Dopiero później oddział przyjmuje narkomana albo alkoholika na odtrucie. Polega ono na oczyszczeniu organizmu i trwa od ośmiu do dziesięciu dni.
Na pierwszy detoks kandydat przychodzi często z rodzicami. Ordynator dr Andrzej Bączkowski chce się najpierw zorientować, co oni o sobie wzajemnie wiedzą, to ważne. Narkoman powinien mieć w rodzinie mądrą ostoję. Ale rodzice i dzieci wiedzą o sobie mało. Albo nie chcą mówić. Albo nie umieją, bo mówią zwykle o rzeczach pospolitych: jedzenie, opłaty za media, co trzeba załatwić. A tu chodzi o inne dlaczego. Pytają: Dlaczego masz w pokoju bałagan? O tych innych dlaczego – ostrych, bolesnych – milczą.
Doktor prosi odtruwanych pacjentów: przypomnij sobie miłe zdarzenie przed braniem i powiedz mi o nim. Poszedłem z matką na lody, mówią. Ojciec mnie przytulił, przypominają sobie. To są te najczęstsze miłe zdarzenia. Dr Bączkowski stwierdza patologiczny brak więzi w rodzinach, które przychodzą po pomoc na oddział. W tych rodzinach jest gdzieś na dnie smród. Albo bezradność. Lub oddzielność: każdy żyje na zimno i dla siebie, choć wcale tego nie chce i pragnąłby inaczej, ale inaczej nie umie, nie ma czasu, nie jest w stanie.
Matka biała jak ściana
Rodzice – ci, co przychodzą – zrobiliby jednak wszystko, żeby dziecko ratować. To są czasem ich jedyne dzieci. Niedawno na oddział detoksu Stowarzyszenia Markot-Monar przy ul. Marywilskiej w Warszawie zgłosił się ojciec uzależnionego syna, który zajmował się także dilerką. Jego mała siostra podkradała mu towar. Już wymaga leczenia.
Matki często są białe jak ściana i trzęsą im się ręce. Każdy terapeuta pamięta takie, które po wieloletniej gehennie popełniły samobójstwo, nie mogąc znieść tego, co się z dzieckiem dzieje.