Historia

Żagiew światowej republiki rad

Niemiecka rewolucja komunistyczna

Karl Liebknecht nawołuje do rewolucji w Berlinie, styczeń 1919 r. Karl Liebknecht nawołuje do rewolucji w Berlinie, styczeń 1919 r. AKG / BEW
Sto lat temu Niemcami wstrząsnęła rewolucja, która spowodowała rozłam tamtejszej lewicy. Efekty są odczuwalne do dziś.
„Głosuj na Spartakusa” – plakat wyborczy z 1918 r.Erich Lessing/AKG/BEW „Głosuj na Spartakusa” – plakat wyborczy z 1918 r.
Wojska rządowe ulokowane na Bramie Brandenburskiej ostrzeliwują rewolucjonistów spartakusowców, styczeń 1919 r.AKG/BEW Wojska rządowe ulokowane na Bramie Brandenburskiej ostrzeliwują rewolucjonistów spartakusowców, styczeń 1919 r.
Plakat propagandowy z 1919 r.: „Bolszewizm pogrąża świat we krwi”.Galerie Bilderwelt/Getty Images Plakat propagandowy z 1919 r.: „Bolszewizm pogrąża świat we krwi”.
Pogrzeb Karla Liebknechta i 31 ofiar rewolucji styczniowej 1919 r. Krzyżykami oznaczone są trumny Karla Liebknechta i Róży Luksemburg (jej trumna była pusta, bo ciało zamordowanej odnaleziono dopiero po kilku miesiącach).Berliner Verlag Archiv Pogrzeb Karla Liebknechta i 31 ofiar rewolucji styczniowej 1919 r. Krzyżykami oznaczone są trumny Karla Liebknechta i Róży Luksemburg (jej trumna była pusta, bo ciało zamordowanej odnaleziono dopiero po kilku miesiącach).

W styczniu 1919 r. zdawały się sprawdzać nadzieje bolszewików, że to już nie pożar rosyjskiego stepu, lecz żagiew komunistycznej Dobrej Nadziei rzucona do stolic Europy. Za najważniejszy kraj w rewolucji światowej Lenin uważał Niemcy. Jesienią 1918 r. po załamaniu się niemieckiej ofensywy na Zachodzie sztab generalny nalegał na szybkie zawieszenie broni, a w kraju na oddanie realnej władzy parlamentowi. Pomysł na „odgórną rewolucję” jednak nie wypalił, bo od rewolty marynarzy 3 listopada w Kilonii zaczęła się w Niemczech „rewolucja oddolna”. Wyglądała na kopię rosyjskiej, bo rady żołnierskie wkrótce dotarły do Berlina.

Jednak niemiecki listopad 1918 r. nie był żadnym naśladownictwem. Wtedy w Niemczech nie było jeszcze emisariuszy Lenina. Nie przewodziły też radom rewolucyjne ugrupowania niemieckiej socjaldemokracji, jak Związek Spartakusa, bo Karl Liebknecht czy Róża Luksemburg ledwo co wyszli z więzienia. Nie była to też rewolucja bolszewicka, bo partie mieszczańskie miały mieć w Reichstagu takie znaczenie jak socjaldemokracja (SPD) w cesarstwie wilhelmińskim – podkreśla Sebastian Haffner w „Zdradzonej rewolucji” (1968). Jej bohaterami nie byli zawodowi rewolucjoniści, lecz „masy”. I – wbrew późniejszej legendzie prawicy – nikt nie wbił armii „noża w plecy”, ponieważ już nie była w stanie zatrzymać ofensywy ententy. Sztab generalny świadomie podrzucił cywilom zatrute jabłko odpowiedzialności za wojnę i pokój.

Najsilniejszą partią w Niemczech była socjaldemokracja. W 1912 r. głosowała na nią niemal jedna trzecia uprawnionych i było kwestią czasu, kiedy przejmie współodpowiedzialność za cesarstwo. Jej teoria jeszcze była rewolucyjna, ale praktyka reformistyczna – i nie mogła być inna.

Wybuch wojny latem 1914 r. ujawnił głębszą sprzeczność – między lojalnością wobec własnego państwa i międzynarodową solidarnością socjalistów. Jeszcze w lipcu przywódcy SPD próbowali uzgodnić z francuskimi towarzyszami wspólną akcję w obronie pokoju. Zorganizowali wielotysięczną demonstrację w Berlinie. Jednak gdy Rosja ogłosiła mobilizację – ulegli. W Reichstagu nawet syn założyciela partii Karl Liebknecht głosował – choć z oporami – za kredytami wojennymi. Dopiero 2 grudnia – jako jedyny – był przeciwko. Za nim poszli inni i zostali wykluczeni z partii. Wiosną 1917 r. utworzyli niezależną USPD, do której przyłączył się Związek Spartakusa – grupa międzynarodowych socjalistów i niemieckich pacyfistów oburzonych na wojenny patriotyzm SPD. W 1916 r. Róża Luksemburg i Karl Liebknecht zostali za defetyzm skazani na wieloletnie więzienie.

9 listopada 1918 r. „niezależni” z USPD się spóźnili. To „większościowa” SPD proklamowała z Reichstagu niemiecką republikę. Dopiero dwie godziny później Liebknecht z balkonu Zamku Królewskiego ogłosił konkurencyjną republikę socjalistyczną. I niebawem przegrał spór programowy. Ani on, ani Róża Luksemburg nie uzyskali mandatu na zjazd rad robotniczych, który 19 grudnia przeważającą większością odrzucił wniosek o utworzenie „niemieckiej republiki rad” na wzór bolszewicki. 517 zebranych chciało „republiki socjalnej”, która połączyłaby parlamentaryzm z demokratycznie wybieranymi radami, wprowadzała kontrolę socjalną przemysłu, ale bez upaństwowienia całej gospodarki.

Po tej przegranej USPD wycofała się z utworzonej 10 listopada Rady Pełnomocników Ludowych (rządu tymczasowego, składającego się z trzech przedstawicieli SPD i trzech USPD), a grupa uzbrojonych żołnierzy próbowała w noc wigilijną rozpędzić resztę Rady. Bezskutecznie. Z kolei w noc sylwestrową 1918/19 czołowi członkowie Związku Spartakusa – z Liebknechtem, Różą Luksemburg, Jogichesem, Mehringiem, Pieckiem – w obecności emisariusza Lenina, Karola Radka – założyli Komunistyczną Partię Niemiec.

To działacze dawnej polskiej SDKPiL stanęli na czele garstki niemieckich komunistów, podkreśla Gerd Koenen, autor dziejów komunizmu od pierwszych chrześcijan do dzisiejszych chińskich mandarynów – „Die Farbe rot” (Kolor czerwony, Monachium 2017). Trzeba dodać, że byli ostro ze sobą skłóceni: „Nam tu nie trzeba bolszewickich komisarzy”, rzuciła Radkowi na powitanie Róża Luksemburg – kiedyś jego protektorka, a potem zdecydowana przeciwniczka.

Krwawy dramat, jaki się rozegrał w styczniu 1919 r. w Berlinie, Bremie, a wkrótce i Monachium, pokazał, że poza Rosją bolszewicki scenariusz jest nie do przeprowadzenia, choć Radek zapewniał współzałożycieli KPD, że nadciąga „międzynarodowa wojna domowa” i nakazem chwili nie jest „defetystyczny pacyfizm”, lecz rewolucyjny sprzeciw wobec „przyszłego dyktatu pokojowego” i okupacji Niemiec przez ententę. Moskwa – mówił – oferuje Niemcom sojusz w walce ramię w ramię – nad Renem i na Uralu. Za co socjaldemokratyczny „Vorwärts” nazwał go „podżegaczem do wojny światowej”.

W historii bywa tak, że słowa ważą więcej niż realia. W grudniu 1918 r. w Berlinie trwały marsze głodowe, byli też uzbrojeni marynarze i natchnieni agitatorzy. Zarazem Róża Luksemburg i Radek wiedzieli, że w Berlinie komuniści nie mają „nawet pięćdziesięciu ludzi”. Jednak do wybuchu doszło.

4 stycznia rząd zdymisjonował prezydenta policji, należącego do lewego skrzydła USPD. W odpowiedzi uzbrojeni spartakusowcy – wśród nich także prowokatorzy – zajęli redakcję i drukarnię „Vorwärts” i innych berlińskich gazet.

5 stycznia 70 członków KPD i USPD wezwało do strajku, formując tymczasowy komitet rewolucyjny.

6 stycznia do centrum miasta napłynęło pół miliona ludzi – jednak raczej gapiów niż uczestników starć. Tymczasem Komitet (53 osoby!) był skłócony i niezdecydowany.

7 stycznia Ebert zerwał rozmowy z okupującymi i przekazał zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi w mieście Gustawowi Noske, który od lat miał dobry kontakt z generałami, a teraz ochotnikom z Freikorpsów polecił obsadzić strategiczne punkty miasta.

8 stycznia rząd wezwał ludność do obrony rządu. Pojawiły się też ulotki, że „nadciąga godzina obrachunku”.

Z kolei USPD i KPD 9 stycznia wezwały do walki z „rządowymi judaszami”, których miejsce jest „w więzieniu i na szafocie”.

11 stycznia Noske nakazał szturm zajętych redakcji. Zginęło 156 osób.

13 stycznia w „Vorwärts” ukazał się haniebny wiersz „Kostnica”: Czy to proletariusze pierwsi wzięli broń do ręki? Nie, to Spartakus! Teraz 400 proletariuszy leży pokotem, ale nie ma wśród nich Karla, Róży, Radka i ich kumpli, bo nie są proletariuszami!

I 15 stycznia już byli. Oficerowie Freikorpsów wyciągnęli z domów, zmasakrowali i zamordowali Różę Luksemburg i Karla Liebknechta. Radkowi udało się ukryć, a Wilhelmowi Pieckowi udało się uciec (w 1949 r. zostanie w NRD głową państwa).

Poparcie wojny w 1914 r., „zdradzona rewolucja” w listopadzie 1918 r. oraz sojusz „większościowej” SPD z prawicową soldateską w styczniu 1919 r. pozostawiły głęboką ranę na niemieckiej lewicy. I nie udało się jej zasklepić przez sto lat pokrętnej historii. Konsekwencje są do dziś wyczuwalne. Ciągną się od zawziętej niechęci wielu niemieckich komunistów do weimarskiej demokracji po uraz socjaldemokratów do komunistów za stalinowskie oskarżanie SPD o „socjalfaszyzm”. Urazy trwały także po wojnie, spowodowane przymusowym zjednoczeniem SPD z KPD w radzieckiej strefie w 1946 r., a w Niemczech zachodnich wprowadzonym w 1972 r. akurat przez rząd SPD zakazem pracy w służbie publicznej dla radykałów, a więc także członków DKP, trockistów czy maoistów. Dziś ta awersja przejawia się lodowatą koegzystencją w Bundestagu topniejącej w oczach SPD i zamkniętą we własnym środowisku partią Lewicy (Die Linke).

Róża Luksemburg i Karl Liebknecht są po dziś dzień ikonami niemieckiej lewicy, ale sąd historyków o ich roli w styczniu 1919 r. jest surowy. Historyk Heinrich August Winkler w „Długiej drodze na Zachód” (wyd. polskie 2007) stwierdza, że zwłaszcza Liebknecht był współwinny przelanej wówczas krwi, ponieważ „wbrew wszelkiemu rozsądkowi” nawoływał do obalenia rządu. Również Róża Luksemburg wbrew swym przekonaniom poparła pucz radykalnej mniejszości, który mógł doprowadzić do „wojny domowej w całych Niemczech i interwencji aliantów”. Przy czym – puentuje Winkler – nic nie usprawiedliwia brutalnego mordu na nich.

Wybory do Reichstagu 19 stycznia przy 83 proc. frekwencji wygrała SPD, otrzymując 38 proc. głosów, a USPD 8 proc. Prawica – od narodowych liberałów po narodowców – 15 proc. Filarami „weimarskiej koalicji” były odtąd SPD, liberałowie i katolickie Centrum. To one autoryzowały konstytucję liberalnego i socjalnego państwa prawa.

Niemniej niemieckiej demokracji nadal zagrażały: szok klęski, szalejąca inflacja, tysiące strajków, zabójcza epidemia grypy, utrata stanowych przywilejów i nienawiść do nowego ładu i jego plebejskich eksponentów. Konwulsje trwały – z lewa i prawa.

Po lewej w Bremie i Monachium. Bremeńska Republika Rad została ogłoszona 10 stycznia przez USPD i KPD. Po wyborach do Reichstagu została, wśród kłótni między socjalistami i komunistami, rozbita przez wojsko. Zginęło 24 żołnierzy i 28 robotników. Monachijska zaczęła się 3 kwietnia – od wygnania socjaldemokratycznego rządu do Augsburga – a skończyła na początku maja interwencją Freikorpsów i powrotem rządu. W walkach i samosądach zginęło ponad 1000 osób. Po czym komunistyczne ruchawki wybuchały po 1923 r. – w Zagłębiu Ruhry i Saksonii.

Natomiast po prawej stronie w 1920 r. wojskowy pucz Kappa zablokowany został przez strajk generalny berlińczyków, a 9 listopada 1923 r. w Monachium groteskowy pucz bezrobotnego agitatora padł pod strzałami policji: Adolf Hitler szedł do władzy pod znakiem swastyki i z narodowym socjalizmem na ustach, ale w towarzystwie feldmarszałka przegranej armii Ludendorffa.

W Moskwie wiosną 1919 r. mimo klęski Spartakusa nadal liczono na światową rewolucję i na Niemcy. W odpowiedzi na rozpoczynającą się w styczniu w Paryżu konferencję pokojową i nieudane lutowe spotkanie w Bernie socjalistycznej Międzynarodówki – zakończone zresztą awanturą wokół propozycji akurat USPD, by wesprzeć demokrację parlamentarną, a nie dyktaturę – na łeb na szyję zwołano w Moskwie międzynarodówkę komunistyczną.

Towarzystwo było co prawda międzynarodowe, ale tylko 9 osób przyjezdnych. Większość stanowili byli jeńcy wojenni lub cywile internowani w czasie wojny w głąb Rosji. Niektórzy z 51 zebranych dopiero na sali dowiadywali się, o co chodzi. Ustalono, że po zwycięstwie rewolucji w Niemczech siedzibą komitetu wykonawczego Kominternu będzie Berlin, a lingua franca światowej rewolucji – niemiecki, na kontrze wobec angielszczyzny międzynarodówki kapitału i francuszczyzny międzynarodówki dyplomatów.

To się zmieniło po śmierci Lenina w 1924 r. wraz ze stalinowską „budową socjalizmu w jednym kraju”. Ponieważ Stalin nie znał niemieckiego, więc językiem roboczym stał się rosyjski, a Komintern – narzędziem już nie światowej rewolucji, lecz interesów ZSRR.

Wiosną 1919 r. mogło się jeszcze wydawać, że uda się połączyć rewolucję rosyjską z niemiecką poprzez Węgry i Austrię, ponieważ do „węgierskiej republiki rad” Béli Kuna garnęli się także węgierscy wojskowi, licząc na wsparcie Armii Czerwonej przeciwko zarysowującej się w Paryżu amputacji Wielkich Węgier. Jednak terror czekistów wielu zniechęcił, a wspierana przez ententę interwencja Rumunii w lipcu złamała kark węgierskim bolszewikom. Po czym „biały terror” admirała Miklósa Horthyiego był nie mniejszy niż uprzednio „czerwony”. Pochód rewolucji do Włoch i Niemiec został zatrzymany, a Komintern stracił impet.

Odzyskał go w czasie wojny z Polską. II zjazd Kominternu odbył się w lipcu–sierpniu 1920 r. Przewodniczący Grigorij Zinowiew odczytał regułę światowego zakonu komunizmu. Partie członkowskie są „sekcjami” jednolitej światowej leninowskiej „partii nowego typu”, opartej o zasady „centralizmu demokratycznego”, w której obowiązują odgórne wytyczne sprawdzonych towarzyszy. Przekaz dnia był wyraźny: w Europie i Ameryce walka klas przechodzi w wojnę domową, więc partie komunistyczne winne równolegle do legalnych struktur stworzyć tajne, a zarazem pozbyć się reformistów, pacyfistów i „lewaków” (Lenin).

Delegaci Kominternu usłyszeli o budowie „światowej republiki radzieckiej”. A w tym samym czasie Tuchaczewski w rozkazie do swych żołnierzy słał wizję rewolucyjnego zbawienia: „Nadszedł dzień zapłaty… przez trupa Białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze. Na naszych bagnetach przyniesiemy szczęście i pokój masom pracującym. Na zachód!”. To nie była bagatelka, Rosja radziecka rzuciła na front 800 tys. żołnierzy, w tym 100 tys. ochotników. Ta armia niczym kula śniegowa miała mimo strat niepowstrzymanie przetaczać rewolucję, odradzając się z lokalnego poparcia.

W Europie leninowska „światowa rewolucja” została zatrzymana na Wiśle przez wojsko polskie, tak jak przed rokiem na Węgrzech przez Rumunów i Horthyiego, a w Niemczech przez legalizm i reformizm socjaldemokratów, stawiających na współpracę z częścią konserwatywnych wilhelmińskich elit. Jednak w półksiężycu wojen granicznych, czystek etnicznych i masakr od kresów rozpadającej się Turcji, poprzez Bałkany i Europę Wschodnią toczyła się nadal, pochłaniając w latach 1918–23 kilkanaście milionów ofiar. Przy czym bolszewików „pieśni zew” rzeczywiście nie znał granic ni kordonów. Pod tym względem Lenin był zupełnie inną postacią w dziejach niż Atatürk czy Piłsudski. Oni budowali zamknięte w sobie państwa, a Armia Czerwona Lenina ruszała w długi marsz do okrutnego zbawiania ludzkości.

W tajnej mowie z września 1920 r. ujawnionej dopiero w 1990 r. Lenin przyznawał, że celem wojny z Polską – przed którą zresztą Radek przestrzegał – była władza rad w Europie Środkowej i mobilizacja narodowo-rewolucyjnych sił w Niemczech, nawet jeśli sojusz skrajnych nacjonalistów z komunistami czy czarnosecińców z bolszewikami „jest dla nas nienaturalny”. I te skrajności rzeczywiście się w Niemczech stykały w postaci „narodowego bolszewizmu” – wizji silnego państwa wolnego od walki klas i partyjniactwa, które współdziałałoby z bolszewicką Rosją. To była pokusa nie tylko wśród konserwatywnych wojskowych i dyplomatów, którzy w 1922 r. doprowadzili do porozumienia z Rapallo. Samo pojęcie „narodowego bolszewizmu” sformułowali hamburscy współzałożyciele KPD, ale przyjęło się także w środowisku tzw. rewolucji konserwatywnej, a i kusiło lewe skrzydło NSDAP wokół braci Strasserów…

Dla masowych partii socjalistycznych, które właśnie odnosiły sukcesy wyborcze, utworzenie Kominternu było katastrofalne. We Włoszech umożliwiło Mussoliniemu dojście w 1922 r. do władzy, bo sparaliżowało socjalistów, którzy – jako jedyni – nie ulegli szowinizmowi w czasie wojny. Podźwignęli się dopiero w latach 40. Z kolei niemiecka USPD, która w 1920 r. w wyborach do Reichstagu otrzymała już 17,9 proc. głosów (SPD 21,6 proc., a KPD 2,1 proc.), zawisła w próżni. Wyszła z międzynarodówki socjalistycznej, ale nie została przyjęta do komunistycznej. Po czym część jej członków przeszła do KPD, a większość wróciła do SPD.

Globalna dynamika bolszewików bynajmniej nie ograniczała się do Europy. Do Londynu i Nowego Jorku można dotrzeć „także przez Ganges i Jangcykiang”, głosił Lenin. I gdy na I „zjeździe ludów Wschodu” w Baku wezwano do wojny z Imperium Brytyjskim, to wśród zebranych w turbanach i z kindżałami za pasem wybuchł święty ogień: dżihad w imię Marksa, czemu nie! Radkowi, teraz sekretarzowi Kominternu, odebrało mowę, gdy któryś rzucił mu się do nóg, pisze Wolf-Ditrich Gutjahr w sążnistej biografii Radka „Musi być rewolucja” („Revolution muss sein”, Kolonia 2012).

Baku to epizod. Ale porównanie Lenina do Mahometa pozostało. I rzeczywiście, w ciągu 30 lat – na fali dwóch wojen światowych i światowego kryzysu 1929 r. – jego rewolucja ogarnęła jedną trzecią ludzkości! W 1945 r. komunizm zagarnął połowę Europy i dotarł do Chin, choć to łacińskie pojęcie tam przełożono jedynie opisowo: gòng chaˇn zhǔ yì (共产主义) – wspólne odrodzenie rządów sprawiedliwości. Co dziś jest etykietą połączenia agresywnego kapitalizmu z nieograniczoną władzą partyjnych mandarynów w imię konfucjańskiej harmonii, a nie walki klas. Podobnie jak u Lenina niewiele tu z marksowskiej emancypacji jednostki w uspołecznionych środkach produkcji.

Porównanie komunizmu z wojną religijną nie jest nowe. Eric Hobsbawm, rocznik 1917, brytyjski komunista lat 40. i wybitny historyk, w „Wieku skrajności” (1994) – właśnie wznowionym przez „Krytykę Polityczną” – widział w zawodowych rewolucjonistach Kominternu, którzy „kraje zmieniali częściej niż buty” (Brecht), powtórkę średniowiecznego Kościoła wojującego, klasztornej dyscypliny i impetu krzyżowców w czasach walk o Królestwo Jerozolimy i nawracania pogan w naszej części Europy. Zaś leninowskie „partie nowego typu” uważał za okrutny, ale niezbędny wehikuł postępu; poprzez ruchy narodowowyzwoleńcze w ciągu 50 lat wcisnęły ludzkość w niezbędne imadła nowoczesnych państw. To oni, przeczołgani przez czystki, tępienie partyjnej herezji, nauczeni ślepego posłuszeństwa i zapierania się siebie w publicznych aktach samokrytyki, byli rycerzami mieczowymi nowej wiary. I tak też Stalin nazwał Komintern – nowym Zakonem Kawalerów Mieczowych, zanim w 1943 r. w czasie swojej „świętej wojny ojczyźnianej” rozwiązał Komintern, szykując się do tworzenia „demokracji ludowych” na terenach, które zajmie Armia Czerwona oraz kierowane przez komunistów ruchy narodowowyzwoleńcze.

Ćwierć wieku młodszego Gerda Koenena, w latach 70. członka komunistycznych sekt w Niemczech zachodnich, a dziś krytycznego historyka swej formacji, drażni patos Hobsbawma, upiększającego modernizującą siłę leninowskiej wojny religijnej i drakońskiej dyscypliny leninowskich „partii nowego typu”. W latach 30. Stalin wymordował więcej komunistów niż Hitler i inne rządy faszystowskie i autorytarne na całym świecie. Zgadza się natomiast z tezą Brytyjczyka, że historia komunizmu wciąż nie jest zakończona. Tyle że on nie zaczyna swej opowieści od Lenina ani nawet od Marksa, bo marzenie o szczęściu i równości tu na ziemi ciągnie się od starożytności, przez średniowiecze do czasów nowożytnych i jako marzenie pewnie przetrwa.

Jednak ten radziecki komunizm skończył się w 1989 r., gdy Gorbaczow przyznał, że czuje się socjaldemokratą i widzi dla demokratycznej Rosji miejsce w „europejskim domu”. Przetrwał natomiast chiński, gdy Deng Xiao Ping – zresztą kiedyś słuchacz wykładów Radka w Kominternie – masakrą protestujących studentów przypieczętował kapitalistyczną korektę rewolucji maoistowskiej. 30 lat później Chiny są potęgą, a Rosja Putina tylko chce być „great again”. Kocha Stalina za wygranie wojny z Hitlerem i drepcze tak przed mumią Lenina, jak i przed szczątkami cara.

A w Europie zdają się sprawdzać prognozy Hobsbawma i obawy Ralfa Dahrendorfa, niemieckiego liberała, brytyjskiego lorda i wielbiciela polskiej Solidarności, że wiek XXI może być wiekiem autorytaryzmu, ponieważ nie da się rozwiązywać problemów globalnych zgodnie z dyskursywnymi procedurami liberalnej demokracji przedstawicielskiej. Światowe problemy podejmowane sto lat temu przez socjalistów i komunistów nie są rozwiązane. Ale tamta „wielka idea”– jak to w 1996 r. nazwał François Furet, także były komunista i wybitny francuski historyk – okazała się wielkim złudzeniem.

Polityka 6.2019 (3197) z dnia 05.02.2019; Historia; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Żagiew światowej republiki rad"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną