Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Historia

Polacy trzymają się prosto

Ambasador Charles Hanbury Williams. Gdyby nie on, nie byłoby jednego z najsłynniejszych romansów w historii Polski. Ambasador Charles Hanbury Williams. Gdyby nie on, nie byłoby jednego z najsłynniejszych romansów w historii Polski. Wikipedia
Londyn przysyła do Polski ambasadorów już od prawie 600 lat. Jeden z nich razem z Janem III Sobieskim grywał w bilard i bił Turków pod Lwowem. Inny pomógł królowi Stasiowi nawiązać romans z Katarzyną II.

Historia kontaktów polsko-brytyjskich zaczęła się ponad tysiąc lat temu. Polakiem, co prawda tylko po kądzieli, był Kanut Wielki, król Danii, Norwegii i Anglii. Jego matką była księżniczka Świętosława, córka Mieszka I i siostra Bolesława Chrobrego, pochowana w katedrze w Winchester. Kanuta z Piastami, oprócz pokrewieństwa, łączyła także polityka. Gdy w latach 1016–1017 r. zdobywał Anglię, towarzyszył mu m.in. kontyngent z Polski. Chrobry wsparł siostrzeńca znaczną siłą – Kanut dostał 300 jeźdźców i oddział piechoty.

Mimo obiecujących początków, na ożywienie stosunków dyplomatycznych trzeba było czekać aż do 1414 r., kiedy podczas wojny stuletniej brytyjski wysłannik bezskutecznie proponował Polsce dołączenie do sojuszu antyfrancuskiego. Dopiero w 1526 r. nad Wisłą pojawił się stały przedstawiciel Londynu sir John Wallop, przysłany do Krakowa przez Henryka VIII. Według własnych obliczeń, obecny ambasador jest 56 przedstawicielem Brytanii w Polsce.

Od 1414 r. znacząco zmieniła się rola tych dyplomatów: dziś pracują w organizacjach międzynarodowych i korzystają ze zdobyczy techniki, latają samolotami i używają poczty elektronicznej. Pewne sprawy pozostają jednak niezmienione. Pierwsi ambasadorowie analizowali sytuację w Polsce, reprezentowali interesy Londynu i dbali, by polscy władcy nie pokrzyżowali Anglikom szyków. Pomagali Brytyjczykom, którzy prowadzili interesy lub mieszkali w Polsce i miewali kłopoty z polskim prawem. Dyplomaci łagodzili także skutki brytyjskiej imigracji do Polski: włóczących się bezrobotnych żołnierzy z Wysp – chuliganów tamtych czasów – i szkockich żebraków. Polscy władcy cenili Brytyjczyków do tego stopnia, że w 1578 r. Stefan Batory zagwarantował bezpieczeństwo angielskich kupców w Rzeczpospolitej: „Odtąd zakazujemy wszystkim niepokojenia angielskich kupców podróżujących i handlujących w naszym królestwie. Kto postąpi wbrew naszej woli, narazi się na nasz srogi gniew”.

Wymiana handlowa Polski z Brytanią wyprzedziła stosunki polityczne obu krajów; dowodzą tego znajdowane w pobliżu Gdańska monety wybite w X w., za panowania Ethelreda II Bezradnego. Pod koniec XVI w. w Gdańsku mieszkało nawet 15 tys. Brytyjczyków, w większości zajmujących się handlem. Z Polski do Anglii, tak jak i z innych krajów leżących nad Bałtykiem, eksportowano bursztyn, pierze, skóry, futra, knoty do świec, zboże i mąkę, warzywa i owoce (zwłaszcza cebulę, śliwki i ogórki), piwo oraz wszystko, czego potrzebowały angielskie stocznie, a więc płótno żaglowe, liny okrętowe, smołę, dziegieć i przede wszystkim drewno, w tym pochodzącą z Puszczy Knyszyńskiej prostą jak strzała i pozbawioną sęków sosnę supraską, z której wyrabiano cenione maszty żaglowców.

Od samego początku brytyjscy ambasadorowie narzekali na chroniczny brak funduszy. W 1583 r. sir John Herbert utyskiwał, że jego uposażenie jest niewspółmierne do „zwyczajowego tu przepychu w szatach”, a brak pieniędzy „nie pozwala godnie reprezentować Jej Majestatu i podtrzymywać zaufania do naszego narodu”. O innym ambasadorze, późniejszym biskupie Johnie Robinsonie pisano w 1703 r., że „miewał trudności z płynnością finansową, wypłatę jego pensji zazwyczaj wstrzymywano, na co ambasador wielokrotnie skarżył się królewskim skarbnikom”.

Na szczęście, przedstawicielom Londynu zawsze udawało się utrzymać w tajemnicy kontakty z własnym rządem (no, może poza wyjątkiem sprzed paru lat, gdy prasa ujawniła tekst żartobliwego e-maila wysłanego przez ambasadora do doradcy brytyjskiego premiera). Przez wieki przesyłano najróżniejsze meldunki. W 1598 r. sir George Carew ciepło wyrażał się o Rzeczpospolitej – uważał, że jest zaporą przed zagrożeniem płynącym z Moskwy. Zauważył, że sąsiedzi Polski to „najbardziej barbarzyńskie i najpotężniejsze ludy na świecie”. O samych Polakach pisał: „trzymają się prosto, są przystojni, wysocy i dobrze zbudowani. Szlachta uwielbia ceremonie, ucztuje kosztownie i przy obficie zastawionych stołach, podczas zabawy jest grzeczna i uprzejma. Polacy to żarłocy i pijacy, choć nie piją na umór i nie zasypiają. Są porywczy, kłótliwi i zarozumiali, a jednocześnie szlachetni”. Ambasador Carew podziwiał „słodycz polskiej wolności, która chroni i obdarza przywilejami mniejszości żyjące w Polsce”. Lubił Zygmunta III Wazę, któremu rozrywki dostarczała zatrudniona na dworze trupa angielskich aktorów, ale uważał, że Zygmunt III był „nieodpowiednim władcą tak potężnego i niespokojnego państwa”.

Wśród brytyjskich ambasadorów w Polsce można znaleźć oryginałów i świetnych dyplomatów, ale i takich, którzy spisywali się nie najlepiej. Sir Thomas Roe, ambasador w latach 1629–1630, przed przyjazdem do Warszawy był obieżyświatem, miał na koncie rejs do Ameryki Płd., popłynął w górę Amazonki i Orinoko, badał Trynidad. Już w Polsce uczestniczył w rozmowach pokojowych między Polską i Turcją i nawet udało mu się wynegocjować zwolnienie kilkuset polskich jeńców, za co Zygmunt III nie omieszkał okazać mu swojej wdzięczności. Ambasador Laurence Hyde grywał w bilard z Janem Sobieskim, kiedy ten był hetmanem wielkim koronnym. Z Sobieskim wyprawił się na Turków pod Lwów. Pewien historyk notował, że słynął z ogłady, ale „z biegiem czasu niegdyś najdelikatniejszy na dworze, stał się bezczelnym zuchwalcem”. (Zresztą dyplomaci od zawsze mają takie skłonności). O Thomasie Villiersie – w Warszawie w latach 1738–1740 i 1741–1746 – krążyła opinia, że jest „pracowity, rzetelny, ale absolutnie nieskuteczny”.

Po Villiersie ambasadorował Charles Hanbury Williams. Gdyby nie on, nie byłoby jednego z najsłynniejszych romansów w historii Polski. Otóż sekretarzem Williamsa był Stanisław August Poniatowski. Williamsowi zlecono misję w Rosji, więc zabrał młodego sekretarza do Petersburga, gdzie przyszły król nawiązał bliską znajomość z Katarzyną II, przyszłą cesarzową Rosji.

Williamsa, który popełnił samobójstwo, zastąpił sir Thomas Wroughton. Król Staś nie polubił następcy swego pryncypała i Wroughton na wyraźną prośbę Poniatowskiego musiał opuścić Warszawę w 1769 r. Nie on jedyny nie wkradł się w polskie łaski. Wspomnianego już Carewa, ambasadora na dworze Zygmunta III Wazy, wydalono z Gdańska. Sam Zygmunt III zmusił innego brytyjskiego wysłannika, Christophera Parkinsa, do wyjazdu z Polski. Domagał się tego nuncjusz apostolski, bo Parkins wcześniej zrzucił sutannę. Za to ostatniemu królowi Polski do gustu bardzo przypadł ostatni angielski ambasador w I Rzeczpospolitej – „do śmierci zachowam pana w pamięci”, pisał Stanisław August do George’a Gardinera, goszczącego w Polsce między II i III rozbiorem.

Po odzyskaniu niepodległości Londyn przysyłał do Warszawy ambasadorów raczej niemrawych. Jedni mieli jakieś wpływy, inni nie. O ambasadorze przy rządzie polskiego państwa podziemnego sir Owenie O’Malleyu mawiano, że w jego wypadku „wielki intelekt nie szedł w parze z gwarantującą sukcesy serdecznością”. A o urzędującym w Warszawie w pierwszej połowie lat 50. sir Francisie Shepherdzie zachowało się wspomnienie, że można go było z łatwością namówić na odczytanie dowcipnego wierszyka własnego autorstwa podczas oficjalnych uroczystości.

Od zawsze częścią obowiązków służbowych ambasadora jest udział w przyjęciach. I przy tej okazji pojawiają się niemałe trudności. Daniel Hailes, w Warszawie w latach 1788–1792, narzekał na chandrę i nudę, wywołaną niekończącymi się ucztami wydawanymi podczas obrad Sejmu Wielkiego. Z drugiej strony, pewnie przy okazji owych przyjęć, Hailes – to jest dopiero osiągnięcie! – wywalczył w Sejmie zwolnienia podatkowe dla angielskiego piwa.

Ambasadorowie i inni, którzy narzekają na stan polskich dróg i opóźnienia w przyznawaniu agrément (zgody państwa na danego dyplomatę jako szefa placówki), powinni pamiętać, że kiedyś podróż z Warszawy do Krakowa zajmowała kilkanaście dni, a pewien ambasador musiał czekać aż trzy miesiące, by zobaczyć króla.

Ric Todd jest ambasadorem Wielkiej Brytanii w Polsce. Ukończył historię na uniwerystecie w Oxfordzie.

tłum. Jędrzej Winiecki

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Psychologowie są dziś wszędzie i zajmują się wszystkim. Czy słusznie? I kto się zajmie nimi?

Transport, policja, szpitale, marketing, reklama, sądownictwo, media, polityka, a wkrótce każda polska szkoła – gdzie się obejrzeć, tam psycholog. Czy współczesna wiedza psychologiczna pozwala im brać na swoje barki aż takie obciążenia?

Ewa Wilk
25.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną