Dzień niepodległości, dzień klęski
Wojna w Strefie Gazy znów skierowała uwagę świata na konflikt palestyńsko-izraelski. Znany brytyjski historyk odsłania jego podglebie. Tekst powstał przed ostatnimi wydarzeniami, ale one tylko uwiarygodniają i wzmacniają zawarte w nim przesłanie.
Żołnierze izraelscy w Eljacie, marzec 1949 r. Fot. Wikipedia
Wikipedia

Żołnierze izraelscy w Eljacie, marzec 1949 r. Fot. Wikipedia

Pierwsza wojna arabsko-izraelska, na zdjęciu żołnierze Legionu Arabskiego podczas walk w Jerozolimie. Fot. Wikipedia
Wikipedia

Pierwsza wojna arabsko-izraelska, na zdjęciu żołnierze Legionu Arabskiego podczas walk w Jerozolimie. Fot. Wikipedia

Historia to jest opis dziejów w całości. Pamięć natomiast dotyczy tych fragmentów przeszłości, które my wybieramy do zapamiętania. Historycy, i nie tylko historycy, powinni zrozumieć, że pamięć jest fragmentaryczna, stronnicza i omylna.

Spójrzmy pod tym kątem na Izrael – kraj i państwo zbudowane na podstawie pamięci historycznej jednej z trzech grup etniczno-religijnych żyjących w Ziemi Świętej. W Jerozolimie Żydzi pamiętają Świątynię Salomona i Ścianę Płaczu. Chrześcijanie Golgotę – ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Chrystusa. Muzułmanie zaś wyprawę Proroka do Tronu Bożego ze skały Al-Aksa: bramę do nieba. Różne tradycje, różne interesy.

60 lat temu, 14 maja 1948 r. David Ben-Gurion, urodzony w Płońsku k. Warszawy premier Izraela, ogłosił w Tel Awiwie Deklarację Niepodległości Państwa. Tekst tej deklaracji, kompromis między Żydami religijnymi i niereligijnymi, mówił o „wierze ojców”, ale nie używał słowa „Bóg”. Również nie określił granic i nie odwoływał się do granic historycznych. Nazwa państwa Eretz Izrael została ustalona tego samego dnia o godz. 1.30 nad ranem, po ostrej dyskusji. Następnego zaś wybuchła pierwsza wojna arabsko-izraelska; od tej pory nie ma pokoju po dziś dzień.

 

Deklaracja Niepodległości ukoronowała pół wieku walki prowadzonej przez ruch syjonistyczny. Syjonizm – nowoczesny nacjonalizm żydowski – zakładał wieczny związek między narodem a ziemią ojczystą. Jego podstawowy problem na początku XX w. wynikał z faktu, że ziemia ojczysta, biblijna, leżała w imperium otomańskim w Azji, a naród żydowski, mało świadom ideologii syjonistów, mieszkał przeważnie w Europie, a przede wszystkim na ziemiach polskich. Jak przekonać Żydów, że mają się przenieść masowo do Palestyny? Propozycja wyglądała nieprawdopodobnie.

W swoim dzienniku, w 1897 r., założyciel ruchu syjonistycznego Teodor Herzl napisał: „[Na naszym kongresie] w Bazylei już założyłem państwo żydowskie. Ludzie by się śmiali, jeśli powiem o tym otwarcie: ale za 50 lat chyba wszyscy uznają moją rację”. I tak się stało. Deklarację Niepodległości w Tel Awiwie ogłoszono niecałe 51 lat później. Niesłychana zdolność prognozowania.

Pomogła naturalnie I wojna światowa, kiedy upadło imperium otomańskie i Palestyna wpadła w ręce Brytyjczyków, którzy obiecali w tzw. Deklaracji Balfoura popierać stworzenie „a Jewish national home”. Notabene – Balfour nie obiecał żadnego „państwa żydowskiego”. (Arthur James Balfour, konserwatywny polityk brytyjski, premier w latach 1902–1905; gdy w latach 1916–1919 był ministrem spraw zagranicznych, ogłosił swą deklarację w sprawie Palestyny. Przewidywała ona utworzenie tam „żydowskiej siedziby narodowej” – przyp. red.). Ale momentem zwrotnym był koniec II wojny światowej. Trzecia Rzesza wymordowała Żydów w Europie, a ci, którzy przeżyli, wyjechali przede wszystkim do Palestyny.

Nic by to jednak nie zmieniło w sytuacji Żydów, gdyby Wielka Brytania broniła swego kruszącego się imperium. W 1947 r., tracąc wolę dalszej walki z powstaniami Arabów i z terroryzmem żydowskim, Brytyjczycy zrezygnowali z mandatu Ligi Narodów w Palestynie i przekazali odpowiedzialność ONZ. Powstała groźna próżnia. ONZ opracowała tzw. plan podziału Palestyny, wyrysowano nową wersję tzw. schematu dwupaństwowego (państwa dwunarodowego, federacyjnego – przyp. red.), wymyślonego przed wojną przez Londyn. Tym razem państwo żydowskie miało dostać 56 proc. terytorium, a państwo arabskie, mimo tego, że wchłonęło większość mieszkańców (ok. 70 proc.) – tylko 44 proc. Jerozolima miała się znaleźć pod kontrolą międzynarodową. Plan ten został przyjęty przez Zgromadzenie ONZ – 33 głosów za (m.in. USA i ZSRR), 13 głosów przeciw. Ale nie przyjęły go ani państwa arabskie, ani Wielka Brytania uznając za niesprawiedliwy. Wojsko brytyjskie przygotowało się do odmarszu, syjoniści przygotowali wspomnianą Deklarację Niepodległości, Arabowie zaś przygotowali się do wojny.

W tradycji izraelskiej 1948 r. – to rok sławy i chwały. 14 maja – to święto narodowe. Deklaracja Niepodległości okazała się skuteczna. Młode państwo żydowskie przeżyło próbę ognia. Armia izraelska odparła ataki arabskie: i od razu zdobyła połowę tych terytoriów, gdzie ONZ zamierzała stworzyć państwo arabskie. Co więcej, setki tysięcy Arabów palestyńskich uciekło przed konfliktem z myślą, że niedługo powrócą do domu. Nigdy nie dano im wrócić. Rok później, kiedy ONZ uznała Izrael jako państwo suwerenne, nie zawarto traktatu pokojowego; Izrael górował wojskowo, a dyplomatyczny impas trwał.

Zakłócona narracja

Rząd Ben-Guriona walczył także na wewnętrznym froncie. Pierwszy premier Izraela należał do lewicowego i umiarkowanego skrzydła syjonistów; był zmuszony do zbrojnej konfrontacji z prawicowym, fundamentalistycznym skrzydłem tzw. rewizjonistów. Ich lider Władimir (Zeev) Żabotyński już nie żył, ale miał wielu następców, jak Menahim Begin (ongiś żołnierz armii Andersa) czy Icchak Szamir, też z Polski, którzy odegrali czołową rolę w późniejszym rozwoju państwa. Przed wojną Żabotyński zaproponował rządowi II RP przymusową deportację wszystkich Żydów polskich do Palestyny. Podczas wojny paramilitarna organizacja Begina i Szamira prowadziła kampanie terrorystyczne przeciw Arabom i Brytyjczykom, mordując urzędników i podkładając bomby. Utrzymywali, chyba słusznie, że nie sposób stworzyć Izrael bez użycia przemocy.

Po wojnie walczyli oni o nieograniczoną imigrację Żydów. W tym celu Begin, przyszły premier, w 1946 r. popełnił największy akt terrorystyczny w tej smutnej historii: wysadził w powietrze hotel Króla Davida w Jerozolimie, zabijając prawie stu ludzi. Po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości chciał przedłużyć walkę z Arabami do momentu, kiedy 100 proc. terytorium Palestyny znajdzie się w rękach żydowskich. Ben-Gurion nie mógł tolerować takiej niesubordynacji. Wydał armii izraelskiej rozkaz zatrzymania Begina i skonfiskowania broni jego bojowników. Efektem była krwawa bitwa na plaży w Tel Awiwie – w tzw. incydencie „Altaleny”. („Altalena” była nazwą statku wynajętego przez Begina do nielegalnego importu broni).

Przypominam takie momenty, aby podkreślić fakt, że u samych Izraelczyków pamięć historyczna wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony wspominanie 1948 r. budzi ogromną dumę: młode państwo, urodzone w bólach, rosło w potęgę i dało schronienie kilku milionom Żydów, uchodźców z Holocaustu. Dla nich, dosłownie, poprzez ciężką pracę i ofiarny znój dawna pustynia rozkwitła. Yad Vashem, Instytut Narodowej Pamięci Holocaustu w Jerozolimie, powstał, aby świat wiedział, dlaczego państwo żydowskie jest potrzebne. A archeologiczne wykopaliska w Masadzie, gdzie ostatni żydowscy powstańcy przeciw legionom rzymskim zginęli bez poddania się, pokazują, jak historia, także sprzed prawie dwóch tysięcy lat, nadal jest żywa.

Z drugiej strony narracja izraelska nie mówi o wszystkim. Kronika izraelska nie jest bez plam i po 60 latach ten ciężki konflikt o przyszłość dawnej Palestyny trwa bez rozwiązania. Parę lat temu, kiedy towarzysze Begina złożyli publiczny hołd autorom ataku na hotel Króla Davida, celebrując 60 rocznicę aktu terroru, rząd brytyjski przesłał oficjalny protest. Nie jest w porządku, że naród, który bezwzględnie potępia terrorystów arabskich, nie chce przyznać, że ludzie, którzy brali udział w zwycięstwie syjonizmu, też byli terrorystami.

Te dotyczące drażliwych spraw refleksje wprowadzają nas w sedno groźnego i niekończącego się konfliktu na Bliskim Wschodzie. Świat, który jest świetnie poinformowany o Holocauście i o racjach izraelskich, mało wie i mało się troszczy o drugą stronę medalu. A zdarzenia sprzed 60 lat, które Izrael celebruje, równocześnie są przyczyną gorzkiego żalu u innych. Kiedy 5 mln Żydów izraelskich fetowało Dzień Niepodległości, drugie tyle Palestyńczyków przywoływało Al-Nakba, czyli Dzień Wielkiej Katastrofy. Płaczą, krzyczą i narzekają, bo ich los, w ich oczach, jest lekceważony. Izrael powstał i pierwsza połowa Deklaracji Balfoura została uwzględniona. Ale druga połowa została pominięta. Balfour powiedział, że popiera koncepcję „jewish home” pod warunkiem, cytuję: „że prawa i własność ludności nieżydowskiej nie będą unieważnione”.

Minęło 60 lat. Żydzi posiadają swoje państwo, mocne i bogate. Bezpośredni sąsiedzi nie mają nic – ani swojego państwa, ani głosu, sponsorów politycznych, wpływów, dobrobytu. W dużej mierze żyją albo w obozach dla uchodźców, albo w dwóch zamkniętych gettach, pod kontrolą wojska izraelskiego, bez swobody ruchu i często bez elementarnych środków do życia. Izrael zamknął jedyny port palestyński. Lotnictwo izraelskie zniszczyło jedyne lotnisko palestyńskie sfinansowane przez Unię Europejską. Izrael kontroluje dostawy wody i często wyłącza prąd. Wyklucza dziesiątki tysięcy robotników palestyńskich, bezrobotnych, bo nie mogą przejść przez kordony do pracy. I cały czas Izrael buduje dokoła siebie mur większy od muru berlińskiego. Buduje też setki nielegalnych osiedli połączonych prywatnymi drogami – za drutem kolczastym, na ziemi palestyńskiej. W nieustannych potyczkach między armią okupacyjną a bojownikami palestyńskimi jest 10 razy więcej ofiar wśród Arabów, niż pada ich po stronie żydowskiej. Obecnie, w Gazie, zabija ich sto razy więcej. Inaczej mówiąc, panuje nieprawdopodobna asymetria sił.

Bagaż historyczny

Mam nadzieję, że moje stanowisko wobec tej drażliwej sytuacji jest neutralne. Potępiam każdą zbrodnię. Życzę Izraelowi pomyślności, niech kwitnie dalej. Równocześnie życzę Palestyńczykom wyzwolenia z obecnej niedoli; przypuszczam bowiem, że dalszy los obu narodów jest nierozdzielny. Podejrzewam, że Izrael w obecnej postaci długo nie przetrwa, jeśli szybko nie zdecyduje się na załatwienie spraw tyle razy odkładanych. Oczywiście, inicjatywę w rokowaniach może mieć tylko mocniejsza strona.

Chciałbym przedstawić pięć czynników składających się na bagaż historyczny, zgromadzony w ciągu minionych 60 lat, który ciągle przeszkadza przygotowaniom do pokoju.

Zimna wojna ~ Kryzys w Palestynie wybuchł równolegle z zimną wojną i blokadą Berlina; z czasem konflikt arabsko-izraelski został wplątany w globalną rywalizację USA i ZSRR. Amerykanie, po początkowych wahaniach, bezwarunkowo popierali Izrael. Sowieci natomiast po początkowym wsparciu dla Izraela wybrali państwa arabskie: szczególnie Syrię i Egipt. Doszło w tym kontekście do pięciu ostrych wojen: w 1948–1949 r., 1956 r., 1967 r., 1973 r. i 1982 r. Za każdym razem, z pomocą amerykańską, Izrael zwyciężał, umacniał władzę nad terytoriami, unikał rokowań, licząc na swoją rosnącą przewagę wojskową. Kilka razy Amerykanie skłonili swoich klientów izraelskich do wyrażenia zgody na rokowania pokojowe – np. w Camp David w 1978 r. – ale nigdy nie popchnęli ich do ostatecznych decyzji; załatwili sprawę np. z Egiptem i Jordanią, ale nie z Syrią lub z Palestyńczykami.

Bo Amerykanie bez przerwy dawali pierwszeństwo umocnieniu „twierdzy wolnego świata” na Bliskim Wschodzie. Pozwolili nawet, żeby Izrael potajemnie otrzymał technologie do budowy bomby nuklearnej, bezkarnie łamiąc międzynarodowy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej; od tego czasu koła rządzące w Izraelu czuły się o tyle pewniejsze siebie, że mogły czekać, aż przeciwnik przyjmie twarde warunki zwycięzcy. Takie postawy, niestety, przeżyły zimną wojnę, która skończyła się 20 lat temu.

Ewolucja syjonizmu ~ Ruch syjonistyczny zawsze był zróżnicowany. Teodor Herzl, ojciec syjonizmu politycznego, miał swoich ostrych krytyków ze strony pionierów syjonizmu kulturowego. Ben-Gurion z trudnością utrzymał równowagę między świecką lewicą, grupami ultrareligijnymi a ultraprawicą. Ale nieprzerwany stan wojenny stopniowo umacniał radykałów o mentalności oblężonej twierdzy wojskowej i osłabiał dziedzictwo Ben-Guriona lub Goldy Meir. Przykry był ten skutek wojen. Od późnych lat 60. przewagę w polityce Izraela zdobyli tacy działacze, jak wspomniani Begin i Szamir czy gen. Szaron, których fundamentalistyczne poglądy nie skłaniały do kompromisu. Klimat rozpaczy odpowiadał im doskonale, a modelowa demokracja izraelska, ciągle w atmosferze zagrożenia bezpieczeństwa narodowego, przypieczętowała ich dominację. W 1995 r. najbardziej obiecujący premier Icchak Rabin, były generał i polityk Partii Pracy, został zamordowany przez fanatyka, który nie mógł strawić ustępstw Rabina w rozmowach z Palestyńczykami. Kontakty zamarły, a do władzy wróciła ultraprawica w osobie Szarona, głównego protektora kolonistów żydowskich, którzy regularnie i bez hamulców zasiedlają ziemię palestyńską. Dzisiaj szaroniści konkurują między sobą o władzę.

Radykalizacja polityki palestyńskiej ~ Wrogowie Izraela się mylą, jeśli myślą, że wszystkie choroby polityczne i niesprawiedliwości są po stronie państwa żydowskiego. Strona palestyńska również na nie cierpi. Jeśli bowiem nieustanny konflikt ośmielał beton izraelski, zachęcał on po drugiej stronie desperacki radykalizm, terroryzm i fundamentalizm ultrareligijny. Arabowie z Palestyny nie są jednolici. Niemała jest grupa chrześcijańska. Istnieje wykształcona inteligencja. Ale brak państwowości, brak rozwoju i upadek nadziei robią swoje. Bezmyślne kampanie terrorystyczne – np. podczas olimpiady w Monachium (bojówki Czarnego Września uprowadziły 11 izraelskich sportowców; 2 zabito w hotelu, 9 zginęło podczas nieudanej próby ich odbicia na lotnisku – przyp. red.) przyniosły hańbę; buntownicza postawa wobec monarchii w Jordanii sprowokowała straszliwe represje i życie tułacze. Okoliczności karmiły kulturę korupcji. Potem – pierwsza i druga intifada, antyizraelskie powstania, które ciągnęły za sobą nowe fale represji.

W latach 90. Jaser Arafat (nieżyjący już najbardziej znany polityk i przywódca palestyński, lider Organizacji Wyzwolenia Palestyny – przyp. red.) odzyskał autonomię, dawno spóźnioną, i zdobył Nagrodę Nobla razem z premierem Rabinem. Ale stopniowo tracił zaufanie własnych ludzi. Zmarł w Paryżu, nie było wielkiej żałoby. W wyborach lokalnych w Gazie wygrał natomiast radykalny Hamas, islamska grupa, która odmawia Izraelowi prawa do istnienia.

Amerykanie koniecznie chcieli dla Palestyny demokracji, a teraz stają w obliczu demokracji antyizraelskiej i antyamerykańskiej. Dopóki okupacja izraelska trwa, cierpliwość nie owocuje i grupy pozytywistyczne nie mają szans. O ile trudności w Izraelu biorą się z nadmiaru sukcesu wojskowego, to u Palestyńczyków pochodzą od nadmiaru desperacji związanej z brakiem powodzenia w każdej dziedzinie. Już trzy pokolenia tego biednego arabskiego ludu powtarzają hasło dobrze znane Polakom: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród! Hymn Palestyny, „Biladi, Biladi”, wyraża bowiem dokładnie ten sentyment: „Mój kraj! Moja ziemia, ziemia moich przodków!”.

A co Palestyńczycy pamiętają? Najstarsi na pewno słyszeli o rządach sułtana, kiedy ostatnim krzykiem rozpaczy był bunt przeciw Turkom, gdy angielski generał Allenby zjawił się na białym koniu, a Żydów było za mało, aby myśleć o konflikcie. Dziadkowie, młodzi w międzywojniu, przeżyli wielkie powstanie przeciw Brytyjczykom i początki nacjonalizmu arabskiego. Patrzyli ze zdumieniem na dopływ coraz większej liczby obcokrajowców z Europy, którzy zachowywali się tak, jakby Palestyna była terra nulla, ziemią bez mieszkańców. (Polacy by podobnie reagowali, myślę, gdyby starodawni Sarmaci zjawili się w Polsce po 2000 lat, przekonani, że wracają do ziemi ojczystej). Po II wojnie światowej Palestyńczycy byli zszokowani, kiedy Brytyjczycy pakowali manatki, dokładnie jak Turcy niecałe 30 lat wcześniej. Pozbawieni kierownictwa, nieświadomi jakiejś tożsamości odrębnej od innych Arabów, nie mieli wyraźnych planów, ale w 1947 r. zgodziliby się prawie bez wyjątku, że podział ich kraju, gdzie oni, większość, mieli być bezwładną mniejszością, był głęboko niesprawiedliwy. Protestowali bez skutku. Liczyli na ratunek ze strony Egiptu, Syrii, Iraku. Nic nie pomogło. Al-Nakba, Wielka Katastrofa, pochłonęła ich nagle i brutalnie. Strzelaniny, ucieczki, wypędzenia, spalone domy i wsie, obozy przejściowe, które okazały się stałe. Później dekady biedy i okupacji, bezrobocia i wykluczenia. Pamiętają przede wszystkim odrębne traktowanie Żydów i nie-Żydów. Żydzi z całego świata cieszą się z prawa powrotu do Palestyny. Nie-Żydzi są pozbawieni tego prawa.

Podzielony świat arabski i muzułmański ~ Izrael, nie większy niż województwo małopolskie lub miasto Londyn, jest otoczony 100-milionowym obszarem państw arabskich; niektóre z nich są bardzo bogate – wszystkie upokorzone przez brak jedności. Dotychczas Izrael przetrwał dzięki ogromnemu arsenałowi wojskowemu, dzięki poparciu USA i dzięki słabej współpracy między sąsiadami. Ale nikt nie może zapewnić, że ten stan rzeczy się nie zmieni. Wcześniej czy później, jeśli istniejąca niezgoda potrwa, przeciwnicy Izraela znajdą sposób, aby uderzyć. Mały David może zabijać Goliatów 10-, 20-krotnie, ale jedna klęska, jedna pomyłka i jeden z Goliatów zabije Davida na zawsze. Lepiej dojść z Goliatem do porozumienia i aby uzyskać porozumienie, przygotować się do ustępstw.

Specjalne związki Izraela z USA ~ Bez dwóch zdań, powodzenie Izraela w drugiej połowie XX w. jest ściśle związane z unikatowym sojuszem z największym mocarstwem świata. Izrael ma absolutne pierwszeństwo wśród krajów, które otrzymują wsparcie finansowe i wojskowe od USA. Izrael ma prawo wydać te ogromne sumy od podatników amerykańskich bez żadnych ograniczeń i bez kontroli Kongresu. Izrael ma dostęp do najnowszej i najdroższej technologii wojskowej, a wywiad izraelski, Mosad, współpracuje z CIA jak bratnia organizacja. W sferze dyplomatycznej USA popierają Izrael nie bezkrytycznie, ale tak skutecznie, że Izrael nigdy nie musiał zmieniać swojej polityki z powodu jakiejś krytyki. Zgromadzenie ONZ potępiło czyny Izraela 322 razy, Rada Bezpieczeństwa przeszło 100 razy, zupełnie bez efektu. USA złożyły weto na takie rezolucje przeszło 40 razy. Świat nie zna drugiego takiego przypadku.

Dzięki wielkiemu sponsorowi Izrael robi swoje, po swojemu, nie uwzględniając opinii innych. Słynne są słowa Abby Ebana, kiedyś ministra spraw zagranicznych Izraela: „Jeśli Algieria przedstawi w ONZ rezolucję, że kula ziemska jest płaska i że Izrael jest za to odpowiedzialny, rezolucja by przeszła: 164 głosów za, 13 przeciw przy 26 wstrzymujących się”. I Eban miał rację.

Pięć hipotez w sprawie sojuszu Ameryki z Izraelem

Pytanie polityczne jest takie: Czy twarda postawa amerykańsko-izraelska dobrze służy długoterminowym interesom Izraela? Pytanie historyczne natomiast jest takie: Skąd ta wyjątkowa sytuacja się wzięła? Ja przedstawiam pięć elementów składowych.

1. 40-letnie braterstwo broni na Bliskim Wschodzie. • Jak dotychczas wspólny wysiłek amerykańsko-izraelski zawsze przynosił tu zwycięstwo. Izrael stał się sztandarowym partnerem w globalnej walce o wolność. Amerykanie nie bardzo wiedzą, co to znaczy klęska, i bardzo, bardzo kochają swojego małego sojusznika, który tak dzielnie walczy. Poza tym Amerykanie są narodem osadników, którzy zdobyli cały kontynent od Indian i naturalnie faworyzują nowoczesny naród imigrantów, którzy wprowadzają, według nich, cywilizację na pustynię.

2.Skuteczny lobbing w Waszyngtonie. • Siła lobby żydowskiego w Waszyngtonie jest legendarna, ale moim zdaniem mocno przesadzona. Największe bloki wyborców w Stanach gromadzą się w ogromnej rzeszy fundamentalistów protestanckich, którzy wierzą w nienaruszalną prawdę każdego słowa świętej Biblii. Jest ich 40–50 mln. I gdy czytają w Starym Testamencie, że Pan Bóg dał ziemię Judei i Samarii dzieciom Izraela, to przyjmują to poza dyskusją. Oni są syjonistami z pasją i w niektórych stanach taki ruch chrześcijańsko-syjonistyczny jest bardzo wpływowy. Należał do niego George W. Bush. I Sarah Pallin też.

Naturalnie, lobby żydowskie o tym doskonale wie i stworzyło z nimi tzw. old testament alliance (sojusz starotestamentowy). Oczywiście organizacje amerykańsko-żydowskie są opanowane przez syjonistów.

3. Głęboka amerykańska wiara w manichejską walkę dobra ze złem. • Wielu obserwatorów zwyczajów amerykańskich, od czasów ojców purytanów, mówi o pewnym etosie, który sądzi świat według ocen czarno-białych: albo dobro, albo zło. Dialektyka moralna, manicheizm purytański – co chcecie.

W drugiej połowie XX w. etos ten rozrósł się na pożywce II wojny światowej, gdzie Amerykanie walczyli przeciw Trzeciej Rzeszy, a głównymi ofiarami Trzeciej Rzeszy byli Żydzi. Logicznie, moralnie sprawa żydowska i interesy USA są więc utożsamiane. Holocaust został przyjęty jako pierwszorzędny symbol historycznego zła; stąd poparcie dla państwa żydowskiego to obowiązek wszystkich dobrych ludzi. Inne tragedie, inne grupy skrzywdzone nie wchodzą w rachubę. Wszystkie inne wątki historii Europy i Bliskiego Wschodu muszą pasować do tego schematu.

4. Rola Kissingera. • Henry Kissinger był centralną postacią w rządach amerykańskich w latach 1969–1977, akurat w kluczowym okresie, kiedy linia proizraelska się skonsolidowała. (Dr Henry Alfred Kissinger urodził się w żydowskiej rodzinie w Niemczech, która w 1938 r. uciekła przed nazistami do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie służył jako tłumacz w 970 oddziale wydzielonym kontrwywiadu armii USA w okupowanych Niemczech, gdzie wsławił się dekonspiracją wielu agentów gestapo. W latach 60. był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego prezydentów Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona, w latach 1969–1974 dyrektorem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a w latach 1973–1977 sekretarzem stanu w administracji Richarda Nixona i Geralda Forda. Uważany za jednego z głównych architektów światowej polityki odprężenia – przyp. red.).

5. Rola neokonserwatystów. • To grupa ideologiczna żydowska, ze szczególną doktryną wojenną, która przez krótki czas opanowała politykę Partii Republikańskiej i prezydenturę drugiego Busha. Korzenie tej grupy, bardzo nietypowej dla Żydów amerykańskich, sięgają radykalizmu lat 70. i 80., kiedy wielu z nich miało poglądy trockistowskie; potem nawrócili się na prawicę. To Perle, Wolfowitz, Abrams i inni. W latach 90. byli blisko generała Szarona i Partii Likud w Izraelu, zdobyli w USA zaufanie Rumsfelda i Cheneya, potem samego Busha. Ich wielka szansa, dzisiaj przegrana, to wojna o Irak, która miała być przystawką przed głównym daniem – atakiem na Iran. Nieudana ofensywa izraelska na Hezbollah w Libanie w 2007 r. była częścią tej strategii, która legła w gruzach.

Widok z Polski

60 rocznica powstania państwa izraelskiego zbiegła się w ubiegłym roku z 90 rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Polacy dobrze rozumieją, że suwerenność można łatwo stracić oraz że potęga supermocarstw nie jest wieczna. Miejmy nadzieję, że rząd izraelski umie działać nie tylko odważnie, ale też rozsądnie. Bo ryzyko jest przeogromne, a równowaga sił w XXI w. widocznie się chwieje. Małe państwo, które ciągle walczy i z sąsiadami, i z ludnością strefy okupowanej, jest otwarte na wszelkie rodzaje zagrożeń. Dopóki jest możliwa, ofensywa pokojowa jest konieczna.

Wspomniałem o tym, że większość przywódców izraelskich z 1948 r. urodziła się w Polsce. To pokolenie już odeszło, ale jestem pewien, że gdyby oni żyli, zazdrościliby obecnego miejsca Polski w świecie. Oni też by się zgodzili z powiedzeniem: skrzywiona pamięć to skrzywiona polityka.

Autoryzowane opracowanie redakcyjne na podstawie wykładu wygłoszonego przez prof. Normana Daviesa w Centrum Kultury Żydowskiej – Fundacja Judaica w Krakowie, 12 listopada 2008 r.
 

Przedstawiamy najnowsze, 12. wydanie Pomocnika Historycznego

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj