Historia

Pierwszy dzień rewolucji

Sierpień 1980: jak ruszyła rewolucja

Brama Stoczni Gdańskiej podczas strajku załogi w sierpniu 1980 r. Brama Stoczni Gdańskiej podczas strajku załogi w sierpniu 1980 r. Adam Gierek / EAST NEWS
Rozpoczęcie strajku w Stoczni im. Lenina w sierpniu 1980 r. nie było jeszcze historycznym przełomem. Prawdziwa rewolucja zaczęła się w chwili, kiedy Lech Wałęsa ogłosił zakończenie protestu i kazał ludziom wracać do domu.
Robotnicy oczekujący na wynik rozmów Komitetu Strajkowego z dyrekcją przedsiębiorstwa.Mirosław Stępniak/Reporter Robotnicy oczekujący na wynik rozmów Komitetu Strajkowego z dyrekcją przedsiębiorstwa.

Artykuł w wersji audio

Pojedyncze protesty wybuchały w całym kraju od początku lata 1980 r., gdy ogłoszono kolejne podwyżki cen mięsa. Do zorganizowania swojej akcji szykowali się także gdańscy opozycjoniści. Bogdan Borusewicz, wraz ze stoczniowcami Jerzym Borowczakiem, Bogdanem Felskim i Ludwikiem Prądzyńskim, planował poderwać do walki Stocznię im. Lenina. Wszystko zaczęło się 14 sierpnia. Zatrzymano zakład i przedstawiono żądania: głównie przyznania podwyżek oraz przywrócenia do pracy działającej w Wolnych Związkach Zawodowych Anny Walentynowicz. Stoczniowców czekały trudne negocjacje z kierownictwem przedsiębiorstwa. Do ich prowadzenia powołano Komitet Strajkowy, na którego czele stanął Lech Wałęsa.

Nie był to jednak Wałęsa, którego znamy z czasów Solidarności. Choć działał w opozycji, nie stał wcale w pierwszym szeregu: daleko było mu choćby do Borusewicza czy Andrzeja Gwiazdy. Był weteranem Grudnia 1970 r., ale nie był wcale powszechnie rozpoznawalny. Jeden z uczestników strajku wspominał: „Leszek Wałęsa wszedł na spychacz i powiedział, że przeskoczył przez płot. Jestem pewien, że większość załogi, która była zebrana przy spychaczu, pierwszy raz widziała Leszka (…). Zaczęli niektórzy pytać, kto to jest ten z wąsem”. Miał charyzmę, natomiast brakowało mu większego doświadczenia, a panowania nad tłumem miał się dopiero nauczyć. Początkowo nie dawał sobie rady z opanowaniem chaosu w stoczni i utrzymaniem porządku wśród protestujących. Nie było to zresztą łatwe zadanie.

Stoczniowa republika

Strajkujący nie stanowili zwartej grupy, toteż Wałęsa i Komitet Strajkowy musieli grać na wielu fortepianach. Przemawiali jednocześnie do robotników zgromadzonych w sali BHP i do tłumu zgromadzonego przy bramie nr 2. W sali prowadzono negocjacje i trudne rozmowy, panowała atmosfera napięcia i skupienia. Tymczasem stoczniowa agora rządziła się innymi prawami. Lech Kaczyński wspominał: „Była to specyficzna giełda polityczna, na której wygłaszano najróżnorodniejsze mowy i przemówienia – obok politycznych także ekspiacyjne czy wręcz maniakalne”. Zdarzało się, że zgromadzeni pod bramą robotnicy podchodzili pod salę, trzeba było przerywać negocjacje, uspokajać ich i namawiać do powrotu. W okiełznaniu tego żywiołu pomagały proste zabiegi socjotechniczne.

Najbardziej skuteczne było intonowanie śpiewu. Jerzy Borowczak wspominał moment, kiedy pod bramą ktoś krzyknął: „Na Komitet Wojewódzki”. Konsekwencje takiego kroku mogły być opłakane, podobnie jak w 1970 r. Borowczak znalazł się pod ścianą: „Jakby był Wałęsa albo Borusewicz, to może byśmy sobie lepiej poradzili z ludźmi. Ja miałem wtedy 21 lat. Nie wiedziałem, co robić”. Zdesperowany, zaczął śpiewać hymn, najgłośniej, jak potrafił. Zadziałało. Ludzie się przyłączyli, nikt nie ruszył się z miejsca. Samorodnym mistrzem socjotechniki okazał się jednak Wałęsa. Intonował śpiew, wzywał do solidarności, upewniał o rychłym zwycięstwie i słuszności prowadzonej walki. Miał bardzo dobre wyczucie emocji strajkujących. Szybko nauczył się z jednej strony podkreślać własną pozycję („Ja ogłoszę zakończenie strajku”), a z drugiej zgłaszał gotowość do odejścia, jeżeli taka będzie wola protestujących („Ja jestem jedynie sługą”). Dla liderów strajku trudnym zadaniem nie było jednak tylko mierzenie się z niestałymi emocjami tłumu.

Problem polegał na tym, że Wałęsa, Borusewicz i inni musieli być przygotowani także na sprytne zagrywki kierownictwa zakładu i władz partyjnych. Dla Tadeusza Fiszbacha, I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, nie był to pierwszy protest, z którym musiał sobie radzić. Ściągnięty z urlopu wydał polecenie „wprowadzenia naszych działaczy do komitetów strajkowych”. Przed rozpoczęciem kolejnej tury negocjacji dyrektor stoczni poprosił, żeby poszerzyć Komitet Strajkowy o dwie osoby z każdego wydziału. Strajkujący przystali na tę propozycję. „Nie przewidywaliśmy żadnej pułapki” – wspominała Anna Walentynowicz. Tymczasem było to błyskotliwe zagranie, które pozwoliło dyrekcji na wypromowanie swoich stronników. Kiedy kierownictwo strajku zrozumiało swój błąd, było już za późno: „Widzę, że część negocjatorów (…) wyraźnie trzyma stronę dyrekcji”, wspominał Borusewicz. W tym samym czasie dyrektor zgłosił gotowość do daleko idącego kompromisu. Jego wystąpienia zaczęły się spotykać z ciepłym przyjęciem, nawet oklaskami. Nie tylko ze strony klakierów, ale także zwykłych stoczniowców. Dyrektor zapewnił, że zarówno Wałęsa, jak i Walentynowicz („Bardzo sympatyczna pracownica”) zostaną przywróceni do pracy.

Trzeciego dnia strajku, 16 sierpnia, dyrekcja zgodziła się na większość przedstawionych żądań: podwyżkę, gwarancje bezpieczeństwa, powstanie nowych związków zawodowych na terenie stoczni, uczczenie pamięci poległych w Grudniu 1970 r. Stało się jasne, że większość stoczniowców była zadowolona i z ulgą oczekiwała zakończenia protestu. „Wygląda na to, że za chwilę delegaci przegłosują zakończenie strajku – wspominał Borusewicz. – Siedzę przy Wałęsie, szarpię go za marynarkę i szepczę: Przeciągaj, przeciągaj! A on mi odpowiada, że nie jest w stanie. Nie da rady przeciągać”.

Uratować strajk

Nastąpił moment krytyczny strajku. Przy aprobacie nowych członków Komitetu Strajkowego przegłosowano zakończenie protestu. Decyzję ogłosił Lech Wałęsa. Początkowo nie spotkało się to ze sprzeciwem. Jeden ze świadków wspominał, że „słowa te [o zakończeniu strajku] wywołały radość wśród stoczniowców i osób zebranych przed bramą. Przyjęto je oklaskami”. To był punkt zwrotny, który mógł zadecydować o całej historii Polski.

Po latach wydarzenie obrosło legendami. Ci, którzy weszli z Wałęsą w konflikt, chętnie posądzali go o zdradę. Anna Walentynowicz wspominała po latach z goryczą, że „szczęśliwy Wałęsa wstał (…) i ogłosił zakończenie strajku. (…) Stałam przed salą BHP ogłupiała i bezradna. Dlaczego to zrobił? (…) A może Wałęsa miał wypełnić ściśle określone zadanie? Wkraść się w szeregi opozycji, zdobyć takie zaufanie i sympatię, aby – w razie nieuchronnego strajku – stanąć na czele protestujących, zdesperowanych robotników i pokierować wszystkim według z góry określonego scenariusza”. Sęk w tym, że taka interpretacja zyskiwała na popularności wraz z zaostrzeniem się konfliktu wśród solidarnościowych liderów. Wcześniej nikt o tym nie mówił.

Sama Walentynowicz, niedługo po podpisaniu Porozumień Sierpniowych, opowiadała tak: „I – o dziwo – zgodziliśmy się na to [porozumienie z dyrektorem] i pan Wałęsa ogłosił strajk za zakończony. Ale potem zdaliśmy sobie sprawę – dosłownie to było chwilę potem – co będzie z tymi zakładami, które nam pomogły”. Zdarzało się jej nawet bronić Wałęsy, wskazując na jego wycieńczenie: „Przegłosowaliśmy, (…) zażądałam przerwy, ponieważ Lech Wałęsa bez mikrofonu, którym się posługiwaliśmy, był tak zachrypnięty, że naderwane [miał] struny głosowe, że nie mógł mówić. (…) wychodzimy na zewnątrz, okazuje się, załoga nam opowiada ze łzami w oczach, coście porobili”.

W rzeczywistości nie było żadnego spisku. Był to splot wielu czynników – braku doświadczenia liderów, przemyślanej strategii i taktyki, kontroli nad tłumem. Wałęsa, zamiast forsować swoje zdanie, reagował tak, jak pozwalała mu sala i Komitet Strajkowy.

Jeszcze przed zakończeniem strajku wysłannik ze Stoczni im. Komuny Paryskiej przybył do Stoczni im. Lenina i poinformował, że z jego zakładem nikt nie chce prowadzić rokowań. Prosił o wsparcie. W odpowiedzi usłyszał, iż nie będzie „ktoś przychodził i nam [coś] narzucał (…). My reprezentujemy Stocznię Gdańską. Dopiero po załatwieniu [naszych postulatów] możemy myśleć o innych sprawach”. Kiedy Wałęsa wspominał o racjach załóg innych zakładów, zagadywali go na zmianę dyrektor i członkowie Komitetu Strajkowego, pytając, czyje interesy właściwie reprezentuje. 15 sierpnia pod budynek dyrekcji Stoczni im. Lenina przybyło kilkaset osób ze Stoczni Północnej. Wałęsa obiecał im stworzenie wspólnego Komitetu Strajkowego. Problem polegał jednak na tym, że nie mógł on polegać już nawet na własnym stoczniowym komitecie, nie mówiąc już o możliwości jego dalszego poszerzania.

Tymczasem kiedy Wałęsa ogłosił zakończenie strajku, w Trójmieście protestowało nawet 85 tys. osób. I wszystkie zakłady, chcąc nie chcąc, patrzyły na stocznię. To, co się stało, odczytywano jako zdradę. Jerzy Borowczak wspominał, że po odwołaniu strajku zaczęli się zbiegać robotnicy z innych zakładów oraz ci, którzy mieli tam dzieci lub rodzinę – „coś ty zrobił” krzyczeli. Robotnicy ze Stoczni Remontowej, którzy usłyszeli o odwołaniu strajku, wrzeszczeli: „Zdrajcy. Zostawiliście nas”. Umiarkowane poczucie wygranej znikło. Przywódcy protestu poczuli się jak łamistrajki. Pod presją Lech Wałęsa dokonał wolty: „Dobrze, chcecie strajkować, będziemy strajkować”. Ale słowa to za mało: strajk trzeba było uratować.

Narodziny legendy

Zatrzymanie robotników na terenie stoczni nie było łatwe. Dyrekcja przejęła kontrolę nad radiowęzłem i nadawała komunikat o zawartym porozumieniu oraz konsekwencjach grożących za jego nierespektowanie. Jedynym ratunkiem było udanie się pod bramy i apelowanie do wychodzących. Był to początek legendy trzech kobiet: Anny Walentynowicz, Aliny Pieńkowskiej i Ewy Ossowskiej. To one zostały zapamiętane jako bohaterki walczące o zatrzymanie fali wychodzących robotników.

Ale byli też inni: działacze Wolnych Związków Zawodowych i opozycji demokratycznej oraz zwykli ludzie. Jeden ze świadków wspominał, że gdy stoczniowcy opuszczali zakład, to ich matki i żony mówiły: „Jak szczury uciekacie, wstyd (…). Koło mnie stoi taka kobieta i mówi: »Boże, żeby mnie tylko mój syn tego nie zrobił, żeby nie wyszedł«”. Pod bramami czekali także robotnicy z innych zakładów. Dochodziło do scysji. Przy bramie nr 3 dwaj młodzi ludzie próbowali zatrzymać wylewający się strumień, dochodziło nawet do rękoczynów. Świadkowie opowiadali, że również pod bramą nr 1 „doszło do awantur, wyzwisk, niemal bijatyki między wychodzącymi a pozostającymi”. Trzy kobiety walczące o zamknięcie bram i kontynuowanie strajku miały duży wpływ, bo robotnicy nie chcieli się z nimi szarpać – chcąc nie chcąc, musieli ich wysłuchać. Nie zabrakło Wałęsy, który stał na wózku i nawoływał do pozostania. Rzeka odchodzących jednak płynęła. Cała stocznia zatrudniała ponad 16 tys. osób. Na noc z 16/17 sierpnia na jej terenie pozostało co najwyżej 1 tys. Być może mniej, świadkowie oraz źródła wojskowe i esbeckie podają bardzo rozbieżne szacunki.

Tej nocy powołano do życia słynny Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zrzeszający przedstawicieli licznych zakładów z Trójmiasta. Jednak tym razem przy ustalaniu składu nie było już mowy o żadnej demokracji czy proporcjonalnej reprezentacji. Jak wspominał Bogdan Borusewicz: „To nie były wybory. Siedzieliśmy z Wałęsą i sami wskazywaliśmy ludzi. Swoich. Mieliśmy już nauczkę z delegatami wydziałowymi. Kiedy ludzie się nie znają, nie wiadomo, na co można liczyć, nie ufają sobie wzajemnie, niekiedy boją się”. Zwarte kierownictwo złożone z zaufanych i sprawdzonych osób dawało gwarancję uniknięcia starych błędów. Wałęsie zakończenie strajku puszczono w niepamięć. Jak wspominała Walentynowicz: „Byliśmy wszyscy na sali, kiedy Lech zapytał nas: »Przez trzy dni przewodniczyłem. Czy pozwolicie mi dalej przewodniczyć? Jak nie będę się nadawał, to mnie zmienicie«. Zgodziliśmy się”.

Stworzenie MKS było przełomem, bo wraz z nim rozpoczął się wielki strajk solidarnościowy. Była to sytuacja zupełnie niespotykana, wymagająca skodyfikowania wspólnych celów walki. Opozycjoniści, którzy dopiero co kończyli strajk, przystąpili do układania listy żądań, które do historii przejdą pod nazwą 21 postulatów. Było to uniwersalne przesłanie, polityczne i społeczne, które scementowało rodzący się ruch. Wśród słynnych postulatów znalazły się żądania socjalne: podniesienia wynagrodzeń, zwiększenia płac proporcjonalnie do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza, poprawy zaopatrzenia w artykuły żywnościowe, obniżenia wieku emerytalnego i wprowadzenia płatnego urlopu macierzyńskiego na okres trzech lat. Pierwsze miejsca zajmowały jednak żądania natury politycznej, wśród nich „akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”.

Kiedy stoczniowcy zaczynali swój strajk, nikt w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że ich protest stanie się ogólnopolskim symbolem. Tak naprawdę nikt nie wybiegał swoimi planami poza pierwszy kluczowy moment – zatrzymanie zakładu. A co potem? „Jakoś to będzie”. Dopiero zakończenie pierwszej fazy strajku pokazało, jak ważna stała się stocznia dla innych zakładów. Ten moment uświadomił liderom protestu oraz wielu robotnikom, jak wielki potencjał drzemie w idei wspólnej walki. Rozpoczęcie nowego strajku, prowadzonego w imię uniwersalnych wartości, było prawdziwym momentem rewolucyjnym. To był fundament narodzin Solidarności.

Polityka 32.2018 (3172) z dnia 07.08.2018; Historia; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Pierwszy dzień rewolucji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dekolonizacja Pacyfiku trwa. Jest nowe nowe państwo

20 lat po zakończeniu wojny domowej Bougainville 98 proc. uczestników referendum opowiedziało się za niepodległością. Na razie jednak trudno być optymistą, co do przyszłości tego niewielkiego kraju.

Dominik Sipiński
11.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną