Historia

Niemieccy wyklęci

Podwójne życie niemieckich przeciwników Hitlera

Helmut James von Moltke Helmut James von Moltke Library of Congress/Corbis/VCG / Getty Images
Spiskowcy i opozycjoniści w III Rzeszy z jednej strony byli częścią wojskowej lub państwowej machiny, a z drugiej – zagrożonymi karą śmierci zdrajcami, którzy świadomie łamali przysięgę i działali przeciwko istniejącemu państwu.
Freya von MoltkeKeystone/Hulton Archive/Getty Images Freya von Moltke
Gottliebe Lehndorff z dziećmi (z prawej Veruschka, później modelka znana z filmu Antonioniego „Powiększenie”) i Joachim Ribbentrop, Sztynort, 1943/44 r.archiwum rodzinne Gottliebe Lehndorff z dziećmi (z prawej Veruschka, później modelka znana z filmu Antonioniego „Powiększenie”) i Joachim Ribbentrop, Sztynort, 1943/44 r.
Heinrich Lehndorffarchiwum rodzinne Heinrich Lehndorff
Spacer po parku w Sztynorcie, Lehndorffowie i Ribbentrop ze swoją świtą.AN Spacer po parku w Sztynorcie, Lehndorffowie i Ribbentrop ze swoją świtą.

Artykuł w wersji audio

Hitler bardziej fascynuje niż ci Niemcy, którzy mu się na różnych etapach III Rzeszy przeciwstawiali. Nawet u nas nie brak polityków, którzy z uznaniem mówiąc o socjotechnice Goebbelsa, lekceważą „rachityczną” niemiecką opozycję, która, broniąc swych apanaży, dopiero po klęskach przeciwstawiała się ludobójczemu reżimowi.

Ten nasz spór o niemiecki ruch oporu trwa od dziesięcioleci. Niemal pół wieku temu Jerzy Putrament w „Literaturze” oburzał się na POLITYKĘ, która skrytykowała jego lekceważącą opowieść o zamachowcach 20 lipca 1944 r. Pisaliśmy wtedy, że akurat Polacy – ukształtowani przez nieudane powstania – mogliby mieć więcej wrażliwości dla niemieckich spiskowców działających z pobudek patriotycznych i moralnych.

Po 1989 r. Andrzej Szczypiorski zwrócił uwagę na podobieństwo postawy dwóch pułkowników – Clausa Schenka von Stauffenberga, który najpierw z ochotą służył Hitlerowi, a potem próbował go zabić, oraz Ryszarda Kuklińskiego, który najpierw robił karierę w LWP i Moskwie, a potem działał na rzecz amerykańskiego wywiadu. O obu zresztą nakręcono hagiograficzne filmy – „Walkirię” z Tomem Cruisem i „Jacka Stronga” z Marcinem Dorocińskim. Jednak nieprzekonanych nie przekonały.

Stauffenberga dyskredytują u nas jego pogardliwe słowa o Polakach, zmiażdżonych we wrześniu 1939 r. przez Wehrmacht. Z kolei kult Kuklińskiego okazał się ogniem dość słomianym – ze względu na dwuznaczność moralną „chwalebnej zdrady”. Czy szpiegostwo oficera sztabu generalnego na rzecz potencjalnego przeciwnika jest rzeczywiście wzorcem moralnym? Na ile oficer może złamać przysięgę, kierując się własnym widzimisię?

Niemiecki ruch oporu kojarzy się zwykle z nieudanym zamachem w Wilczym Szańcu. Czasem jeszcze z Kręgiem z Krzyżowej, gdzie grono cywilnych opozycjonistów – konserwatystów, socjaldemokratów, związkowców – opracowywało modele demokratyzacji Niemiec w demokratycznej Europie. Bardzo rzadko z innymi przejawami oporu: od samotnika Georga Elsera, który w listopadzie 1939 r. omal nie zabił Hitlera, poprzez promoskiewską Czerwoną Orkiestrę i grupę monachijskich studentów spod znaku Białej Róży – którzy po Stalingradzie rozrzucili antywojenne ulotki, za co zostali ścięci na gilotynie – po potajemne kontakty z zachodnimi aliantami szefa Abwehry, admirała Wilhelma Canarisa, w których zresztą pośredni udział mieli nie tylko „krzyżowianie” – Helmut James von Moltke i dyplomata Adam von Trott zu Solz – ale także pastor Dietrich Bonhoeffer. W ramach represji po zamachu 20 lipca zostali skazani na śmierć, a Canaris i Bonhoeffer zostali zamordowani na osobiste polecenie Hitlera.

Te stosunkowo niewielkie i izolowane grupy są u nas często z wyraźnym lekceważeniem przeciwstawiane szerokiemu ruchowi oporu w Polsce, który mimo zmasowanych represji ze strony okupanta stworzył całe państwo podziemne, z administracją, wymiarem sprawiedliwości, szkolnictwem i armią. W tym porównaniu pomijany jest prosty fakt, że co innego znaczy opór wymierzony w najeźdźcę, a co innego we własne państwo, które prowadzi wojnę i wciąż ma poparcie „narodowej wspólnoty” wierzącej nazistowskiej propagandzie, że broni „twierdzy Europa” przed bolszewickim i angloamerykańskim terrorem.

Jednak ruch oporu to nie tylko garstka oficerów, pięknoduchów, informatorów obcych wywiadów, lecz dziesiątki tysięcy niemieckich ofiar hitlerowskiego terroru – zamordowanych w katowniach SA i SS, zastrzelonych w kacetach, ściętych na gilotynie czy powieszonych w Plötzensee na rzeźnickich hakach. Do ludzi oporu należy oczywiście doliczyć także represjonowanych krewnych spiskowców i opozycjonistów poddanych odpowiedzialności rodzinnej – tzw. Sippenhaft, aresztowane żony i dzieci mające być oddane do adopcji.

Okoliczności działania polskiego i niemieckiego ruchu oporu są trudno porównywalne. Nie ma też dowodów na kontakty polskiego podziemia z niemieckimi spiskowcami, choć oczywiście było wiele kontaktów z niemieckimi urzędnikami, także gestapo czy oficerami. Teoretycznie mogło dojść do spotkania Helmuta Jamesa von Moltke z przedstawicielem polskiego podziemia w 1943 r. w czasie jego wizyty w instytucie rolniczym w Puławach. Nie ma na to dowodu. Ale są poszlaki, że „krzyżowianie” kontaktów z Polakami mogli szukać. Zaproszenie do Krzyżowej otrzymał śląski ziemianin Rudolf von Scheliha. Przed wojną był dyplomatą w ambasadzie w Warszawie, a po jej wybuchu przekazywał do Szwajcarii dane o terrorze w Polsce. Jednak jesienią 1942 r. został aresztowany, dopisany do Czerwonej Orkiestry (tak niemiecki kontrwywiad nazwał pracującą dla ZSRR siatkę wywiadowczą) i powieszony.

Niemieccy spiskowcy i opozycjoniści byli w zupełnie innej sytuacji niż członkowie polskich struktur podziemnych. Byli zagrożonymi karą śmierci zdrajcami, którzy świadomie łamali przysięgę i działali na szkodę państwa, a zarazem częścią wojskowej lub państwowej machiny III Rzeszy. To wewnętrzne rozdarcie wnikliwie ukazuje Antje Vollmer w wydanym właśnie po polsku „Podwójnym życiu” – historii mazurskiego Sztynortu i jego właściciela Heinricha Lehndorffa. Do jednego skrzydła pałacu wprowadził się w 1941 r. Ribbentrop, aby być blisko kwatery Hitlera. A w drugim spotykali się oficerowie z dowództwa wojsk lądowych w Mamerkach, planując zamach na Hitlera.

Podwójne życie niemieckich przeciwników Hitlera zasadniczo różniło się od opisanego przez Kazimierza Wykę polskiego „życia na niby” w Generalnym Gubernatorstwie – między zbrodniczym dyktatem okupanta i wymagającymi ofiary normami państwa podziemnego.

Dla okupowanego opór jest oczywistością, ograniczoną jedynie oceną realnych możliwości i egzystencjalnego zagrożenia. Dla Niemca w III Rzeszy przystąpienie do konspiracji wymagało świadomej decyzji przeciwstawienia się własnemu, suwerennemu państwu. Nawet jeśli rządzący III Rzeszą od 1933 r. budzili odrazę terrorem i nieludzkimi regulacjami prawnymi, to trudno było zamykać oczy na fakt, że odnosili sukcesy, aż po triumfalne zajęcie Paryża, i mieli poparcie większości.

Czynne przeciwstawienie się w III Rzeszy nazistom wymagało więc szczególnej determinacji i siły moralnej, odwagi przeciwstawienia się nie tylko władzy, ale i większości własnego społeczeństwa, i ściągnięcia na siebie odium zdrady. Trzeba było mieć wiele samozaparcia, wiary w wartości nadrzędne i zaufania do współspiskowców, by dobrowolnie położyć na szali los swój i rodziny. Różnica jest więc taka, że Polacy pod okupacją nie mieli wyjścia – bierne podporządkowanie się okupantowi nie było gwarancją przeżycia, więc bierny lub czynny opór stawał się moralną i realną oczywistością. Natomiast niemiecki przeciwnik Hitlera musiał z własnej woli podjąć decyzję postawienia się poza „narodową wspólnotą”.

Jednak w wymiarze czysto egzystencjalnym są tu pewne podobieństwa. Zaangażowanie w ruchu oporu, spisku czy choćby tylko nielegalnej działalności opozycyjnej wymaga środowiska. Bywają zamachowcy samotnicy jak Elser. Ale zwykle są to grupy ludzi podobnie myślących, mających do siebie zaufanie, o podobnej wrażliwości i normach moralnych. U nas warszawskie środowisko Polski Walczącej jest znane z popularnych, spisanych – jeszcze w konspiracji – prezentacji, jak „Kamienie na szaniec” czy – na emigracji – „Kurier z Warszawy”.

W Niemczech przy rozdrobnieniu i obiektywnej słabości ruchu oporu niczego podobnego być nie może, choć jest wiele opracowań i wspomnień. Ewenementem jest natomiast wydana w 2012 r., licząca ponad 2 tys. stron, opowieść Sabine Friedrichs „Kim jesteśmy” – podbeletryzowana, ale oparta na szczegółowej analizie listów, wspomnień i historycznych opracowań, panorama ludzi z najróżniejszych ugrupowań opozycyjnych – od komunistycznych po narodowców czy nazistów, którzy stopniowo lub nagle przechodzili do opozycji, ryzykując majątek i życie.

Autorka koncentruje się nie tyle na pragmatyce działalności spiskowej i opozycyjnej, ile na życiu codziennym, rodzinnym, na kontaktach towarzyskich, na nakładających się na siebie środowiskach, w tym na drugoplanowej wprawdzie, ale fundamentalnej roli kobiet, które podtrzymywały mężów i braci w ich działalności i ponosiły konsekwencje represji spadających na rodzinę po aresztowaniu i egzekucji spiskowców. Friedrichs daje dobry klucz do poznania mentalności tych „innych Niemców”. Dowodnie pokazuje, jak opozycyjne środowiska – osamotnione i izolowane – podskórnie stanowiły naczynia połączone. Miały wspólne wychowanie, znajomych, doświadczenia szkolne i frontowe, koligacje – mariaże i „mezalianse”.

I tak w niby komunistycznej Czerwonej Orkiestrze byli także arystokraci i ludzie mocno ocierający się o tradycyjną narodową prawicę. Z kolei w Krzyżowej byli nie tylko ziemianie, ale i związkowcy, socjaldemokraci, duchowni. Nawet zamachowcy 20 lipca nie byli „hrabiowską kliką”, jak ich przedstawiała propaganda. Arystokraci często mieli „mieszczańskie” żony i powiązania.

Świadomie szukano kontaktów także poza swoim środowiskiem. Próbowano nawet pozyskać wyższych oficerów SS, jak adiutanta Himmlera, który bywał w Sztynorcie w otoczeniu Ribbentropa. Nie udało się. Ale przed egzekucją umożliwił Lehndorffowi napisanie niekontrolowanego listu pożegnalnego. Po wojnie dostarczył go wdowie. I przed własnym procesem o zbrodnie wojenne poprosił ją o korzystne zeznanie. Nie otrzymał odpowiedzi.

Podwójne życie niemieckich spiskowców w strukturze nazistowskiego państwa sprawiło, że przynajmniej niektórzy z nich jeszcze w celi śmierci mogli przez zaufanych przekazać bliskim swój ostatni rachunek sumienia – jak Heinrich Lehndorff, czy nawet bez kontroli korespondować z żoną – jak Helmut James von Moltke. Gestapo nie zorientowało się, że pastor więzienia w Tegel był jednym z „krzyżowian” i przez cztery miesiące z narażeniem życia szmuglował listy w jedną i drugą stronę. Nie zostawiał ich w celi, dawał tylko do przeczytania. Nie trzymał ich też u siebie w domu. Freya von Moltke zabierała je do Krzyżowej i setki kartek ukrywała w ulach.

Choć w światowej epistolografii listy z więzienia to gatunek okazały, zarówno ostatni list spiskowca ze Sztynortu, jak i właśnie wydane przez Znak „Listy na pożegnanie” Helmuta Jamesa i Freyi von Moltke są o tyle unikalne, że obszernie wyjaśniają to, czego wielu innym nie było dane przekazać swym bliskim. Siłę charakteru, uczucia i wiarę ludzi, którzy kładli na szali życie. I mieli w tym poparcie swych żon. Mniejsza o żonę i dzieci, tu chodzi o ojczyznę – odpowiedział przesłuchującemu go gestapowcowi jeden ze skazanych na śmierć – Ceasar von Hofacker, gdy ten go zapytał, czy nie pomyślał, co się stanie z piątką jego dzieci. Z takim wyznaniem – przyznawał po latach syn von Hofackera Alfred – dziecko skazanego długo nie może sobie poradzić.

Po procesie i ogłoszeniu wyroku Helmut James von Moltke prosił żonę o jakąś lekturę, bo „mimo wszystko chcę tak żyć, jakbym miał pozostać przy życiu” i rzeczowo radził żonie przetłumaczyć sentencję wyroku śmierci na rosyjski, polski i czeski – jako glejt dla niej i dzieci. W wewnętrznej ocenie nazistowskiego Trybunału Ludowego był „całkowicie przeżarty defetyzmem, przy czym świnią z niezwykłym charakterem. Przygnębiające jest tylko to, że nazywał się hrabia Helmut von Moltke”.

Także po wojnie wielu spiskowców i aktywnych przeciwników Hitlera długo musiało czekać na uznanie. Wprawdzie antyfaszyści powracający z emigracji mieli poparcie władz okupacyjnych, ale dzieci skazanych na śmierć spiskowców często były szykanowane przez kolegów jako „dzieci zdrajców”, a w pierwszych latach Republiki Federalnej wdowy po zamordowanych musiały walczyć nie tylko o dobre imię swych mężów, ale i o renty po nich, w odróżnieniu od wdów po niejednym ze zbrodniarzy wojennych.

Dopiero w 1952 r. sąd zachodnioniemiecki wyraźnie stwierdził, że państwo nazistowskie nie było państwem prawa, lecz bezprawia, a żaden ze spiskowców nie był opłacany przez zagranicę, natomiast wszyscy działali z miłości do ojczyzny. Proces wytoczono majorowi Remerowi, który 20 lipca 1944 r. zablokował zamach stanu w Berlinie, a po wojnie stał się ikoną „wiecznie wczorajszych”. Założył neonazistowską Niemiecką Partię Rzeszy i publicznie nazywał Stauffenberga zdrajcą. Remer został skazany, ale przed uwięzieniem uciekł za granicę. Jego proces był przełomem. Przedtem zaledwie 38 proc. Niemców akceptowało czyn zamachowców, a po procesie – 58 proc.

Polityczny i mentalny świat niemieckich spiskowców i przeciwników Hitlera jest wielu Polakom obcy. Choć nie brak i takich, którzy widzieli w nich pokrewne dusze. Nie tylko Andrzej Szczypiorski. Również Anna Morawska, autorka kultowej wśród opozycyjnej i dysydenckiej młodzieży PRL książki o Dietrichu Bonhoefferze „Chrześcijanin w III Rzeszy”. Inne przykłady uniwersalnego znaczenia niemieckiego doświadczenia z hitleryzmem to modelowy charakter niemieckich analiz i – mimo wszystkich zaniechań i załgań – rozliczeń z nazizmem. Widzę je w „Korzeniach totalitaryzmu” Hanny Arendt, w „Lingua Tertii Imperii” Victora Klemperera o języku propagandy III Rzeszy, w „Kwestii winy” Karla Jaspersa o indywidualnej odpowiedzialności za zbrodnie czy eseju Tomasza Manna „Brat Hitler”. Aż po uklęknięcie w Warszawie kanclerza Niemiec Willy’ego Brandta, który sam był aktywnym antyfaszystą.

Arcybiskup Alfons Nossol, prezentując „Listy” w Opolu, zwracał uwagę na siłę chrześcijańskiej wiary i ekumeniczny, europejski duch Kręgu z Krzyżowej. To nie niemieccy spiskowcy i opozycjoniści obalili nazistowski totalitaryzm, lecz armie alianckie. Trzeba było długiego procesu wewnętrznej demokratyzacji Republiki Federalnej, by ich ofiara stała się częścią ideowego fundamentu zjednoczonych Niemiec. I nie ma żadnego powodu, by sąsiedzi tych „innych” Niemców lekceważyli.

Polityka 29.2018 (3169) z dnia 17.07.2018; Historia; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Niemieccy wyklęci"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną