Cienie oświeconego
Cienie Stanisława Staszica. Patron polskiego oświecenia marzył o gettcie w każdym mieście
Stanisława Staszica zwykle pokazuje się jako wybitnego publicystę, naukowca, filantropa i męża stanu. W opinii publicznej stał się uosobieniem polskiego oświecenia, dość bezrefleksyjnie wielbionym jako ojciec założyciel polskiej geologii i przemysłu włókienniczego, fundator Towarzystwa Przyjaciół Nauk, autor najważniejszych prac politycznych upadającej Rzeczpospolitej, wielki edukator i reformator marzący o powszechnej równości. To wszystko prawda, ale Staszic miał też drugie oblicze, które wstydliwie się przemilcza. Niezbyt piękne i niepasujące do pomnika.
Ksiądz antyklerykał
Urodzony w 1755 r. jako syn burmistrza Piły, w stanowym państwie polsko-litewskim miał ograniczone ścieżki awansu. Posłuszny woli matki wybrał instytucję, która przed mieszczańskim synem otwierała stosunkowo najszersze możliwości kariery. Po ukończeniu seminarium duchownego w Poznaniu przyjął święcenia i został księdzem. Wkrótce wystarał się też o dochody z kolegiaty szamotulskiej, co dawało mu skromną samodzielność finansową.
Nie planował jednak poświęcić się kapłaństwu i wkrótce je porzucił. Na decyzję mógł mieć wpływ jego radykalny antyklerykalizm. Inspirowany poglądami Davida Hume’a, jako źródło niesprawiedliwości społecznej wskazywał spisek wojowników i kleru, rzucając ciężkie oskarżenia na funkcjonariuszy oficjalnych religii. Konsekwentnie optował też za odebraniem Kościołowi przywilejów finansowych, wpływu na instytucje edukacyjne i wychowanie młodzieży. To prowadziło do konfliktów z hierarchią kościelną.
Antyklerykalizm nie oznaczał jednak wrogości wobec religii. Staszic wypowiadał się pozytywnie o roli religii i pozostał katolikiem, choć niewykluczone, że pod pojęciem tym rozumiał raczej organizację społeczną niż metafizyczną wiarę. I choć współcześni mu pisali o nim jako księdzu „prawie renegacie”, to do końca życia chadzał w wytartej sutannie, a do trumny wysłannicy biskupa ubrali go w żałobny ornat.