Klasyki Polityki

Stażysta nadchodzi latem

Unsplash
W jednej z firm stażysta po tygodniu pracy zamówił taksówkę na koszt firmy i pojechał do sklepu, potem na basen, cały czas każąc kierowcy czekać. Pożegnali się z nim od razu.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 2001 r.

Kiedyś student był synonimem człowieka wolnego. Żył dniem dzisiejszym realizując bezinteresownie swoje pasje. Teraz młodzi ludzie już od pierwszych lat studiów myślą o karierze zawodowej. Wakacje wykorzystują na szukanie pracy i to nie tylko po to, by dorobić do stypendium. Wielu gotowych jest terminować w prestiżowych firmach nawet za darmo, byle „zarobić” dobre zdanie do CV, nawiązać kontakty, które być może kiedyś zaprocentują. Wakacje to dla nich czas inwestycji we własną przyszłość.

Potomkowie wyzwolonego pokolenia dzieci kwiatów wyrośli na boleśnie rozsądne pokolenie dzieci rynku. A rynek ich nie rozpieszcza. Mają świadomość, że absolwentów wyższych uczelni jest o wiele więcej niż miejsc pracy, więc rozegra się o nie bezwzględna walka. To, co kiedyś było atutem – znajomość języka, obsługa komputera, dyplom – dziś jest absolutnym minimum, które niczego nie gwarantuje. Studia to już nie tylko czas zdobywania wiedzy, ale także treningu aktywności na rynku pracy, budowania życiorysu, który będzie mógł zainteresować przyszłego pracodawcę. „Studenci muszą nauczyć się bezwzględnego egoizmu i prowadzić agresywną kampanię marketingową na rzecz swojego przyszłego być albo nie być” – czytamy w piśmie studentów UW „Uniwersytet”.

Każda praca ważna

Każde doświadczenie jest ważne i w każdej pracy można nauczyć się bardzo wiele. Nawet jeśli jest to zajęcie prozaiczne – twierdzi Joanna Mazur, studentka III roku polonistyki, której na czas wakacji udało się zdobyć dwie posady: telemarketerki (osoba sprzedająca usługi przez telefon lub obsługująca infolinię) w towarzystwie ubezpieczeniowym i sprzedawczyni w sklepie odzieżowym. Choć na studiach wybrała specjalizację edytorsko-wydawniczą, cieszy się z tego, co ma, bo raz, że trudno o pracę, a dwa – będzie co wpisać do CV. A pracodawcy potwierdzają: nawet niezwiązane z przyszłym zatrudnieniem doświadczenia zawodowe są dla nich sygnałem, że kandydat na posadę jest człowiekiem aktywnym. Wakacyjna praca to także trening pisania życiorysów, oswajania stresu podczas rozmów kwalifikacyjnych, czytania ofert.

W pewnym okresie życia po prostu trzeba zrezygnować z wakacji, zdobyć jakieś kwalifikacje, żeby się potem nie wstydzić – mówi Sylwia Zawada-Targoni, studentka V r. Akademii Medycznej. – Mając pracę człowiek ma kontakt ze światem, jeśli nie ma – żyje pod kloszem i potem zetknięcie z rzeczywistością bywa bolesne.

Sylwia ma życiorys niemal wzorcowy: w liceum pracowała jako hostessa przy promocji kosmetyków w supermarketach, potem już na studiach jako telemarketerka w towarzystwie ubezpieczeniowym. Dwa lata temu dostała pracę w biurze kwater studenckich, gdzie awansowała na stanowisko kierownicze. Do tego kursy językowe za granicą (angielski i niemiecki), kurs komputerowy w Berlinie, artykuły w wydziałowej gazetce i praca społeczna przy międzynarodowej wymianie studentów. W te wakacje miała pracować jako kelnerka (biuro kwater zbankrutowało), ale posadę po znajomości dostał kto inny. Złożyła więc swoją ankietę w studenckim biurze pośrednictwa pracy i czeka na oferty. Marzy o pracy w zawodzie lekarza rodzinnego, ale jeśli się nie uda, wierzy, że z doświadczeniem, jakie do tej pory zdobyła, na pewno nie zginie.

Najlepiej w zgodzie ze studiami

Najlepiej, gdy wakacyjna praca zgodna jest z profilem studiów, idealnie, gdy może skończyć się ofertą pracy. W renomowanych firmach wakacyjny staż zdobyć niemal równie trudno jak etat. W firmie consultingowej Arthur Andersen formularze składa kilka tysięcy osób rocznie, miejsc dla praktykantów jest około 30. Kryteria podstawowe to doskonała znajomość angielskiego, obsługa komputera i umiejętność pracy w zespole.

To da się wyczytać z CV, bo jeśli ktoś np. przygotowywał wyprawę dla znajomych do Nepalu, to prawdopodobnie ma zdolności organizacyjne i dobrze radzi sobie w grupie – tłumaczy Izabela Pabich z działu rekrutacji.

Po pierwszej selekcji 100 osób zapraszanych jest na test numeryczny, który sprawdza zdolności analityczne i znajomość angielskiego, bo pytania sformułowane są w tym języku. Tych, którzy go przejdą, czeka rozmowa kwalifikacyjna.

– Przeglądając zgłoszenia kandydatów na praktyki widzimy, że studenci mają coraz większą świadomość, że trzeba się wyróżniać, bo takie same oceny w indeksie może mieć kilkaset osób – mówi Izabela Pabich. – Starają się być konkurencyjni w każdej dziedzinie.

Rzeczywiście widać znaczną poprawę – przyznaje dr Janusz Fiszer, adiunkt Uniwersytetu Warszawskiego i wspólnik w międzynarodowej kancelarii prawniczej White&Case. – Przywiązują ogromną wagę do nauki języków, korzystają z zagranicznych stypendiów, nie marnują czasu na piwo i dziekanki. Wiedzą, że dziś już nie studiuje się fajnie.

– Może brak im trochę entuzjazmu i spontaniczności – dodaje mec. Beata Kiedrowicz, także wspólnik z White&Case. – Ja zaczynałam na początku lat 90. i moje pokolenie miało poczucie, że coś nam spadło z nieba, otwierały się nowe szanse i perspektywy, a my potrafiliśmy bardzo dużo z siebie dać. Kandydaci są świetni merytorycznie i mają tego świadomość. Nie mają kompleksów wobec świata, są nastawionymi na konsumpcję Europejczykami. Nie cenią dostatku, bo znają go od zawsze. Przyjeżdżają na praktyki własnymi samochodami, mieszkają we własnych mieszkaniach spłacanych na kredyt. Po tym pokoleniu widać, że Polska jest już krajem rozwiniętym. Choć my tu pewnie mamy trochę inną optykę, bo kontaktujemy się tylko ze studencką elitą.

Biegły angielski w mowie i piśmie to podstawa, żeby składać podanie o praktykę wakacyjną w White&Case, poniżej średniej 4 w indeksie nie ma o czym mówić, a właściwie liczy się dopiero 4,5, do tego ukończenie szkoły prawa brytyjskiego lub amerykańskiego, ciekawe zainteresowania badawcze albo dłuższe praktyki za granicą.

Takie firmy jak Andersen czy White&Case nie potrzebują stażystów do parzenia kawy albo kserowania dokumentów. Są oni od razu angażowani do merytorycznej pracy przy konkretnych projektach. Korzyść dla studentów jest oczywista: pieniądze (w Andersenie ok. 3 tys. miesięcznie, w White&Case – równowartość 100 dol. tygodniowo), doświadczenie, piękna pozycja w CV, a dla najlepszych oferta pracy. A korzyść firmy?

Pomoc w naszej pracy, zaistnienie nazwy firmy w świadomości studentów – wylicza dr Janusz Fiszer – ale przede wszystkim stworzenie mechanizmów selekcyjnych. Ciągle zatrudniamy nowych pracowników. Z CV można wyczytać wiele, ale nie wszystko. Podczas praktyk widzimy, jak kandydaci sprawdzają się „w praniu”. Także sami praktykanci mogą sprawdzić, czy na pewno mają ochotę tak ciężko pracować, bo u nas gdy jest pilny projekt, siedzi się i w nocy, i w weekendy.

W jednej z firm stażysta po tygodniu pracy zamówił taksówkę na koszt firmy i pojechał do sklepu, potem na basen, cały czas każąc kierowcy czekać. Pożegnali się z nim od razu.

Szansa dla filologa klasycznego

W firmie Procter and Gamble proces rekrutacji na staż również niczym się nie różni od rekrutacji do pracy. Przy czym firmy nie interesuje kierunek studiów, stopnie w indeksie, ukończone kursy i kwalifikacje. Jedynym wymogiem formalnym jest znajomość angielskiego. Ważne są predyspozycje: zdolności przywódcze, umiejętność pracy w zespole, innowacyjność, komunikatywność, umiejętność podejmowania ryzyka. Osoby, które przejdą pierwsze sito (CV), zdają test analitycznego myślenia, a potem przechodzą szereg rozmów kwalifikacyjnych.

Nie oczekujemy przygotowania teoretycznego. Zawodu nauczą się u nas. Mamy tu np. analityka finansowego po sinologii i dyrektora ds. produktu po filologii klasycznej – mówi Małgorzata Mejer, rzecznik prasowy firmy. – Interesuje nas przede wszystkim, czy kandydat ma predyspozycje do osiągnięcia sukcesu. Musimy być przekonani, że ma szansę na karierę w firmie.

W Procter and Gamble staż kończy się zazwyczaj ofertą pracy na stanowisku podstawowym (np. zastępca kierownika ds. danego produktu). Nic dziwnego, że o jedno miejsce na praktykach letnich stara się tu ponad 50 osób.

– W pierwszej połowie lat 90. wszyscy rzucali się na prowadzenie własnych firm, wręcz wypadało mieć książkę przychodów i rozchodów – mówi Kajetan Słonina, szef biura pośrednictwa pracy dla studentów Activ Plus. – To się zmieniło. Dziś studenci marzą o wielkich korporacjach. Chcą być pracownikami najemnymi, a nie pracodawcami. Tak jest bezpieczniej.

Spółdzielnie studenckie, które kiedyś zajmowały się ofertami pracy dorywczej i wakacyjnej, dziś podupadły. Dawny potentat Plastuś, który przed zmianą ustroju dawał pracę 20 tys. osób rocznie, dziś ma średnio dwie oferty pracy tygodniowo i jest to głównie praca fizyczna. Mimo to powstają nowe spółdzielnie. Za namową Stefana Bratkowskiego studenci Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego założyli pół roku temu spółdzielnię Planum. I idzie im lepiej niż Plastusiowi, bo tygodniowo udaje im się pozyskać nawet do 60 ofert, choć przyznają, że studenci zainteresowani ciekawą pracą muszą czekać nawet pół roku.

Generalnie jednak pośrednictwo się skomercjalizowało. W Warszawie działa kilkanaście biur, które kojarzą szukających pracy studentów z firmami, które np. z powodu urlopów czy zwolnień potrzebują pracowników sezonowych.

Robimy właściwie to samo co dawniej spółdzielnie studenckie, z tą różnicą, że jesteśmy nastawieni na zysk i bardzo profesjonalnie sprawdzamy deklarowane kwalifikacje – mówi Kajetan Słonina. Przez jego biuro przewijają się tysiące ludzi i z tego punktu widzenia pokolenie dzisiejszych studentów nie prezentuje się już tak perfekcyjnie, jak widzą je działy rekrutacji prestiżowych firm. – Często wydaje im się tylko, że znają język obcy, a trafiali się i tacy, którzy nie wiedzieli jak włączyć komputer – opowiada. – Zdarza się im nie przyjść na zlecenie, gdy jest ładna pogoda. To najczęstszy powód reklamacji. Najzabawniejsza reklamacja, jaka nam się przytrafiła, dotyczyła nadgorliwego praktykanta; tak szczegółowo wypytywał o wszystko w firmie, do której go wysłaliśmy, że szef uznał go za szpiega konkurencji i zażądał wymiany.

Kiedyś myli okna

Dawniej studenci zajmowali się przede wszystkim robotami porządkowymi: myciem okien, sprzątaniem, przeprowadzkami, odśnieżaniem przystanków (to było najbardziej pożądane zlecenie, do zdobycia tylko po znajomości, bo płacono za dyspozycyjność bez względu na to, czy śnieg padał, czy nie). Ten rynek opanowały jednak firmy komercyjne. Dziś praca dorywcza to głównie obsługa rynku konsumpcji. Studenci roznoszą ulotki, rozlepiają plakaty, pracują przy promocjach, w działach obsługi klientów, rozkładają towary na półkach w supermarketach. Człowiek przechadzający się po sklepie przebrany za królika albo butelkę to najprawdopodobniej student. Stopień wyżej jest praca biurowa. Dziewczyny pełnią najczęściej funkcje sekretarek, asystentek, recepcjonistek, chłopcy – operatorów komputera. Studenci kierunków lingwistycznych mogą liczyć na tłumaczenia, ekonomicznych – prowadzą księgowość i rozliczenia w małych firmach.

Informatycy, medycy, rolnicy

Najmniej problemów mają informatycy. – Studenci informatyki sami załatwiają sobie kontrakty, nie zgłaszają się do nas. Zresztą często firmy szukają ich same – mówi Kajetan Słonina. – My mamy zgłoszenia od informatyków-samouków. Dobra stawka studencka to 10 zł za godzinę, oni dostają 50–60 zł. I uważam, że to o wiele za dużo. Brak im solidnej wiedzy, mają kłopoty z komunikacją międzyludzką, nie znają angielskiego, tzn. potrafią czytać polecenia na ekranie, ale nie potrafią mówić. Informatyk, to jednak ciągle słowo-wytrych, choć to się powoli kończy.

Trudno jest studentom medycyny, którzy szukają pracy dorywczej związanej z kierunkiem studiów. Czekają ich bardzo nisko płatne nocne dyżury w pogotowiu i to tylko chłopców, bo to ciężka, fizyczna praca przy noszach. Dziewczyny mogą siedzieć w izbach przyjęć, ale to już całkiem za darmo. Te, które mają trochę szczęścia, pracują jako rejestratorki w prywatnych przychodniach. Zlecenie od firmy farmaceutycznej to los wygrany na loterii.

Także studenci akademii rolniczych muszą liczyć na łut szczęścia. Podczas obowiązkowych praktyk letnich mogą trafić do byłego PGR-u albo na zagraniczną farmę. Jeden ze studentów warszawskiej SGGW podczas pracy dla angielskiej firmy Fresh Salads zarobił w ciągu trzech miesięcy 40 tys. zł. Inna rzecz, że schudł przy tym 15 kg.

Agnieszka Charłampowicz, studentka V r. zootechniki SGGW, wakacyjną pracę traktuje jako źródło dochodów i okazję do zdobycia nowych doświadczeń. Pozycja w CV jej niepotrzebna. Przed pięciu laty z pomocą rodziców kupiła gospodarstwo na Suwalszczyźnie. Podczas studiów pracowała m.in. w stadninie koni na Zachodzie (dla doświadczenia, bo tylko za wikt) i na kurzej fermie pod Górą Kalwarią (tym razem dla pieniędzy).

To była ciężka fizyczna praca i na pewno nie dla wrażliwych – wspomina. – Pracowało się przeciętnie 12 godzin dziennie, a zdarzało się i 26 godzin bez przerwy za 4,50 zł na godzinę.

Po obronie dyplomu chce zająć się swoją ziemią. Za kredyt wyremontuje budynki gospodarcze i dom, gdzie już teraz prowadzi agroturystykę. Ma staw rybny, chce hodować kozy, założyć pasiekę. Zdaje sobie sprawę, że może być jeszcze ciężej niż na kurzej fermie i jeśli się nie uda, nie ma po co wracać do Warszawy, bo już nie znajdzie pracy. – Ale w końcu rolnikiem zostaje się dziś z pasji, a nie dla pieniędzy – deklaruje.

Pasja jest dziś wśród studentów zjawiskiem rzadkim. Stosunkowo częściej przytrafia się ona humanistom. To od nich można jeszcze usłyszeć anachroniczne stwierdzenie: skończę studia, to pójdę do pracy, choć wszyscy dookoła pukają się w głowę. Wielu zresztą wybierając specjalizację nauczycielską pogodziło się z faktem, że skończą w szkole. Może uda się w prywatnej.

Po znajomości

Choć studenci mówią dziś powszechnie o inwestowaniu we własny wizerunek, mobilności, przedsiębiorczości i kreacyjności, to jednak wielu twierdzi, że do sukcesu potrzebne jest coś jeszcze – znajomości.

Nie musiałem szukać stażu – deklaruje Michał z III r. Politechniki, który wakacyjną praktykę odbywa w Siemensie. – Mój ojczym jest tu jakąś szychą i mi to załatwił. Miałem tylko napisać CV, ale to też pro forma, bo chyba go nikt nie czytał. Teraz staże w firmach można załatwić tylko przez znajomych. Gdy próbowałem szukać pracy na własną rękę, kończyło się na rozlepianiu plakatów. Nie płacą tu dużo, ale to dla mnie zajęcie prestiżowe. Firma jest znana i fajnie będzie wpisać w CV, że tu pracowałem.

Pragmatyczna gra o sukces zaczyna się coraz wcześniej. – Do tej pory sądziłam, że wakacje mają być po prostu przyjemne – mówi Marysia, studentka I r. polonistyki. – Ale zmieniłam zdanie. Chętnie znalazłabym jakąś pracę. Marcin z I r. finansów i bankowości takich złudzeń nie miał. – Wakacje zdecydowanie poświęcam na naukę, na rozszerzenie wiadomości i pogłębienie tego, co mam w programie studiów – deklaruje.

O staż letni w Arthurze Andersenie coraz częściej dopytują pierwszoroczni, mimo że firmę interesują studenci od III roku wzwyż.

Młodzi ludzie szukają stałej pracy tak wcześnie, jak się da, a w tej konkurencji większe szanse mają studenci wieczorowi i zaoczni. Choć poziom nauczania jest na tego typu studiach niższy niż na dziennych, to zaoczni mogą zaoferować pracodawcy bezcenną zaletę – dyspozycyjność. Dziś już mało kto studiuje dla samej przyjemności studiowania, więc gdy pojawia się alternatywa: praca czy studia, wybór często pada na pracę. Tak było w przypadku Agnieszki Guściory, studentki Akademii Wychowania Fizycznego. Zaczynała studia w trybie dziennym, zarabiając m.in. w cukierni Bliklego na utrzymanie i wynajęcie mieszkania.

– Pracowałam nie tylko w czasie wakacji, brałam zajęcia dorywcze także w czasie studiów – opowiada. – Tak naprawdę to nigdy nie miałam prawdziwych wakacji, zawsze coś robiłam. Specjalizuje się w masażach i fizykoterapii. Gdy pojawiła się szansa na pracę w swoim zawodzie, postanowiła kończyć studia zaocznie.

Agnieszka pracuje na pełny etat w szpitalu jako rehabilitantka. Kończy o godz.16 i jedzie do centrum terapeutycznego, gdzie jest instruktorką fitness. W wolnych chwilach przyjmuje zlecenia masaży od prywatnych pacjentów. Marzy o tym, że jak skończy studia, to odpocznie.


Współpraca: Mariola Małecka, Dominika Nowak, Iwona Lewandowska, Paulina Leopold, Edyta Pawłowska

Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną