Klasyki Polityki

Laleczka i chłopiec

Lubiła onieśmielać. Wspomnienie Osieckiej o Kalinie Jędrusik

Kalina Jędrusik i Agnieszka Osiecka w towarzystwie Jana Borkowskiego (po lewej) i Jarosława Abramowa, 1975 r. Kalina Jędrusik i Agnieszka Osiecka w towarzystwie Jana Borkowskiego (po lewej) i Jarosława Abramowa, 1975 r. Erazm Ciołek / •
Kalina wchodziła do jakiegoś pomieszczenia i natychmiast wykonywała całą etiudę na temat swego seksu.

Tę opowieść Agnieszka Osiecka improwizowała latem 1993 r. w małej kawiarence przy ul. Francuskiej, na warszawskiej Saskiej Kępie. Najpierw nie bardzo miała ochotę na udzielenie wywiadu, ale na hasło Kalina – zgodziła się. Właśnie upływały dwa lata od śmierci Kaliny Jędrusik – zmarła 7 sierpnia 1991 r. Pech chciał, że zaraz potem taśma, na której została nagrana wypowiedź Agnieszki, gdzieś się zapodziała. Odnalazła się niedawno i – jak to z przedmiotami bywa – przypadkiem. Odnalazła się jednak zbyt późno. Agnieszka Osiecka umarła 7 marca 1997 r. Mamy nadzieję, że stamtąd, gdzie teraz przebywa, autoryzuje to wspomnienie bez skrótów.

Trudno powiedzieć, że byłam zaprzyjaźniona z Kaliną, ale uwielbiałam ją. Poznałam ją właściwie przez Dygata, bo oni się pojawili na Wybrzeżu, kiedy ja tam miałam praktykę dziennikarską. Były to jeszcze lata 50., październikowe czy tuż przedodwilżowe. Praktykowałam w „Głosie Wybrzeża” w dziale miejskim. Najpierw pisałam o sianokosach, potem o Bim-Bomie i poznałam to środowisko cyganerii sopocko-gdańskiej i Kalinę młodziusieńką. Pracowała w tym samym teatrze co Cybulski i Kobiela. To był chyba Teatr Kameralny. Przyjechał też wtedy Dygat, zakochał się w Kalinie. Mnóstwo tamtejszej malarii biegało za nim, bo on pięknie pachniał. Był to zapach wytwornej wody kolońskiej.

To były takie czasy, że każdy z mojego pokolenia chciał zobaczyć, jak wygląda przedwojenne panisko. Dygat miał marynarkę w kratkę, nie wymawiał „r”, miał wdzięk rozkapryszonego dziecka i człowiek czuł się dowartościowany, że się zetknął z kimś takim. I to było też przyczyną, dla której Kalina się nim zainteresowała, bo on był od niej dużo, dużo starszy. W każdym razie poznałam ją w ten sposób, że ja się kręciłam koło Bim-Bomu, a Bim-Bom się kręcił koło nich. Taki układ.

Zaczęłam bywać u nich w domu, zaczęłyśmy też chodzić razem do różnych ludzi, np. do Krysi Cierniakówny, żony Morgensterna. Bardzo trudno powiedzieć, czy była między nami różnica pokolenia, czy raczej stylu. Bo myśmy, te różne panie czy dziewczyny, które znałam – Cierniakówna, Krystyna Sienkiewicz, Teresa Zygadlewicz – między nami obowiązywał taki styl dziewczyny, dziewczyński sposób bycia, ubrania, takie trochę między studentką a malarką z Krakowa, sporo typowych dla studentów politycznych zainteresowań. A Kalina nigdy nie była typem dziewczyny, była typem kobietki, taka kobieta-laleczka, która ma ogromny czar i wdzięk, ale to jest troszeczkę czar laleczki. I strasznie przerysowana ta seksualność.

Kalina wchodziła do jakiegoś pomieszczenia i natychmiast wykonywała całą etiudę na temat swego seksu. Gdy miała dekolt, to tak długo kręciła biustem, aż ktoś powiedział „ale masz cudny dekolt”. Albo robiła okropnie dla nas krępującą rzecz – dzwoniła opowiadając, co przeżywała z jakimś kawalerem.

Na dnie tego, jak ja to teraz rozumiem, była bardzo przykra operacja. Ona patrzyła w lustro i widziała swoje emploi jako właśnie takiej słodkiej, groteskowej kobietki, ale z drugiej strony po tej operacji, którą przeżyła jak miała dwadzieścia kilka lat, wiedziała, że nigdy nie będzie miała dzieci i czuła, że nie jest w sposób naturalny kobieca i jakby grała tę kobiecość. Kiedyś, kiedy była potwornie smutna, powiedziała do mnie – wiesz, ja jestem pulardą. Pularda to taka kura, która nie może rodzić jajek. Grała tę kobietę o wiele ostrzej niż te kobiety, które nie mają żadnych niepewności. I coś takiego było w Kalinie, że ona i w telewizji, i w kinie, i w życiu towarzyskim bardzo dużo z siebie dawała.

Byłyśmy kiedyś, same dziewczyny, na takim spotkaniu, jak to kobiety sobie czasem urządzają. Nagle Kalina dzwoni do gospodyni i mówi: „słuchaj, ja nie mogę przyjść, bo jestem tutaj, prawdę mówiąc, w łóżku, jest tak cudownie, jestem z chłopakiem”. Przecież normalnie nikt tego nie robi. Jak już się jest w alkowie z ukochanym człowiekiem, to raczej do nikogo się nie dzwoni. A ona miała potrzebę opowiedzenia tego nawet szerszemu gronu, bo po kolei prosiła nas do telefonu i mówiła: „nie masz pojęcia, jak jest cudownie, świeci różowe światło, pijemy szampana”.

Pamiętam, że chyba w 1964 r. przyjechał z Berlina Konrad Swinarski i u mnie w domu śmiał się strasznie, leżąc na podłodze na plecach, patrząc jak Kalina śpiewa piosenkę „Bo we mnie jest seks”. Robiła różne wyzywające gesty, oblizywała się. A Konrad chichotał dziko i mówił: „przecież to jest największa polska aktorka komediowa”. Tłumaczyłam, że ona tylko częściowo robi to dla śmiechu, a częściowo uważa, że jest Marilyn Monroe. Robi to na serio. Konrad nie chciał w to uwierzyć.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ona nie panowała zupełnie nad swoim aktorstwem, ona miała bardzo dużo świadomego poczucia humoru. Była świetna, potrafiła godzinami bawić towarzystwo. W pociągu z Łodzi – jeździliśmy nim często – zawsze nas strasznie bawiła, cały pociąg się bawił. Opowiadała najróżniejsze historyjki, tylko że przy okazji strasznie klęła. Niektórzy byli oburzeni, a niekiedy po serii przekleństw nawet kolejarze byli mocno zdumieni, na tej trasie zawsze jeżdżą kolejarze, bo tam jest węzeł w Koluszkach. Zaczynała od historii, jak ją wzruszył jakiś człowiek albo dziecko, a potem brnęła w stronę coraz bardziej pikantnych historii. I była w tym nieprawdopodobnie wulgarna.

Potrafiła też być nieznośna i złośliwa. Pisywałam do telewizji cykl „Listy śpiewające”, który reżyserowała Olga Lipińska. Lipińska kiedyś poprosiła Kalinę, żeby zagrała taką bardzo niewinną starą pannę, która na wakacjach zakochała się w jakimś playboyu i dramat miał polegać na tym, że ta stara panna doprawdy jest niewinna i zupełnie inaczej rozumie ten romans wakacyjny niż ten pan. Kalina powiedziała, że marzy o tym, żeby zagrać starą pannę w białym kołnierzyku i w berecie, ale kiedy Lipińska się odwracała, to Kalina albo się wyzywająco malowała, albo sobie rozpinała bluzkę.

Kalina śpiewała śliczne piosenki w Kabarecie Starszych Panów. Pomyśleliśmy z Jankiem Borkowskim, że mogłaby pośpiewać i w naszym Radiowym Studiu Piosenki. Proponowaliśmy jej różne moje kawałki, np. „Okularników”. Strasznie nie chciała. Powiedziała mi, Agnieszko, dlaczego pokazujecie mi te piosenki o zwierzętach, ja chcę śpiewać tylko o miłości.

Niedawno czytałam gdzieś, że żony partyjnych bonzów nie znosiły jej podobno za to, że miała kiedyś krzyżyk na tym dużym dekolcie. One jej nienawidziły, bo chyba zakłócała spokój w tych ich nie tylko czerwonych, ale i mieszczańskich domach. Zresztą podobno sam Gomułka był niezwykle purytański, więc zapewne miał i purytańską żonę. Ten krzyżyk na dekolcie to dwa grzyby w barszcz, jakby można powiedzieć. Ale ją to bawiło. Nie cierpiała specjalnie dlatego, że ma tego typu wrogów.

Dygata znałam 50 razy mniej niż Kalinę, ale zdaje mi się, że on był jak pensjonarka. Miał jakieś swoje sympatie, nie wiem, co z tymi panienkami robił, ale wydaje mi się, że on w swojej uczuciowości był jak pensjonarka. Pisywał do tych panienek liściki, potem one pisywały liściki, potem troszkę bolało i się kończyło.

Niekiedy miałam wrażenie, że Staś manipuluje ludźmi, kogoś chciał swatać, a potem sam psuł te swaty. Mnie nigdy nie próbował uwodzić. Myślę, że nie lubił tego typu dziewczyn, wyszczekanych, z STS-u. Lubił takie panie romantyczne, taki typ Kaliny – seksbomby. On ją reżyserował, chciał, żeby została polską Monroe, nawet kupił jej ukulele.

Niemały wpływ na ich życie miało to, że Dygat był w Ameryce, w Disneylandzie i zakochał się w Hollywoodzie jak mały chłopiec. Ameryka to jest kraj dla dzieci, on tam zobaczył przede wszystkim zabawki i pomyślał, że jego żona zostanie teraz taką seksbombą. Przyszedł do nas, do Radiowego Studia Piosenki. Myśmy z Jasiem Borkowskim zarabiali wtedy po 2 tys. zł miesięcznie i przerażeni dowiedzieliśmy się, że Dygat by chciał, żebyśmy my Kalinę ubrali od stóp do głów na jakiś festiwal w Opolu czy w Sopocie, już nie pamiętam. Domagał się, żebyśmy się zachowywali jak jacyś menedżerowie, że musimy sprawić jej kilka toalet i ona pojedzie na festiwal pod warunkiem, że będzie grała wielkiego wampa. A potem zajął się rozprawą z jej dyrektorami w teatrach, w których grała. Chyba chciał być jej osobistym Arthurem Millerem.

Dla otoczenia on nie był uciążliwy, był zachwycający. Dla niej był uciążliwy. Kalina byłaby cudowna w „Trzech siostrach”, w najróżniejszych rolach, a on ją pchnął w tę koleinę wampów i seksbomb i strasznie ją ograniczył, to szkoda. Natomiast dla wielbicieli jego to w żaden sposób nie było przykre, ponieważ nie pasjonowali się nią, tylko nim, on był naprawdę rozkoszny. Pamiętam taką anegdotę o nim i o dentyście. Strasznie się bał dentysty, jak to chłopiec. Znaleziono mu dentystę, który był gdzieś za granicą, przywiózł sobie jakiś sprzęt i miał dużo zabawek. Ludzie z towarzystwa prowadzali tam swoje dzieci z myślą, że dzieci pobawią się zabawkami, to nie będą się bały. Więc ktoś tam podobno Dygata zaprowadził, Dygat pobawił się tymi kolejkami i misiami i zanim dentysta posadził go na fotelu, poszedł sobie do domu.

Ich małżeństwo było takie trochę teatralne. Małpi gaj to był ten ich dom, trochę operetkowy. Od biedy można by go nazwać salonem. Mówię od biedy, bo oni nie robili wielkich wysiłków, żeby podawać wystawne kolacje – ale zawsze był jakiś makaron. Moi koledzy z STS–u zjawiali się tam codziennie, ale Kalina nie codziennie ich karmiła. A Dygat od szóstej wieczorem leżał na kanapie i mówił, że umiera, że jest chory strasznie, i cały czas oglądał telewizję i krytykował nawet napisy.

Oni ciągle uprawiali coś, co by można nazwać życiem w trójkę, bo Kalina ciągle miała jakiegoś adoratora cudownego. Potem ten adorator zakochiwał się w Stasiu. Pierwszy znany romans Kaliny to był do dziś atrakcyjny amant teatru Syrena. Kalina się w nim strasznie zakochała, a on w niej się strasznie zakochał. Poleciła mu, żeby przyszedł do Dygata i powiedział: Kocham pańską żonę, może pan mnie wyzwać na pojedynek, będziemy się strzelać, i tak dalej w tym guście. I ten biedny amant przyszedł do Dygata i powiedział: „kocham pańską żonę”. A Dygat zaczął z nim rozmawiać w sposób tak uroczy, że kompletnie go rozbroił i całe uczucie tego amanta zaczęło przechodzić na Dygata. Zaczął wyprowadzać jego psa na spacery i potem już kompletnie był jego niewolnikiem. Ja to oczywiście szalenie skracam i przekręcam, bo mi się ta historia pewnie trochę myli z innymi romansami.

Oni prowadzili tę grę całymi latami. Ale poza tym oni się naprawdę kochali, a jednocześnie lubowali się w rozmaitych grach. Przypominam sobie, że po okresie romansu z amantem teatralnym był romans ze słynnym tyczkarzem, ale o tym niewiele mogę powiedzieć, bo ja już wtedy tam nie bywałam.

Ale jest coś jeszcze, co koniecznie trzeba powiedzieć. Kalina była bardzo dobrym człowiekiem. I w tej dobroci była prawdziwa. Wydaje mi się, że ona była bardziej sztuczna z tym seksem niż z tą dobrocią. Potrafiła być wulgarna, opowiedzieć obrzydliwą historyjkę gorszącą kolejarzy, ale była dobra jako człowiek. Opiekowała się ludźmi, zwierzętami, chorymi, psami, kotami. To już nie była gra. Zmieniała się. Po śmierci Dygata stała się jakaś inna, na przykład zaczęła chodzić do kościoła, stała się bardzo religijna. I była dobra. Szczególnie w ostatnim okresie życia.

Zanotował Piotr Pytlakowski

Polityka 32.1999 (2205) z dnia 07.08.1999; Kultura; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Laleczka i chłopiec"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Zjawisko zamknięcia się w sobie

Na długo przed pandemią psychiatrzy obserwowali syndrom zatrzaskiwania się młodych ludzi we własnych pokojach i własnym wnętrzu – czy to się teraz rozprzestrzeni?

Aleksandra Żelazińska
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną