Klasyki Polityki

X. Wierz i wątp

Kto w nic nie wierzy, ten uwierzy w cokolwiek

W praktyce bardzo trudno szuka się całkiem samemu, bez żadnej pomocy. W praktyce bardzo trudno szuka się całkiem samemu, bez żadnej pomocy. munzurfm / Pixabay
Kto w nic nie wierzy, ten uwierzy w cokolwiek. Jest też inna groźba: wiary tak pewnej siebie, że aż nienawistnej wobec wszelkich wątpliwości.
Niewierzący pożegnali się – w imię rozumu – z wiarą religijną raz na zawsze.Mirosław Gryń/Polityka Niewierzący pożegnali się – w imię rozumu – z wiarą religijną raz na zawsze.

Czy można zarazem wierzyć i wątpić? Wiara nie musi być religijna. Dla psychologa i psychoterapeuty wiara ma wartość, gdy pomaga jednostce radzić sobie z życiem. Wszystko dobrze, póki wiara – wszystko jedno, jakie jest jej źródło – scala człowieka i daje mu siłę. Kto w nic nie wierzy, ten uwierzy w cokolwiek – to ostrzeżenie przed szarlatanami, którzy żerują na ludzkiej potrzebie wiary w czasach zamętu.

W arcyciekawej książce „Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, wydanej (uwaga!, to u nas nietypowe) przez oficynę ojców jezuitów WAM w Krakowie, psychiatra prof. Maria Orwid opowiada o swych doświadczeniach zawodowych. Ma wśród kolegów wielu ludzi religijnych. Zauważa, że autentyczne doświadczenie religijne zachęca do otwartości na drugiego człowieka i życzliwości. Ale są też tacy – już poza jej środowiskiem zawodowym – u których doświadczenie religijne wywołuje tak głębokie poczucie misji, że uważają, iż wiedzą, jak powinien postępować drugi człowiek, co jest dla niego dobre, a co złe. U takich osób nie ma świadomości ranienia ludzi.

Lękajmy się fanatyków

Tego właśnie dziś lęka się wielu: że wiara zamieni się w fanatyzm usprawiedliwiający narzucanie innym siłą własnych przekonań. Jak nie ogniem i mieczem, to drogą ustaw i rozbudowanego systemu kontroli naszego życia prywatnego. Tej pokusie ulegali wcale nie tylko ludzie religijni. Profesor Leszek Kołakowski pisze: „Najstraszliwsze i najbardziej masowe prześladowania, masakry i ludobójcze wyprawy w XX stuleciu były dziełem zapamiętałych wrogów religii i chrześcijaństwa, nie zaś dziełem Kościoła czy Kościołów – te potworności czynili ci sami, co prześladowali religię i mordowali kapłanów w imię dostojeństwa rozumu”.

Złe doświadczenia z fanatyzmem nie poszły w zapomnienie. Dotyczy to także fanatyzmu religijnego. Ta pamięć ludziom na Zachodzie każe szukać duchowego oparcia poza wszelkimi formami religii zorganizowanej. Chcą w coś wierzyć, ale bez pośredników. Stąd tak wielka dziś popularność nowej duchowości – takiej, która odpowiada na potrzebę głębszych wartości, ale nie podpiera się przy tym dogmatami i nie grozi piekłem. W ruchu New Age jest miejsce dla wszystkich poszukiwaczy takiej duchowości. Mogą być buddystami, chrześcijanami, wyznawcami szamanizmu, nieważne – każda ścieżka jest dobra, każda religia i wiara jest w istocie tym samym – próbą odkrycia głębszego sensu w pozornym chaosie rzeczywistości. Ale czy to na pewno jest takie proste?

Strzeżmy się hochsztaplerów

W praktyce bardzo trudno szuka się całkiem samemu, bez żadnej pomocy. Ci, którzy zrazili się do tradycyjnych religii i Kościołów, jakoś bez problemu poddają się władzy nowych nauczycieli duchowych. Nierzadko ci guru okazują się samozwańczymi hochsztaplerami. My nie chcemy łaciny, a oni namawiają nas, byśmy uczyli się sanskrytu, języka jeszcze bardziej martwego. Może lepiej poznać najpierw własną tradycję i zbadać, czy przypadkiem nie zawiera czegoś, czego właśnie szukamy zupełnie gdzie indziej? Wielu młodych ludzi, także w Polsce, studiuje z zapałem mistykę Dalekiego Wschodu. Nie wiedzą często, że chrześcijaństwo ma równie bogate doświadczenia mistyczne. Dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski, filozof religii, mówi tak: – W obszarze religii wierzę w coś, bo wiarygodnym jest dla mnie świadek, który mówi. Miarą wiarygodności świadectwa jest to, co świadek gotów jest poświadczyć sobą, swoim życiem o prawdzie, którą głosi. Wierzę w to, że Jezus Chrystus zmartychwstał, bowiem wiarygodnymi świadkami są apostołowie, którzy Go widzieli i dali za tę prawdę życie. Ostatecznym świadkiem jest sam Jezus i jego ewangelia.

Wątpienie także dotyczy tych dwu wymiarów wiary – wątpię albo w coś, albo wątpię w wiarygodność świadka. Wątpić to brać na serio prawdę, z którą się zmagamy. Akceptacja prawdy musi przejść przez ogniową próbę zwątpienia, musi spłonąć dziecinne niebo naiwności, aby dojrzała wiara wydała swój owoc. Ale i jestem pewien słuszności tezy przeciwnej: spłonąć winna także dziecinna choroba nieustannego wątpienia, gdyż to także nie pozwala na osiągnięcie pełnej dojrzałości. Gdy staję wobec ludzkiej biedy, nie czas na wątpienie, czas na działanie.

Niewierzący pożegnali się – w imię rozumu – z wiarą religijną raz na zawsze. Stanisław Lem ujął to tak: „Wszystkie rodzaje ludzkiej konfesji są mi jednakowo obce w tym prostym sensie, że jestem na każdą wiarę dokładnie tak samo niekonwertowalny. Możliwe, że pewne podstawowe fragmenty moich etycznych dociekań lub zasad są wywodliwe z chrześcijaństwa i musiałbym upaść na głowę, ażeby się takich wpływów wypierać. Niemniej estetyczne atrakcje wiar mogą być rozmaite, ale moc ich oddziaływania na mój światopogląd utrwalony rozumowo równa się zeru. Żadnej tego rodzaju opoki nie potrzebuję”.

Społeczeństwa Zachodu są prawie całkowicie zeświecczone. Ale temu procesowi towarzyszy podskórnie drugi. W próżnię po chrześcijaństwie katolickim i protestanckim wchodzą inne zorganizowane wyznania – od islamu, przez religie Orientu po chrześcijańskie wspólnoty „niszowe” – np. prawosławie w Wlk. Brytanii czy rzutkie sekty o korzeniach protestanckich w Europie pokomunistycznej. Lemowski racjonalizm nie wystarcza. Rodzi się postawa odwrotna: uwierzyć wbrew niewierzącej większości.

Stany prawomocne

Niewiara i wiara są tak samo prawomocne – twierdzi prof. Kołakowski. I obie są potrzebne naszej kulturze, bo ona, żeby żyć, zawsze potrzebuje „skłócenia przeciwstawnych racji, racji bowiem absolutnie pewnych nie ma”.

Wiara i wątpienie są sobie wzajemnie potrzebne. I nie muszą się wykluczać. Są dowody, że najwięksi mistycy chrześcijańscy przeżywali chwile duchowej ciemności. Jezuita Stanisław Obirek, redaktor tomu o dialogu z niewierzącymi, wie doskonale, że w potocznym mniemaniu utrata wiary: – Jest postrzegana jako rzecz niemożliwa dla księdza, a już nie daj Boże dla biskupa, bo przecież są od tego, by tej wiary nauczać. Dla mnie mistrzem delikatności jest kardynał mediolański Carlo Maria Martini, który dostrzega w niewierzącym swego brata i część siebie samego. Niewiara Stanisława Lema, Henryka Markiewicza, Michała Głowińskiego, Andrzeja Osęki czy Marka Edelmana jest dla mnie poważnym argumentem kwestionującym podstawy mojej wiary. Takich niewierzących znalazłbym więcej. Bywa, że obawiam się utraty wiary bardzo poważnie, zwłaszcza wtedy, gdy ludzie Kościoła nie biorą jej poważnie.

Racjonaliści jakoś rzadziej gotowi są przyznać, że i im zdarza się wątpić w ich racjonalizm. Na czym polega wątpienie w dziedzinie wiary, mniej więcej wszyscy wiemy. Ale ma ono więcej warstw, niż sądzimy. Na buncie wcale się nie kończy, prawdziwa podróż duchowa raczej dopiero się od tego zaczyna. Potem przychodzi etap głębokiej niechęci do definiowania tego, czym jest Bóg i wiara. Chce się tym żyć, a nie dyskutować o tym i nawracać błądzących. Coraz mniej pociągają takiego podróżnika duchowego widzialne znaki i obrazy, bo zalatują bałwochwalstwem. Nadchodzi wielka cisza i w niej dopiero można usłyszeć Głos, który rozlega się gdzieś bliziutko, bliżej niż myślał podróżnik ruszający na Jego poszukiwanie.

O zdrowie duszy

Wątpienie oznacza tyle co dystans do wszelkich ludzkich prób pełnego wytłumaczenia zagadek, przed którymi stawia nas życie. Jego przeciwieństwem nie jest wiara, tylko próżność – pewność, że się wie. Że się zna odpowiedź na wszystkie pytania religii, moralności, polityki.

Przeciwieństwem takiego zbawiennego dystansu do siebie i świata jest też brak poczucia humoru. To ważne kryterium zdrowia duszy. Fanatycy są zwykle ponurzy i zacięci, a już prawie na pewno nie umieją zażartować z siebie i swej doktryny. Święty Tomasz, Doktor Kościoła, ułożył siedem wieków temu modlitwę, w której prosi: „Panie, Ty wiesz lepiej niż ja sam, że się starzeję. Zachowaj mnie od zgubnego mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu ścieżek. Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach i daj mi łaskę mówienia im o tym”.

A pewien współczesny mistrz buddyjski tak zamyka kilkudniowe spotkania medytacyjne ze swymi uczniami: „I tak dotarliśmy do końca. Powstańmy i pokłońmy się trzykrotnie Buddzie. Dziękujemy mu, bo nawet jeśli nie doznaliśmy wielkiego oświecenia, dostąpiliśmy małego. A jeśli nie przeżyliśmy małego oświecenia, to przynajmniej nie zachorowaliśmy. A jeśli zachorowaliśmy, to przynajmniej nie umarliśmy”. No właśnie.

Dziesięć przykazań tygodnika „Stern”

1. Szanuj cudzą godność
2. Walcz, jeśli dzieje się krzywda
3. Odpowiadaj za własne czyny
4. Respektuj, że ludzie są różni
5. Nie zabijaj
6. Bądź uczciwy
7. Wierz, ale nie bądź fanatykiem
8. Kochaj swoje dzieci
9. Nie żyj cudzym kosztem
10. Szanuj naturę

Dekalog buddyzmu zen

1. Nie przywiązuj się bałwochwalczo do żadnej doktryny, teorii czy ideologii. Prawda tkwi w życiu, nie w doktrynach.
2. Nie zmuszaj nikogo – także dzieci– do wyznawania twoich poglądów.
3. Nie unikaj kontaktu z cierpieniem.
4. Nie gromadź bogactw ponad miarę, gdy miliony głodują. Nie rób ze sławy, zysku, zamożności czy przyjemności zmysłowych głównego celu twojego życia. Żyj prosto, dzieląc czas, energię i dobra materialne z tymi, którzy są w potrzebie.
5. Nie podsycaj gniewu i nienawiści.
6. Nie rozpraszaj się.
7. Nie mów rzeczy niezgodnych z prawdą ani dla osobistych korzyści, ani żeby wywrzeć wrażenie na słuchaczach. Miej odwagę zabrać głos, gdy dostrzegasz niesprawiedliwość.
8. Nie wykonuj takiego zawodu, którego efekty są szkodliwe dla ludzkości bądź przyrody. Nie inwestuj w spółki pozbawiające innych szansy na życie.
9. Nie przywłaszczaj sobie rzeczy, które powinny należeć do kogoś innego. Szanuj cudzą własność, jednak nie dopuszczaj, by inni bogacili się na cierpieniu ludzi czy innych istot.
10. Szanuj własne ciało i obchodź się z nim jak najlepiej. Bądź w pełni świadom odpowiedzialności związanej z powołaniem nowego istnienia. Robiąc użytek z tego dekalogu, pamiętaj o punkcie pierwszym.

Pouczenia Białego Bizona, Stwórcy świata, dla Indian Ameryki Północnej

A. Dbajcie o Matkę Ziemię i inne rasy ludzkie.
B. Szanujcie Matkę Ziemię i dzieło stworzenia.
C. Czcijcie wszelkie życie i podtrzymujcie tę cześć.
D. Bądźcie wdzięczni za wszelkie życie. To dzięki życiu możliwe jest przetrwanie.
E. Kochajcie i dajcie wyraz miłości.
F. Bądźcie skromni. Skromność jest darem mądrości i zrozumienia.
G. Bądźcie dobrzy dla siebie i innych.
H. Dzielcie się uczuciami, troskami i wszystkim, co wam leży na sercu.
I. Bądźcie uczciwi wobec siebie i innych. Nie uchylajcie się od odpowiedzialności za te święte pouczenia i podzielcie się nimi z innymi ludami.

Przesłanie Matki Teresy

Życie jest okazją, skorzystaj z niej.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest rozkoszą, zakosztuj jej.
Życie jest marzeniem, spełnij je.
Życie jest wyzwaniem, staw mu czoło.
Życie to obowiązek, spełnij go.
Życie jest grą, prowadź ją.
Życie jest skarbem, troszcz się o niego.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, raduj się nią.
Życie jest tajemnicą, poznaj ją.
Życie to obietnica, wypełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest pieśnią, śpiewaj ją.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, nabierz sił.
Życie jest przygodą, nie cofaj się.
Życie jest życiem, ocal je!
Życie jest szansą, skorzystaj z niej.
Życie jest zbyt cenne, nie niszcz go.
Polityka 1.2003 (2382) z dnia 04.01.2003; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "X. Wierz i wątp"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną