Podróż z Marianem
„Nieobojętny”, czyli 100 portretów Mariana Turskiego. Wszystko pamiętał, książki woził w bagażniku
Jest grudzień 2024 roku, odwiedzam Mariana w jego mieszkaniu. Fizycznie niknie w oczach, jakby zmalał i zapadł się do środka, ale umysł ma wciąż jak brzytwa. Rozmawiamy o tym, co w Polsce i na świecie.
– To mi przypomina początek lat trzydziestych – stwierdza Marian bez patosu i histerii, ale poważnie. Nigdy nie rzucał słów na wiatr, zawsze ważył zdania. Teraz brzmi jak prorok ze Starego Testamentu, jak Eliasz albo Jeremiasz, który nie tyle przepowiada przyszłość, ile przenikliwie patrzy na teraźniejszość. Widzi więcej, głębiej, dalej.
Co na to powiedzieć? Nie mówię nic, a Marian ni to kontynuuje, ni to zmienia temat: – Mam już gotowe przemówienie do Auschwitz. Ale ci nie pokażę. Chcę, żebyś to usłyszał tam.
Czy usłyszę? Mariana wyniszcza śmiertelna choroba. Ujawniła się niedawno i niespodziewanie. Rozwija się błyskawicznie. Przez następne kilka tygodni wydaje się, że przy życiu utrzymuje go wyłącznie nadzieja, że 27 stycznia 2025 roku, podczas obchodów osiemdziesiątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, po raz ostatni przemówi do świata. On wie, że to naprawdę będzie ostatni raz. Na naszych oczach toczy się walka życia ze śmiercią, woli z biologią.
W przeddzień obchodów, w niedzielę 26 stycznia, drżymy, jak zniesie podróż z Warszawy do Oświęcimia. Po południu dzwonię do przyjaciela: – Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy jutro będzie w stanie przemawiać.
Wieczorem w wąskim gronie organizatorów ćwiczymy różne warianty – jak będzie potrzebny wózek; jak Marian samodzielnie nie dokończy wystąpienia; jak zasłabnie przy mównicy.
W końcu przychodzi osiemdziesiąta rocznica. W największym w historii Europy namiocie – obejmującym cały budynek Bramy Śmierci w Birkenau, trzy tysiące gości z całego świata, sześć koronowanych głów państw i dwudziestu prezydentów, o premierach i ministrach już nawet nie wspominając.