Historia

Pochód czarnej śmierci

Triumf śmierci. Malował Pieter Bruegel starszy Triumf śmierci. Malował Pieter Bruegel starszy Wikipedia
660 lat temu wkroczyła do Europy czarna śmierć. Jej pierwszy atak trwał zaledwie 5 lat, ale odebrał życie co trzeciemu mieszkańcowi kontynentu. W encyklopediach można przeczytać o przerwanych z tego powodu kampaniach wojennych, niedoborach siły roboczej, zubożeniu właścicieli ziemskich, spadku importu zboża; o nowych formach pobożności, nasileniu się mistycyzmu i ascezy; o wielkich wędrówkach i wyzwalaniu się wrogości do obcych, czego efektem była m.in. migracja Żydów z miast niemieckich do Polski. Jaki rodzaj lęku towarzyszył ówczesnemu człowiekowi? I jak wyglądała jego codzienność?

Na początku XIV w. w Mongolii, na skraju pustyni Gobi,wybuchła zaraza. Podczas następnych piętnastu lat traktami lądowymirozprzestrzeniła się na wschód i zachód, bez litości pustosząc Chinyi dziesiątkując wspólnoty nestorian w Kirgizji. W krąg historiieuropejskiej wkroczyła na Krym w 1346 r. wraz z mongolskimiwojownikami, którzy oblegali w Kaffie Genueńczyków. Kiedy wśród wojskZłotej Ordy pojawiła się epidemia, ich przywódca, chan Dżanibek, miałpodobno rozkazać, aby ostrzelano oblężoną twierdzę trupami – i dał tymsamym początek historii broni bakteriologicznej. Podstęp się udał.Wprawdzie Genueńczycy natychmiast wrzucili zwłoki do morza, ale wkrótcesami ulegli chorobie. Co więcej, odtąd czarna śmierć miała wrazz zakażonymi Genueńczykami korzystać z dobrodziejstw morskiej żeglugi,co ogromnie przyspieszyło jej ponury pochód. Już w 1347 r. zawitała dowielkich portów Morza Śródziemnego, Konstantynopola i Aleksandrii,nieco później zaś opanowała Cypr, Kair i Tunis.

Tymczasem jeszcze w październiku 1347 r. do Messyny przybyło kilkastatków z uciekinierami z Kaffy: część z nich była chora, inni jużkonali. Zapewne mieszkańcy sycylijskiego portu nie domyślali się, żestaną się pierwszymi w Europie ofiarami czarnej śmierci, potężnejpandemii, która niebawem dotknie większą część Europy i dotrze aż nasame jej krańce, do Szwecji, Norwegii, na Wyspy Owcze i Szetlandy, abywreszcie, po pięciu latach wędrówki przez spustoszony kontynent,poprzez Ukrainę i dorzecze Wołgi powrócić na Krym. Trzeba tutajpamiętać, że była to jedynie pierwsza fala czarnej śmierci. Zaraza niewycofała się bowiem na dobre i powracała jeszcze wielokrotnie,z początku co 6–12 lat, później co 15–20 lat, tak więc stała sięczęścią życiowego doświadczenia właściwie każdego Europejczyka.Szczególnie dotkliwe były jej dwa pożegnalne akordy – epidemiaw Londynie (1665 r.), która pochłonęła 20 proc. ludności miasta, i mórw Marsylii (1720 r.), gdzie straty szacuje się nawet na 50 proc.mieszkańców.

Przyjmuje się, że sprawcą owej katastrofy demograficznej, która wedle powszechnych szacunków pochłonęła 1/3 ludności Europy, była bakteria Yersinia pestis,odkryta w 1894 r. podczas epidemii dżumy w Hongkongu. W zależności odobjawów choroba ta przybiera trzy formy: dżumy dymieniczej(charakterystycznym objawem są powiększone węzły chłonne), dżumyposocznicowej (bakterie przenikają bezpośrednio do krwi i śmierćnastępuje zwykle już w dniu zarażenia) i dżumy płucnej. Zachowane opisyczarnej śmierci podkreślają, że ofiary cierpiały od gorączki oraznabrzmiałych guzów, a na ich skórze pojawiały się czerwone plamy, przezco zwykle utożsamia się ją z dżumą dymieniczą.

Yersinia pestis jest chorobą szczurów, przenoszoną przez pchłypasożytujące na gryzoniach. Właśnie insekty miałyby być odpowiedzialneza przeniesienie choroby na człowieka. Jednakże trudno wędrówkamiszczurów wytłumaczyć błyskawiczny pochód czarnej śmierci poprzez wsiei miasta Europy, zwłaszcza że szczur śniady, jakkolwiek pokonujeznaczne odległości, nie garnie się zbytnio do ludzkich siedzib, jegokrewniak zaś, szczur wędrowny, ochoczo popasa u ludzi, ale teżniechętnie wędruje. Co więcej, szczurze pchły żerują na człowiekujedynie po stracie swego naturalnego żywiciela, a źródła europejskie,w przeciwieństwie do chińskich i muzułmańskich, nie wspominająo szczurzej hekatombie, która poprzedzała wybuch zarazy. Dlatego teżczasami nosicieli czarnej śmierci upatruje się również w ludzkichpchłach i wszach. Niektórzy badacze podejrzewają wręcz, że pałeczkadżumy zmutowała i dlatego bakteria odkryta w czasach nowożytnych jestnieco odmienna od czarnej śmierci. Jeszcze inni uważają wręcz, że zaplagę odpowiedzialny był wąglik lub inna choroba (na przykład jakaśforma gorączki krwotocznej albo dur plamisty). Być może w przyszłościuda się ostatecznie zidentyfikować sprawcę epidemii na podstawiekompleksowych badań genetycznych szczątków ofiar.

Spór wokół klinicznej natury czarnej śmierci nie może w żadnym razieprzesłonić sprawy podstawowej – niezmierzonego ogromu zniszczeń, jakichdokonała. Oczywiście istniała pamięć, choćby czysto literacka,o wcześniejszych zarazach: gorączce peloponeskiej, o której pisałTukidydes, czy morze (mór, pomór) Justyniana, który spustoszyłCesarstwo, pochłaniając m.in. 40 proc. ludności Konstantynopola.W średniowieczu znano też – nierzadko z doświadczenia własnego lubnajbliższych – choroby zakaźne, np. odrę i ospę, które zbierały okrutneżniwo wśród dzieci. Ale choroby te występowały stale i dotykałynajsłabszych, oszczędzając osoby w sile wieku, a po ich przebyciuzyskiwało się stałą odporność. Słowem, nie miały charakteru zarazyi były wpisane w życie średniowiecznego wieśniaka i mieszczanina.

Czarna śmierć okazała się czymś wykraczającym poza tę skalę doznań: otow krótkim czasie, podczas dni lub tygodni, wymierały całe rodziny, całeulice, miasteczka albo wioski. O skali szoku, wywołanego przez chorobę,najlepiej świadczą nazwy nadawane jej przez współczesnych. LudzieZachodu obwołali ją bowiem wielką śmiercią lub wielką morową zarazą,podczas gdy muzułmanie określali ją jeszcze barwniej – powszechnąplagą, plagą ludzkiego rodzaju, wielkim zniszczeniem, wielką zarazą,wielkim morem albo rokiem zagłady.

Przyczyn zarazy upatrywano przede wszystkim w gniewie Boga, któryzsyłał ją na śmiertelników w odpłacie za ciężkie przewinienia. Bibliadostarczała wszak cennych analogii w postaci plag, którymi obrażonyJahwe smagał naród wybrany, a w historii zachodniego chrześcijaństwazachowały się opisy zarazy, której kres położył papież Grzegorz Wielki,kiedy w wielkiej procesji pokutnej obchodził Rzym, aż wreszcie ukazałmu się anioł, chowający do pochwy miecz Bożego gniewu. Tak więc naZachodzie zarazę uważano za karę zesłaną na wielką i grzeszną w swejmasie zbiorowość wiernych. Na Wschodzie zaś wierzono, że śmierć od morubyła zsyłana przez Boga rozmyślnie na każdego z osobna, stąd teżzupełnie bezcelowe były próby jej uniknięcia czy ucieczki z ziemogarniętych zarazą. Przeciwnie, islam nauczał, że zarazę powinno siępowitać z radością, jako że wierni nią dotknięci znajdą się od razuw raju.

Na Zachodzie przyczyn czarnej śmierci upatrywano również we wpływieciał niebieskich. Wierzono, że zła koniunkcja planet lub przelot kometymoże skazić powietrze, które wypełniają wówczas złe i jadowitetrucizny, odpowiedzialne za szerzenie się zarazy. Przed owym skażonympowietrzem należy się bezwzględnie chronić, najlepiej uciekając, dokądoczy poniosą. Ale niebezpieczne jest też wszelkie „otwarcie” ciała,które pozwala, aby powietrze przeniknęło pod skórę: nadmiar humorów,ćwiczenia fizyczne i pocenie się rozszerzające pory. Właśnie w czasachzarazy upowszechnił się zwyczaj żegnania ust przy ziewaniu i życzeniazdrowia przy kichaniu – oba zapewne miały w jakiś sposób chronić przedzetknięciem ze złym powietrzem. Skażenie mógł przenosić wiatr, przyczym osobliwie zjadliwy był wiatr wiejący z południa. Należało teżunikać kąpieli oraz zmysłowych przyjemności, które w średniowieczupowszechnie łączono, gdyż łaźnie były przybytkami nie tyle czystości,ile rozkoszy. Stąd też od czasów czarnej śmierci liczba łaźniregularnie maleje, a ich los przypieczętuje kolejna z wielkich chorób,które naznaczyły nieodwracalnie historię Europy – syfilis.

Złe powietrze usiłowano rozmaitymi sposobami oczyszczać. Ponieważzarazę kojarzono z wilgocią i mgłą, powszechnym sposobem dezynfekcjistały się ogniska, które przez długie lata i niejednokrotnie wielkimkosztem palono na ulicach miast ogarniętych zarazą. Istniały też innesposoby, jakimi próbowano skażone powietrze wzruszać lub rozpędzać –czy to strzelając z armat, czy też głośno krzycząc i bijąc w dzwony,czy wreszcie przepędzając ulicami ryczące bydło. Wskazane były teżrozliczne aromatyczne dymy, dlatego w pomieszczeniach palono drewnososny, dębu, jałowca i jesionu oraz wonne zioła, korzenie i bursztynalbo – co dla mieszkańców było może mniej przyjemne – niewielkie ilościprochu strzelniczego lub siarki. Miasta starały się ograniczać źródłasmrodu: zakazywano w obrębie murów działalności garbarzom i rzeźnikom,nawoływano do czyszczenia rynsztoków i wywożenia poza miasto odpadków.Ale też nasi przodkowie nie zawsze bywali konsekwentni i tak naprzykład podczas wielkiej zarazy w Londynie poodkrywali miejskieszamba, aby unoszący się z nich fetor pokonał morowe powietrze.

Jeśli doszło już do zarażenia, średniowieczna medycyna okazywała sięwobec czarnej śmierci całkowicie bezradna, co zresztą czasami szczerzeprzyznawali współcześni jej luminarze. Oto Chauliac, medyk awiniońskichpapieży, wyznaje: „Dżuma nie przyniosła lekarzom pożytku jeno wstyd,tym bardziej że nie odważyli się odwiedzać chorych ze strachu przedzarażeniem, a jeżeli ich nawet odwiedzali, to nic prawie nie byliw stanie im pomóc i nic nie mogli zrobić”. Oczywiście pozostawałyrozmaite remedia, zalecane przez mniej lub bardziej poważne autorytety.Najsłynniejszym z nich była driakiew, słynna, a także niezwyklekosztowna i skomplikowana kombinacja kilkudziesięciu składników,wzmocniona dodatkowo jadem żmii. Mniej zamożni pacjenci stosowali ocetsiedmiu złodziei, czyli wyciąg z ziół, zalewanych na kilkanaście dnioctem winnym. Najbiedniejsi jedli czosnek, zwany też driakwią ubogich.Lekarze oferowali pacjentom przede wszystkim upuszczanie krwi orazśrodki na poty, rozwolnienie albo wymiotne: wszystkie te zabiegi miałyusunąć z ciała szkodliwe miazmaty, ale ich skuteczność była tak nikła,że jedynie wzmacniała niewiarę w umiejętności medyków. Wierzono teżw cudowną moc szlachetnych kamieni oraz rozliczne amulety, niekiedykościelnej proweniencji, jak na przykład sławetne karawaki, czylikrzyże o dwóch ramionach, które w powszechnym mniemaniu miały takniezawodną moc ochrony przed zarazą, że stosowano je bez refleksjireligijnej, jak rekwizyty magiczne, co sprawiło, że w 1678 r. zakazałich papież Innocenty XI.

Podstawowym i najbezpieczniejszym środkiem zabezpieczającym przed zarazą pozostawała ucieczka. Nawieść o wybuchu moru salwowali się nią ludzie rozmaitego autoramentu,od zwykłych włóczęgów po dwór królewski i bogaczy. Zwłaszcza dezercjamiejskich urzędników i duchowieństwa budziła powszechne zgorszeniei była surowo piętnowana przez współczesne autorytety: księżom, którzyopuścili wiernych w godzinie próby, niejednokrotnie odbierano prebendy.Wśród tej ogromnej fali uchodźców, która wylewała się z zakażonychmiast, zasobność w środki i posiadanie pewnego schronienia zdecydowaniezwiększały szanse na przetrwanie. Ale po wsiach nie zawsze przychylniewitano przybyszów, choćby i całkiem zdrowych.

W niezwykle ciekawej książce o fenomenie staropolskich postaw wobeczarazy Jan Kracik opisuje peregrynację sióstr karmelitanek bosych,które w 1622 r. wyruszyły z klasztoru św. Marcina do Bolesławia, gdzieobiecano im schronienie. Pierwszą przeszkodą okazał się niedobór wozów,jako że wielu innych usiłowało wymknąć się z zapowietrzonego Krakowa.Musiały więc popłynąć tratwą po Wiśle, kiedy zaś szczęśliwie dobiły dobrzegu, jak pisze jedna z sióstr, „wszyscy szli pieszo, złą drogąbłotną i po wodzie brnąc boso. Błądziliśmy po łąkach, nie wiedzącdrogi. Ludzie wiejscy bali się nas, łajali, psy szczwali. Siostryniektóre były mdłe. Uprosiliśmy kilku chłopów, co na polu robiliwołami, że wzięli co chorsze i zawieźli do dworu”. Jednakże w zawilgłymdworze siostry nadal chorowały, a kiedy na dodatek w pobliskimklasztorze pokazała się zaraza, postanowiły poszukać innegoprzytuliska. Nie było o nie jednak łatwo, gdyż „ludzie się nas bali,rozumiejąc, żeśmy zapowietrzone”. O pożywienie też było trudno, choćbyi za pieniądze, bo w okolicy na dobre rozpanoszyła się już epidemia.Wprawdzie miecznik koronny naszykował dla sióstr tymczasową siedzibęw Pacanowie, lecz morowe powietrze znów wyprzedziło kawalkadę wozówi mniszki z przerażeniem dowiedziały się, że w pobliskiej wioscewybuchła choroba. Ruszyły zatem dalej, o włos unikając utopieniapodczas przeprawy przez bród. Wreszcie osiadły na zamku w Ćmielowie,ale narzekały, że trzymano je tam „jako w jakim więzieniu, i nie byłonigdzie wyjścia”. Zresztą i tam miejscowi nie byli im przychylni, skorowreszcie oskarżono je o kradzież skarbu. Zarzut w końcu oddalono, lecznie zmieniło to nastawienia okolicy i siostry przeniosły się do dóbrbiskupa krakowskiego w Wawrzeńczycach.

Ta mozolna peregrynacja bezbronnych sióstr – a przecież w normalnychokolicznościach szaty mniszek wzbudzały wśród naszych staropolskichprzodków nie byle szacunek – jest ze wszech miar znamienna, podobniejak reakcje wieśniaków, którzy tyleż z lękiem, co agresją odnosili siędo uciekinierów z zarażonego miasta, upatrując w nich zwiastunówi siewców moru. Sytuacja ubogich była jeszcze gorsza. Z braku potężnychprotektorów miejscy biedacy uciekali na własną rękę, niejednokrotniewymykając się miejskim pachołkom i koczując po lasach w skleconychnaprędce budach i szałasach, od wiosek bowiem i miasteczek odpędzanoich bez litości. Tam też często marli – nie zawsze od czarnej śmierci,czasami po prostu z głodu i chłodu.

Jak wynika jasno z perypetii uciekinierów, współcześni świetnie zdawalisobie sprawę z zakaźnej natury choroby i byli świadomi, jakniebezpieczny może być kontakt z zarażonymi. Nieprzychylność wobecprzybyszy nie stanowiła zatem jakiejś szczególnej cechy ubogiegoi ciemnego chłopstwa. Przeciwnie, wieśniacy postępowali wręcz zgodniez zaleceniami współczesnych autorytetów, które zalecały odosobnieniechorych i podejrzanych jako podstawowy środek zapobiegającyrozprzestrzenianiu się epidemii. W fascynującej monografii czarnejśmierci William Naphy i Andrew Spicer opisują wysiłki miast, którepoprzez wprowadzanie różnorakich form kontroli migracji usiłowałyochronić przed zarazą swych obywateli. W obliczu plagi ochoczowypędzano poza obręb murów miejskich wszelki element podejrzany,w szczególności zaś osoby naznaczone piętnem grzechu czy nieczystości,która w tamtych czasach była raczej kategorią moralną niż estetyczną –ladacznice, włóczęgów, żebraków oraz Żydów. Wobec obcych stosowanokwarantannę, czyli zamykano ich na czterdzieści dni w odosobnieniu,wierzono bowiem, że podczas tego czasu choroba zwykła się ujawniać.Udającym się w podróż obywatelom miasta wydawały specjalne świadectwazdrowia, które wszelako dezaktualizowały się szybko i w związku z tymnie były bez zastrzeżeń respektowane przez sąsiadów.

Niemniej włoscy urzędnicy zdołali jako pierwsi wypracować system,pozwalający na pewną kontrolę przepływu dóbr i ludności. Miastaporozumiewały się między sobą, zgłaszając rozprzestrzenianie sięmorowego powietrza, wyznaczały specjalnych urzędników czuwających nadosobami objętymi kwarantanną, zatrudniały miejskich lekarzy orazstrażników, którzy mieli zapobiec grabieży mienia chorych i zamieszkom,pobierały podatki przeznaczone na utrzymanie chorych i zajmującego sięnimi personelu, powoływały komisje zdrowia nadzorujące walkę z plagą,wznosiły szpitale miejskie i wreszcie wprowadziły obowiązek zgłaszaniazgonów. Ludność miejska przyjmowała te urzędowe dobrodziejstwaz oporem, ponieważ mimo niewątpliwych korzyści dla wspólnoty przynosiłyone równie oczywiste acz bardzo dotkliwe konsekwencje dla jednostki,w otoczeniu której odkryto źródło zarazy. Zgodnie z przekonaniem, żezwłoki zadżumionych przenoszą chorobę, odmawiano jej ofiarom prawa dozwyczajowego pochówku na cmentarzach, zamiast tego grzebiąc jew głębokich wspólnych mogiłach poza murami miejskimi. Rodzinę ofiarydżumy izolowano, jej odzież palono (niejednokrotnie było to bardzo niew smak grabarzom, którzy zwyczajowo rościli sobie prawo do przyodziewkuzmarłych). Co zasobniejszym krewnym chorych pozwalano zostawać wewłasnych domostwach, opieczętowawszy je wprzódy i oznaczywszy nadrzwiach znakiem zarazy.

Biedaków wszelako często zabierano do specjalnych, budzących grozędomów dla zadżumionych, które bywały zwyczajnymi umieralniami, bo nawetnie próbowano w nich leczyć chorych. Skazani na odosobnienie,pozbawieni możliwości zarobkowania, musieli polegać na urzędnikachmiejskich, którzy – przynajmniej w teorii – zobowiązani byli zaspokajaćich potrzeby.

Właśnie ta bezlitosna kombinacja przymusu i izolacji stała się najskuteczniejszą bronią,jaką dysponował człowiek średniowiecza w walce z czarną śmiercią.Biurokraci, w przeciwieństwie do lekarzy, okazali się bystrymiobserwatorami i żadne wpływy ciał niebieskich ani teorie miazmatów nieprzesłoniły im prostego faktu, że mór jest chorobą zakaźną.

Jak wspomniano, ludzie poddawali się tym zarządzeniom z oporami:chcieli grzebać swoich zmarłych w poświęconej ziemi, swobodnie zarabiaćna życie w warsztatach, pić w gospodach, podróżować bez przeszkódi sprzedawać towary w obcych miastach. Dlatego też magistratywprowadzały drakońskie, nierzadko gardłowe kary za ukrywanie choroby,niezgłaszanie zgonów i nielegalne pochówki ofiar (na cmentarzach bądźna terenie prywatnych posiadłości), za kupczenie majątkiem ofiar morui wreszcie za zwykłe kradzieże oraz tumulty. Wybuch zarazy oznaczałbowiem niewyobrażalne zachwianie dotychczasowego porządku świata.Śmierć, która wszak nieustannie krążyła wokół człowieka średniowiecza,stawała się czymś powszechnym i szokującym w swojej masowości. W czasieapogeum moru w miastach na ulicach leżały zwały trupów, których nienadążano grzebać. Wymierały całe rodziny. Bram miejskich strzegliuzbrojeni pachołkowie, zagradzając drogę ucieczki w bezpieczniejsze –jak wierzono – rejony. Jako że ustawały normalne dostawy żywności,szerzyła się drożyzna i głód. Spowiednicy nie nadążali spowiadać,zresztą sami cierpieli od choroby, więc nawet religijna pociechastawała się utrudniona.

Wszystko to sprawiało, że część ludzi oddawała się dzikiemu rozpasaniu,pijaństwu i rozpuście, aby przed nieuchronną, jak się zdawało, śmierciąjak najbardziej użyć życia. Jednakże zwrócenie się ku religii byłorównież powszechną reakcją na grozę czarnej śmierci. Szczególnie częstoodwoływano się do Maryi, wierząc, że jej wstawiennictwo i prośba mogąpowstrzymać ostrze Bożego gniewu. Modlitwy zanoszono również chętnie dośw. Sebastiana – strzały, od których cierpiał, kojarzyły sięz niewidzialnymi strzałami zarazy, a na niektórych wizerunkach świętegogroty tkwią w jego ciele właśnie w miejscach najbardziej narażonych nadymienice. Później patronem ofiar zarazy stał się również św. Roch,który zasłynął tym, że pielęgnował chorych na dżumę i wielu uzdrowił.Różne formy przybierała też religijność bardziej masowa – odpielgrzymek przebłagalnych, poprzez procesje, aż do ruchu biczowników,czyli pokutników, którzy na nowo pojawili się w czasie czarnej śmiercii którzy usiłowali przebłagać Boga, smagając się przed kościołami dokrwi i na publicznych placach.

Kolejnym krwawym aspektem czarnej śmierci były rzezie i pogromy.Czasami zdesperowana społeczność w obliczu śmiertelnego zagrożeniapoświęcała siły nie tyle na próby ratunku, ile na wyszukiwanie sprawcównieszczęścia – grzeszników, którzy swymi nieprawościami ściągnęlizagładę na całą społeczność – i przykładne ich ukaranie. W miarępostępów epidemii rosła podejrzliwość i nasilały się wzajemneoskarżenia. Chodziły słuchy o zatruwanych studniach albo o chorych,którzy z nienawiści do zdrowych rzucali z okien lazaretów strzępamizarażonej odzieży. W zależności od okoliczności kozłami ofiarnymistawali się więc Żydzi, ladacznice, żebracy, grabarze lub ubodzyprzybysze, jeśli szukając dorywczego zajęcia zapuścili się nieopatrzniena tereny zagrożone zarazą. Czasami wypędzano ich jedynie poza murymiejskie, zdarzały się jednak również publiczne mordy.

Zachowały się jednak wzmianki i o takich sytuacjach, kiedy granica między katem i ofiarą się zacierała,a ze sprzecznych świadectw współczesnych trudno po wiekachwywnioskować, co się naprawdę wydarzyło. Naphy i Spicer przytaczająhistorię pewnego świątobliwego pustelnika, który pojawił się podczasepidemii dżumy we Francji w 1580 r., z wielkim oddaniem pielęgnując jejofiary i zachęcając do pokuty. Wielu uzdrowił, więc czczono go za życianiczym świętego, produkowano jego podobizny, które miały chronić przedzarazą, wznoszono ołtarze. W siedem lat później, podczas kolejnegoataku morowego powietrza, znów wezwano go na pomoc. Tym razem jednaklekarze odkryli, że dziwnym trafem ogniska dżumy wybuchają w miejscach,gdzie wcześniej gościł. Wkrótce też doszli do wniosku, że celowopozwala chorobie się rozprzestrzeniać, aby później tym bardziejwidowiskowo ją zwalczać. Potem medycy dokonali jeszcze bardziejprzerażającego odkrycia – oto święty mąż miał jakoby przenosić zarazęw zakażonych rzeczach, zatem go uwięziono. Oskarżany podczas śledztwao lubieżność, uwodzenie kobiet i świadome szerzenie zarazy zostałostatecznie skazany na stos, jednak obecnie nie sposób już dojść, czybył niewinnym kozłem ofiarnym, czy też agentem króla Hiszpanii,z którego rozkazu, jak utrzymywano, zarażał obywateli Francji.

Samuel Pepys zanotował podczas londyńskiej zarazy, że ludzie stali sięwobec siebie okrutni. Agresja podsycana strachem zwracała się równieżprzeciwko zwierzętom, szczególnie psom i kotom, które mordowanow obawie, że ich sierść jest idealnym siedliskiem śmiertelnychmiazmatów. Jednakże źródła z czasów czarnej śmierci opowiadają równieżinne historie – o rodzinach, które mimo lęku pielęgnowały bliskichi towarzyszyły im podczas pochówku; o zakonnikach, którzy z ogromnymoddaniem pielęgnowali współbraci i nie odmawiali zarażonym ostatniejspowiedzi, mimo że ta posługa oznaczała dla nich wyrok śmierci;o lekarzach usiłujących ratować w lazaretach ofiary dżumy, choćprzecież nie potrafili im skutecznie pomóc; o młodych siostrach, które,niebaczne na własne bezpieczeństwo, wynosiły z klasztoru pożywienie dlagłodujących chorych.

Kiedy zaś plaga ustępowała, ocalali na gruzach dawnego świata usiłowaliod nowa budować swoje życie. Wprowadzali się do domów ofiar zarazyi okadzali stare kąty. Podejmowali pracę w porzuconych warsztatach i napolach. Wielu się bogaciło i zapewne z niechęcią spoglądało na murylazaretów. Wdowcy i wdowy zawierali kolejne małżeństwa. Rodziły im siędzieci. I przez krótką chwilę świat znów wydawał się niemal bezpiecznyi przewidywalny.


Korzystałam z książek: Jean Dealumeau, „Strach w kulturze Zachodu”, tł.Adam Szymanowski, PAX; Jan Kracik, „Pokonać czarną śmierć. Staropolskiepostawy wobec zarazy”, Wydawnictwo M; William Naphy, Andrew Spicer,„Czarna śmierć”, tł. Agnieszka Dębska, PIW; Georges Vigarello,„Historia zdrowia i choroby. Od średniowiecza do współczesności”, tł.Małgorzata Szymańska, Oficyna Wydawnicza Volumen, Niezależna OficynaWydawnicza.

Autorka jest mediewistką (absolwentką Wydziału Historii KUL oraz doktorantką Central European University w Budapeszcie), znaną i nagradzaną pisarką fantasy; ostatnio była w grupie reprezentującej Polskę na Międzynarodowych Targach Książki w Lipsku w marcu 2006 r.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną