierało na marynarce wojennej. Stąd niemiecka strategia na lisa – szybkie ataki przeprowadzane przez działające z ukrycia okręty. Tymi lisami okazały się szalenie skuteczne niemieckie U-Booty.

Brytyjska marynarka nie była w stanie chronić całej floty handlowej, która w trakcie wojny stanowiła krwiobieg imperium. Jednocześnie jej duże, z zasady powolne statki były dla U-Bootów łatwym celem. Od początku wojny do końca 1916 r. niemieccy podwodniacy zatopili co piąty brytyjski statek handlowy z zaopatrzeniem dla Wysp.

Krytyczny okazał się 1917 r., kiedy to Berlin zdecydował się na powrót do tzw. nieograniczonej wojny podwodnej, przerwanej dwa lata wcześniej po zatopieniu transatlantyku „Lusitania” z 1201 ludźmi na pokładzie. Po tym jak alianci odrzucili niemiecką propozycję rozejmu na zachodnim froncie, Berlin wydał zgodę swoim okrętom na atakowanie wszystkich napotkanych w strefie działań wojennych statków, również pod banderami państw neutralnych, bez ostrzeżenia i bez obowiązku przyjmowania na pokład rozbitków. Najgłośniejszym skutkiem tej decyzji było zatopienie przez jeden z U-Bootów statku szpitalnego HMHS „Lanfranc” w kwietniu 1917 r., co brytyjska prasa nazwała „barbarzyństwem Hunów”. Taka strategia przyniosła jednak Niemcom ogromny sukces. Między marcem a grudniem 1917 r. zatapiali średnio trzy brytyjskie statki lub okręty dziennie, w sumie w tym okresie na dno poszło 925 alianckich jednostek.

Bezradność wobec U-Bootów do żywego poruszała alianckie dowództwo. Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA, które po zatopieniu „Lusitanii” przystąpiły do wojny, trwała więc burza mózgów pod hasłem „jak ukryć statek”. Pojawiały się pomysły, aby np. przemalowywać je na wzór wielorybów czy też „uzbroić” w setki ogromnych luster. Znany już wówczas wynalazca Thomas Edison zaproponował, aby statki zapakować w nieregularne brezenty i wymalować je tak, by przypominały małą wyspę, z masztami zakamuflowanymi jako palmy. Idea Edisona została nawet wdrożona w życie i jeden z amerykańskich okrętów stał się taką wyspą. Ale pomysł nie przetrwał testu słabego wiatru, który zwiał część kamuflażu, zanim okręt-wyspa wyszedł z nowojorskiego portu.

Rozwiązaniem miał się okazać dopiero tzw. dazzle camouflage. Trudno ten termin wprost przełożyć na język polski, najbliższy prawdy byłby zapewne „kamuflaż oszałamiający”. Jego pomysłodawcy Normanowi Wilkinsonowi nie chodziło o to, aby statek zniknął, nieruchomiejąc i wtapiając się w otoczenie. Ani jedno, ani drugie nie jest możliwe w przypadku tak wielkiego obiektu. Oczywiście statki malowano i wciąż się maluje na kolory zbliżone do barw morza lub nieba, ale raczej z przyzwyczajenia niż wyrachowania. Otoczenie statku – barwa i stan morza oraz nieba – są nie do przewidzenia, bez przerwy się zmieniają.

Dlatego sięgnięto po rozwiązanie kontrintuicyjne – jeśli niemożliwe jest ukrycie się przed przeciwnikiem, to trzeba go zdezorientować wielością jaskrawych barw i kształtów. „Nie jesteśmy w stanie schować statku, więc przynajmniej spróbujmy schować jego intencje” – przekonywał Wilkinson. Bo właśnie intencje ofiary były dla okrętu podwodnego kluczowe. U-Booty w czasie pierwszej wojny światowej miały przeciętnie 12 bardzo drogich i niesterowanych torped. A cały szkopuł tkwił w tym, że trzeba było je wystrzelić w miejsce, gdzie statek-ofiara znajdzie się dopiero za jakieś dwie, trzy minuty. Teoretycznie można to było obliczyć, znając kurs i prędkość ofiary. Żeby je jednak określić, okręt musiał się wynurzyć na głębokość kilku metrów, aby nad powierzchnię wystawała góra od peryskopu. A i wtedy kapitan miał nie więcej niż kilkadziesiąt sekund, bo wykrycie okrętu podwodnego – jak wynika choćby z brytyjskich statystyk – w ponad 72 proc. skutkowało jego zatopieniem.

Dla niemieckich podwodniaków łatwym i szybkim do zaobserwowania wskaźnikiem kierunku statku były jego kominy, przeważnie pochylone w stronę rufy. Dlatego według Wilkinsona należało je tak pomalować w ciemne pasy, aby sugerowały kierunek przeciwny. Podobnie miały działać jasne łuki na burtach przy linii wody. Dla podwodniaków ważny był rozmiar tzw. fali dziobowej, którą tworzył płynący statek – nie tylko wskazywała ona kierunek, ale również prędkość (im większa fala, tym szybciej). Dlatego taki łuk, wymalowany w połowie burty czy nawet na dziobie, ale odpowiednio powiększony, mógł dezorientować. Wilkinson wprowadził również specjalne kratowane wzory, które miały sugerować rufę na dziobie i na odwrót, a nawet to, że nie chodzi o jeden, lecz o dwa statki. Z czasem taka iluzja optyczna zyskała miano tzw. odwróconej perspektywy.

Norman Wilkinson nie zapowiadał się na awangardzistę. Przed wojną znany był z obrazów marynistycznych bardzo klasycznych w formie. Czasem tylko pozwalał sobie na szaleństwo w postaci rozmazanych kształtów. Ale modernizm? Kubizm? Jego morskie landszafty nadawały się idealnie do zadymionych klubów marynarskich w Londynie. Kilka jego obrazów zatonęło razem z „Titanikiem”. Ale jako zapalony żeglarz zaraz po wybuchu wojny zgłosił się na ochotnika do marynarki i tam już w praktyce dopracował swój pomysł.

Admiralicja już raz, na początku wojny, rozpatrywała bliźniaczy pomysł innego Brytyjczyka, Johna Kerra. Dając za przykład zebrę, Kerr zaproponował wówczas m.in., aby pionowe linie masztów zniekształcić nieregularnymi białymi obręczami. Przekonywał również do kontrcieniowania, kolejnego zwierzęcego wynalazku. Zwierzęta często mają ciemniejszą maść grzbietu i jaśniejsze podbrzusze. Naturalnie oświetlony grzbiet z oddali będzie się wydawał jaśniejszy, odwrotnie niż podbrzusze. W ten sposób – mimo cienia – wizerunek sylwetki zwierzęcia jest kolorystycznie niemal jednolity i maskuje charakterystyczne kształty. Kerr uważał, że tej samej metody można użyć przy malowaniu dział okrętowych (góra ciemna, dół jasny), jak również całego okrętu.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną