Klasyki Polityki

Grille i zabawy ludu polskiego

Jak się bawią Polacy

Najbardziej towarzyscy są mężczyźni Najbardziej towarzyscy są mężczyźni Jacek Piotrowski / Agencja Gazeta
Pocieszamy się często, że co prawda historia nam się nie układała, sąsiedzi również za bardzo się nie udali, za popisowe produkty eksportowe mamy wódkę w ozdobnej butelce i zbite kawałki desek dumnie zwane paletami, ale bawić się potrafimy jak nikt.

Co ciekawe, bardzo często to samo podkreślają cudzoziemcy. Można im wierzyć zwłaszcza kiedy już u siebie, po powrocie, z łezką w oku wspominają polski ubaw. Jak właściwie Polak dziś się bawi? Bo że duszę ma towarzyską, rozrywkową i wkłada w to serce to pewnik wynikający z niżej drukowanych wyników badań społecznych. Trudno o jeden narodowy model, jeden aspekt wspólny zabawy, poza, być może, intensywną konsumpcją alkoholu. Taką do padnięcia, zejścia, zwałki, zbetonienia. To nas na pewno wyróżnia, ta raptowność przyswajania trunków tłumaczy też, dlaczego na przykład Francuzi piją statystycznie więcej (najwięcej w Europie), ale trudno na ulicach ich miast dostrzec obywateli w slalomie. Lata III RP poczyniły w polskiej zabawie olbrzymie zmiany. Wedle niektórych dokonały spustoszenia; zdaniem innych znacznie poszerzyły rozrywkową paletę, co więcej: to zabawa stała się głównym celem życia. Przez pięć dni pracuje się po to, żeby przez dwa kolejne użyć.

Okres realnego socjalizmu poza paroma innymi niedogodnościami miał i tę, że zasadniczo knajpy zamykano krótko po tym jak kury zasypiały. Owszem, istniały sławetne wyjątki: w Warszawie Kameralna i Klub Dziennikarzy przy tej samej ulicy Foksal, ale to historie jeszcze z lat 60. W latach 80. nieliczni znajdowali nocną oazę w Klubie Aktora – słynnym Spatifie, studenci w Stodole, bardziej zdesperowani mogli pójść do Staropolskiej, zwyczajnej restauracji przy Krakowskim Przedmieściu, tyle że czynnej do 5 rano, a zwolennicy sportów ekstremalnych lądowali na parterze Pałacu Kultury – w Kongresowej, klasycznym dansingu z paniami lżejszego obyczaju.

W Krakowie, dziś epicentrum nocnego życia Polski, było jeszcze gorzej. O 21.30 zamykali Wierzynka. Dopiero pod koniec komuny pojawił się Orion – mutant dansingowo-najtklabowy. A Zakopane, kurort, duma narodowa? Po dziewiątej nie było literalnie dokąd pójść, no może poza hotelem Kasprowy, ale ten wyróżniał się śliską atmosferą. Przyjezdny z zagranicy, zabawowicz przyzwyczajony do wychodzenia – jak to się mawia – w miasto, miał wszelkie powody do skrajnej frustracji. Jak Polska długa i szeroka – nocna pustynia. Dopiero schyłkowa komuna przyniosła pierwsze, siermiężne jeszcze dyskoteki.

Ale to co było wadą, było też i zaletą. Nie ma dokąd pójść? No to trzeba gościć się prywatnie. Takiego balangowania, jakie było po domach w PRL, to już nigdy nie będzie.

Są i tacy, co najcieplej wspominają stan wojenny, a dokładnie jego godzinę milicyjną. Przypomnijmy o 22.00. Jak się już przyszło, to i tak do rana nie można było wyjść. A nawet jak godzinę milicyjną zawiesili, to ludzie się poprzyzwyczajali i tak trwały doranne wizyty do końca PRL-u. A jeszcze dochodził ten smaczek pomieszania konspirowania (nawet jeśli tylko werbalnego) z czystą zabawą.

No i wjazdy zbiorowe. Siedział człowiek pod kolumną Zygmunta, Sukiennicami czy Neptunem i nie zastanawiał się, do jakiego pubu pójść, z tego prostego powodu, że ich nie było. Wypatrywał więc znajomych umówionych i nieumówionych. Ktoś zawsze przyniósł adres jakiejś balangi. „Jakiejś” to bardzo istotne podkreślenie, bo mogły to być urodziny kumpla siostry dziewczyny tego Jarka, którego spotkaliśmy tydzień wcześniej. Następował wjazd. Wpuścili albo nie. Jak nie, to się próbowało gdzie indziej.

Ktoś zaraz zaprotestuje, że model to wiecznie żywy. Jasne, maluchy nadal jeżdżą po polskich drogach, ale już jako tylko jedne z wielu samochodów, a i te co jeżdżą, już zazwyczaj nie wyglądają tak jak kiedyś. Istotne jest to, że wysyp miejsc rozrywki – od wiejskich knajpek przez puby po multipleksy – dramatycznie zmienił sposób spędzania czasu, zabawy, nawet tej prywatnej. Pamiętać też trzeba o jakościowej zmianie młodzieżowej zabawy, jaką wniosło rozprzestrzenienie się w ostatnich latach narkotyków.

A przecież tak niewiele czasu minęło! Wśród wszystkich rocznic dekady trzeba przypomnieć i tę: na początku lata 1990 r. otworzył podwoje warszawski pub Heinekena przy Puławskiej, czynny do późnej nocy. Porażające wrażenie nowości ściągało tłumy młodzieży z miasta (wkrótce ściągnęło tam i samo „miasto”, czyli swojska mafia), a tu jeszcze w dodatku tuż obok otwarto całodobowe francuskie delikatesy Michel Badre. 10 lat temu była to rewolucja.

Podobną rewolucją na wsi było pojawienie się disco polo, a wraz z nim eksplozja wiejskich dyskotek z prawdziwego zdarzenia. Miejsce zmurszałych remiz zajęły całkiem nowoczesne sale taneczne, z profesjonalnym sprzętem nagłaśniającym i oświetleniowym, czystymi łazienkami, schludnymi barami. To być może był nawet większy szok dla wiejskich gości niż pojawienie się Heinekena lub niedługo potem pierwszej dyskoteki z prawdziwego zdarzenia Ground Zero czy pierwszego klubu alternatywnego Filtry dla warszawiaków.

Obok tych na poły publicznych odmian hulanki pojawiły się nowe trendy zabawy prywatnej, domowej. Oto próba typologii współczesnej polskiej zabawy, w której – jak to zwykle w III Rzeczpospolitej – stare przetykane jest nowym.

Grillowanie

Z Niemiec albo z telewizji przyszła nasza nowa narodowa tradycja. Już są nawet mistrzostwa Polski w grillowaniu. W weekendy rejony ogródków działkowych wyglądają jak płonące hurtownie opon. W dobrym tonie jest się zapraszać na grilla, choćby na miniaturowym balkonie. Znaczy, że jesteśmy na bieżąco. A pod grilla już tradycyjnie. Stara treść przybiera nową formę.

Grillowanie wspomagają supermarkety, oferując mięsne grillowe prefabrykaty, specjalne kiełbaski, kotlety, steki, już zamarynowane, posypane przyprawami, słowem światowe. Jak kogoś stać, to na ruszcie pojawi się i krewetka tygrysia, i zaskwierczy kałamarnica.

A przecież można zamówić do ogrodu pełną obsługę cateringową: gazety pełne są ofert. Grill na 20 osób będzie nas kosztować od 50 zł na osobę. Klasa średnia takich usług kończy się gdzieś w okolicach 130 zł na człowieka, zdarzają się i propozycje kilkuset złotych. Można jednak zamówić do tego rustykalną scenografię: wóz drabiniasty z wiklinowymi koszami pełnymi kiełbas, płotek ozdobiony glinianymi dzbankami i drewnianymi łyżkami, i ognisko z cygańskim kociołkiem, w którym warzyć się będzie żurek. Efektownie przyrządzona potrawa może być atrakcją imprezy. Standardem w firmach cateringowych jest pieczony prosiak na 20 osób. Na wielkiej tacy, wypełniony farszem z kaszy i podrobów, z jabłkiem w pysku, udekorowany „ogródkiem”, czyli kompozycją z owoców i warzyw, z wbitym nożem i widelcem, kosztuje 700–800 zł. Dla amatorów dziczyzny firma może przygotować nawet sarnę pieczoną nad ogniskiem. Przygotowanie takiej potrawy trwa jednak 2 tygodnie, podczas których sarna kruszeje w marynacie w chłodni. Następnie zapieka się ją przez 2 godziny w piekarniku, no i nadziewa na ruszt. Mięsa jest z tego tyle co z zająca, ale cena iście królewska – 1200 zł. Do obsługi rusztu, grilla potrzeba dodatkowych, poza kelnerami, osób (15 zł za godzinę każda). Nagłośnienie imprezy w ogródku kosztuje w małych firmach cateringowych od 300 do 800 zł. Popularne są również pokazy sztucznych ogni (od 1000 zł za 10 minut).

Grillowanie w wersji działkowo-ogrodowej może być udatnie połączone z kinderbalem. Gdy popołudnie przejdzie w wieczór, a następnie czarną noc, na stojących opodal samochodach pojawią się kartki: „Uwaga! Cisza! Dziecko śpi w samochodzie!” Takie karteluszki można dostrzec i pod normalnymi – wieczorowymi balangami (oczywiście, jeśli są urządzane pod miastem, a nie pod blokiem), co z kolei świadczy o narastających kłopotach z teściami w roli baby-sitterów.

Przystanek PKS

Wariant ludowy, najprostszy. Stosowany, kiedy nie ma kogoś, kto zaprosiłby akurat do domu. Wymaga tylko wcześniejszego zaopatrzenia się w napoje i zagrychę, choć to obecnie niewielki problem. Wszak zwykle właściciel sklepiku mieszka w pobliżu, nie pogardzi więc zarobkiem po oficjalnych godzinach pracy. Choć ten model dominuje w sobotni wieczór, krótki objazd po kraju dowodzi, iż stosuje się go w cyklu całotygodniowym.

Jest też wariant niedzielny. Wtedy, zaraz po mszy, właściciel sklepu otwiera swój przybytek na około pół godziny. Następnie po dokonaniu zakupu towarzystwo pozostaje pod tymże sklepem albo – w odmianie sportowej – przenosi się na pobliskie boisko bądź łąkę. Może jej nawet towarzyszyć prawdziwy mecz. Zziajani zawodnicy będą mogli ugasić pragnienie dzięki przygotowanym na aucie bateriom piwa i jabola. A i tak się skończy na przystanku.

Nowością dziesięciu lat demokracji (i pewnym zagrożeniem dla stylu PKS-owego, ale też bez przesady, wieś jak wiadomo jest silniej przywiązana do tradycji) jest pojawienie się wiejskich karczmo-pubów. Wywołuje to dyskusje, czy lepiej pić ciepłe piwo za 2,30 ze sklepu i pod sklepem, czy też za 2,50, ale za to zimne i w kulturalnych warunkach. Faktem jest, że takich lokali przybywa.

Dres całodobowy

Rzecz o mniejszym zdecydowanie uroku niż jej wiejski odpowiednik. Miejski sklep całodobowy (monopolowy) to najlepsze miejsce, żeby dostać w twarz, wpaść pod buty. Dla paru groszy na flaszkę albo z czystej fantazji dla uśmierzenia czyjejś odmóżdżonej nudy.

Amatorami tej odmiany zabawy nie jest wcale tych paru wesołkowatych pijaczków żebrzących pod sklepem na butelkę. Oni zresztą pierwsi mogą być wzięci na cel. Nocne sklepy to źródło energii i dobrej zabawy dla dresiarskiej tłuszczy. Oczywiście, nie tylko tu ich spotkamy, ale to klasyczny punkt wypadowy, epicentrum ich radosnego barbarzyństwa. Pójść bandą w miasto, skatować bejsbolem tego i owego, jak zabraknie wódy i energii, to wrócić i się podładować, jak jeszcze mało, to amfę wrzucić i jeszcze więcej jest pary, i jeszcze więcej można zdemolować, jeszcze jakiemuś inteligencikowi, długowłosemu czy innemu pedałowi dokopać. I jest zabawa. Że hej.

Prywatne na mieście

Czytelnicy obdarzeni dłuższą biografią nie obchodzili pewnie czegoś takiego jak osiemnastki. W połowie lat 80. huczne wchodzenie w formalną dorosłość już spowszedniało, a nowe jest wyprowadzenie tych imprez na miasto. Co jakiś czas powraca dyskusja, czy przyszłym maturzystom wypada urządzać bale studniówkowe w eleganckich lokalach zamiast w tradycyjnej sali gimnastycznej. Coraz częściej – obok wesel, co od dawna przyjęte – obchodzimy prywatne okazje w pubach, klubach, dyskotekach.

Choćby i te osiemnastki, zresztą dzieciaki opijają już w knajpach piętnastki. Bawią się na balach kończących podstawówkę. (Czy teraz w zreformowanej oświacie granica przesunie się o kolejne dwa lata w dół?). Rodzice w McDonaldach urządzają swym pociechom siódemki, piątki, trójki. To chyba jeden z najbardziej komicznych spektakli. Przychodzi człowiek na bułkę z kotletem mielonym, a tu za taśmą – niczym oddzielającą miejsce wypadku – bogu ducha winien ekspedient z pomponem na głowie i jakąś bulwą na nosie robi z siebie idiotę przed maluchami leniwych rodziców.

Na mieście oblewamy magisterki, doktoraty, trzydziestki, czterdziestki i w górę, przedwyjazdowe pożegnania, poprzyjazdowe powitania, awanse, zapijamy porażki. Coraz częściej oglądamy też w pubach mecze, chociaż po prawdzie coraz mniej mamy powodów do ich oglądania. Ale że zwłaszcza do piłki nożnej jesteśmy nieprzytomnie przywiązani, toteż będziemy coraz częściej wychodzić, gdyż coraz więcej gier będzie pokazywanych przez kodowane i płatne stacje, a na te mało kogo stać. A jeżeli ktoś spośród znajomych ma jednak pożądany kanał w domu, to otrzymujemy świetny pretekst do bibki. W domu możemy stworzyć namiastkę stadionu czy hali, odnaleźć nowy rodzaj rozrywki, której poszukiwanie, jak przewidują socjologowie, już się staje głównym celem, wręcz treścią życia sytych społeczeństw.

Dla niegotujących gospodyń/gospodarzy obyczaj umawiania się „gdzieś na mieście” to prawdziwa frajda; koniec z terrorem kulinarnego sprawdzania się! Oczywiście to tylko pewien trend, ale już wyraźny. Może tak jak często na Zachodzie dom stanie się dla wielu enklawą hiperprywatności, miejscem do zaproszenia naprawdę najbliższych lub w ogóle od święta. Przynajmniej parapetówek, jeśli tylko przeżyją, nie da się zrobić na zewnątrz. To jednak jeszcze nieprędko, bo i poziom życia nie ten, i nadal miejsc do odwiedzenia za mało. A przy otwarciu każdego kolejnego, które chciałoby funkcjonować dłużej niż bar mleczny, na pewno zaprotestują okoliczni mieszkańcy. Bo centrum miasta może być do zabawy, w tym i ulicznej, na Zachodzie, ale nie u nas. Ewenementem jest Kraków, ale gdy się ma milion piwnic głębokich jak szyby kopalniane (choćby Roentgena, Pub kulturalny czy Black gallery), to nawet Dulska nie będzie się za bardzo ciskać.

Publiczne, ale prywatne

Te knajpki to jeszcze rzadkość w Polsce, ale da się je znaleźć w Krakowie i Warszawie, a i pewnie w innych miastach. Mają nazwy albo i nie mają, ale szyldów zdecydowanie nie wywieszają. Nie chodzi bynajmniej o agencje towarzyskie ani o zamknięte, elitarne, niekiedy wzorowane na angielskich klubach. To knajpeczki otwarte trochę dla znajomych i znajomych znajomych, i jeszcze ich znajomych, do których nikt nie zagrodzi wstępu, kiedy już człowiek się tam zabłąka. Ale dzięki swemu ukryciu unikają one nieproszonych, podgolonych gości z „miasta”. Wiadomo mniej więcej, kogo się tam spotka i po trosze przychodzi się tam jak na towarzyskie spotkanie. O czynnym do oporu krakowskim Free Pubie pisał sercem jako o swej „małej ojczyźnie” Witold Bereś na okładce ostatniej książki. Otwarta niedawno przy jednym z warszawskich teatrów, zakamuflowana i również czynna do ostatniego gościa kafejka nie stała się (chyba) jeszcze tematem publicznej liryki, toteż zostawmy ją w miłym spokoju.

Chałupa

Mimo wszystko nadal żywa. To chyba właśnie spotkania domowe, od klasycznej nasiadówy kuchennej, przez średniokalibrowe pochlejparty, po huczne imprezy z obowiązkową demolką wywołują żywsze bicie serca oderwanych od naszej ojczyzny zagranicznych gości.

Ale i tu się pozmieniało. Zniknęły obowiązkowe (zwłaszcza w kuchni) rozmowy o polityce. W ogóle rozmowy jakby zniknęły, zastąpione wymianą informacji, bon motów, grepsów, anegdot. A przynajmniej nastąpiło zdecydowane przesunięcie akcentów.

Kuchnia jednak pozostaje wysmakowanym centrum dobrej imprezy domowej. To chyba jakaś polska specjalność: może być duże mieszkanie, niezbyt wielu gości, a kuchnia, nawet ślepa, gomułkowska i tak będzie pełna, zadymiona, rozwrzeszczana. Jeśli oprócz sprzętu grającego w dużym pokoju jest w mieszkaniu jeszcze jeden, choćby i zdezelowany peerelowski radiomagnetofon Kasprzak, to zostanie obowiązkowo przeniesiony do kuchni. Dosyć prostacka teoria to kuchenne zagęszczenie tłumaczy bliskością lodówki, a więc i alkoholowych zapasów, które pozostają pod bezpośrednią kontrolą.

Wieczór kawalerski, panieński

Instytucje to nie najnowsze, ale ubarwione obecnie tańcem erotycznym w wykonaniu specjalnie zaproszonej panienki, na którą obowiązkowo zrzucają się (od 200 zł) koledzy przyszłego pana młodego, zazwyczaj wbrew jego protestom i zażenowaniu. Może to efekt pęcznienia agencji towarzyskich, a więc wzrostu podaży, ale ciekawe, że obyczaj ten popularyzuje się i wśród dziewczyn. Nie krępują się mówiąc o „całodobowym Adamie”. Z porównania cen wychodzi, że „Wiesiek panom paniom” droższy jest od „Aaaaaaabsolutnie ognistej Angeliki”. 400 złotych za „trzy kawałki”, czyli taniec do trzech piosenek (prostytutka damska tańczy dłużej).

W ślad za powyższym prędzej czy później przychodzi czas na pępówkę. Zasadniczo to męskie spotkanie – coraz częściej na mieście – ale zdarzają się i koedukacyjne.

Wesele

I wesela nam się coraz bardziej różnicują. Na dobrym tradycyjnym zjawia się 200–250 osób, choć w Łowickiem zdarzają się i imprezy na 400 osób. Zabawa już dawno wyszła z tradycyjnej remizy do restauracji lub nawet specjalnego domu weselnego. Namioty do wypożyczenia i rozstawienia we własnym obejściu już prawie wyszły z mody, najczęściej służą weselnikom na wschodzie Polski. W tak zwanym domu weselnym mieści się sala do zabawy, kuchnia, lepsze domy wyposażone są nawet w chłodnie. Na miejscu znajduje się również wypożyczalnia sprzętu, czyli zastawy stołowej i niezbędnych przyborów kuchennych. Kucharka (rzadziej kucharz) pracuje często już od środy, aby na sobotę wszystkie potrawy były gotowe. Rankiem w dzień wesela zjawiają się kelnerzy, którzy przygotowują salę na przyjęcie gości.

W drzwiach domu weselnego oczekują nowożeńców rodzice z chlebem i solą. Do tego dwa kieliszki, tradycyjnie w tej chwili wychylane „bez popity”. W jednym z nich może znajdować się woda, w którym – weselnicy rozpoznają po minach młodych. Jak tylko pan młody upora się z przeniesieniem młodej żony przez próg, wznosi się toast szampanem i rozbrzmiewa „Sto lat”.

Weselną ucztę otwierają tradycyjnie flaki lub rosół. Na drugie najczęściej jest kurczak, schabowy, mielony, zrazy, zależy to tylko od fantazji państwa młodych i zasobności kieszeni ich rodziców. Całkowite koszty weselnej zabawy w restauracji wynoszą w granicach 100 zł od osoby, mniej w przypadku imprez w domach weselnych.

Królują piosenki Budki Suflera, Kayah, Stachursky’ego, choć starsi preferują Czerwone Gitary i rozmaite tanga, walczyki, wokalne i instrumentalne. Grać trzeba generalnie wszystko, nie wystarcza już dziś żelazny repertuar hitów disco polo. Do zadań muzyków należy również organizowanie gier towarzyskich. Poza tradycyjnymi oczepinami może być to „zbieranie na wózek”. Na parkiecie zostają tylko dwie pary: panna młoda i pan młody z partnerami. Reszta gości staje do koła. Kto chce zatańczyć, wrzuca pieniążek do pojemnika trzymanego przez świadka. Na ten sygnał dotychczasowy partner panny młodej lub pana młodego musi ustąpić. Inną weselną zabawą jest znana gra z krzesłami, których jest za mało dla wszystkich graczy. Kto nie usiądzie, odpada i zmniejsza się ilość krzeseł. Gdy zostanie już tylko jedno, aby było trudniej usiąść, zastępuje się je miską. Popularna jest także gra w „ławeczkę”, na której siada panna młoda i jeszcze 4 panny. Pan młody ma zasłonięte oczy i dotykając kolejno pięciu par odsłoniętych kobiecych kolan ma za zadanie rozpoznać, które należą do jego żony. Potem następuje druga runda: tym razem zasłonięte oczy ma panna młoda i dotyka męskich nosów.

Kapela weselna bawi gości często aż do 9 rano, a jej zarobek to około 1800 zł. Dla wytrwałych następnego dnia „poprawiny”, ale już zazwyczaj bez kapeli.

W miastach zaś, wśród ludzi bardziej wykształconych, więcej zarabiających, wesele coraz częściej przypomina zwyczajną balangę, co najwyżej z weselnymi akcentami, choćby oczepinami. Często na tych przyjęciach nie ma nawet rodzin pary młodej, dla których robi się osobny, wystawny obiad między ślubem a weselem. W Warszawie ceny (wraz z alkoholem) za zorganizowanie imprezy w klubie bądź restauracji wahają się od 130 do grubych kilkuset złotych od osoby, a i tak często na wiele miesięcy z góry wszystkie terminy w lokalach są zajęte.

Clubbing

Termin angielski (spolszczenie: klabing), bo zjawisko przyszło z Anglii. Ze względu na swój charakter ograniczone do dużych miast. W największym uproszczeniu chodzi o przebalangowanie więcej niż jednej nocy, w sporej liczbie lokali, w tym kilku tanecznych.

Grupa przyjaciół umawia się w piątek/sobotę po południu/wieczorem u kogoś w domu albo w kawiarni czy też pubie. Zaczyna się od piwa, czasem wina, spokojnie. Potem następują przenosiny do knajpy o bardziej nocnym charakterze, więcej alkoholu, mogą wejść (ale nie muszą) używki nie spełniające wymogu legalności. Potem już do klubu i – tańczyć do upadłego. Jeśli jest wybór (a w Polsce rzadko jest), można się przenieść do kolejnego klubu i jeszcze następnego. Jeśli towarzystwo jest chemicznie podkręcone, kończyć można w mieszkaniu. Wariantów jest doprawdy wiele, można wszak zacząć od zwyczajnej imprezy w mieszkaniu, a gdzieś w środku nocy rozpocząć klabing. Jak ktoś ma siły, to obejdzie się i bez prochów, ale w wariancie piątek–niedziela jest to raczej wykluczone. Siłą rzeczy to zabawa głównie nasto- i dwudziestoparolatków. No i nie najbiedniejszych spośród nich. Już za wstęp trzeba zapłacić średnio 20 zł, w klubach piwo kosztuje 6–8 zł, drinki jeszcze więcej. Bez zbytnich ekstrawagancji można łatwo wydać 100 zł. A gdy dojdą wspomagacze...

Zabawopraca

Trudno powiedzieć, czy zjawisko to – ang.: incentive travel – kwalifikuje się do naszego raportu (szeroko zresztą pisała o niektórych jego aspektach Joanna Solska POLITYKA 33, „Szampan na wulkanie”), człowiek bowiem powinien bawić się z własnej woli, a nie z polecenia szefów, ale wielu ludziom praca zaczyna się mieszać z życiem prywatnym. Patent na wskroś amerykański – integrowanie pracowników. Firma organizuje weekendowy wyjazd (nawet nie szkolenie, bo to jeszcze inna historia) w góry, nad jezioro czy morze, a nawet, jak którąś stać, gdzieś za granicę, także pod palmami. Oprócz tradycyjnego ochleju pracownicy mają niekiedy zorganizowane gry i zabawy, jakieś wymyślone przez psychologów leśne podchody przedszkolaków i wciąganie się po linie, dzięki którym delikwent ma się silniej związać z kolegami z pracy i z samą pracą. Albo szef chce sobie pooglądać pracowników w niby-zabawowej atmosferze. To nowe. A stare to szkolenie, np. urzędników za publiczne pieniądze, w czasie którego urzędnicy ćwiczą i tak już posiadane zdolności picia na umór.

Zabawowyjazd

Dla zamożnych. Taka wycieczka z dreszczykiem. Zamiast wczasów wykupuje się kumpelski kurs paralotniowy w górach albo jazdę saniami przez Grenlandię, albo konną włóczęgę przez Patagonię. W zasadzie co człowiek wymarzy; są fundusze, jest moc wzruszeń.

Pola golfowe

Hasło czysto umowne. Zabawy haj-lajfu na rzeczonych polach w prywatnych klubach, na jachtach, w wynajętych hotelach... Społeczeństwo może się nimi cieszyć dzięki czasopismom kolorowym. Trochę trudno i w tym wypadku mówić o czysto prywatnej zabawie, bo na wiele z tych bibek są zapraszani dziennikarze, a jeśli nawet nie są, to dostaną później zdjęcia i relacje.

Wiemy (i widzimy na zdjęciach), że „tym razem Sławek Siezieniewski postanowił spędzić urlop w kraju”, konkretnie na Kaszubach i to w dodatku z Jolantą Markiewicz. „Po szybkiej jeździe motorówką po jeziorze Wdzydze zaprasza na małe co nieco”. Sądząc po zdjęciu zaprasza m.in. Grzegorza Miecugowa („Życie na gorąco”).

Widzimy nawet jak Piotr Kraśko z wybranką Dominiką spędzali podróż poślubną na Jamajce (ślub mogliśmy sobie obejrzeć w „Vivie!”), „wyspie romantycznych plaż i szczęśliwych ludzi”. Okazuje się, że z dwóch tygodni połowę spędzili wraz z przyjaciółmi („Na żywo”).

„Turniej VIP-ów na kortach gdyńskiej Arki zakończył wystawny bankiet dla kilkuset osób, wydany przez współorganizatora turnieju biznesmena Ryszarda Krauzego w ogrodach snobistycznej restauracji Villa Hestia. Turniejowi goście mogli obejrzeć monodram w wykonaniu Krystyny Jandy i Janusza Gajosa (czyli dwa monodramy? – MM). Na bankiecie aktorzy bawili się w towarzystwie satyryka Krzysztofa Materny i reżysera Andrzeja Strzeleckiego”. A na zdjęciach możemy jeszcze zobaczyć Wojciecha Fibaka z narzeczoną Olgą Sieniawską, dziennikarkę Alicję Resich-Modlińską z aktorem Robertem Rozmusem, żeglarza Mateusza Kusznierewicza z narzeczoną Agnieszką Guzy, reżysera Andrzeja (tak naprawdę Janusza – MM) Zaorskiego z aktorką Anną Wojtoń, a także modelkę Katarzynę Wołejnio i hokeistę Mariusza Czerkawskiego („Viva!”).

Z kolei „król musujących win”, właściciel łódzkiego Spatifu, prezes Widzewa, biznesmen z listy najbogatszych, ożenił syna w „zabytkowym, pięknie udekorowanym kościele w Parzęczewie” („Na żywo”).

Wesele w Chociszewie: „sceneria do zabawy była urokliwa – rodzinna posiadłość, las, pola golfowe, stawy. Stoły i gigantyczną scenę ustawiono pod olbrzymimi namiotami, kucharzy i kelnerów ściągnięto ze Spatifu. Serwowano różne trunki, ale im dłużej trwała impreza, tym panowie częściej wybierali białą wódkę. A na wyspie, do której przechodziło się po mostku, serwowano piwo. Pawelcowie ubrali się na uroczystość u londyńskiego Harrodsa, a piękna Paulina kupiła suknię w Paryżu. Wiele pań założyło na głowy wymyślne kapelusze, a wśród panów przeważały klasyczne garnitury. Na scenie gości zabawiali prezenterzy Polsatu, grupa Rezerwat, a po północy śpiewał Norbi. Był też pokaz sztucznych ogni. Poza łodzianami przyjechało wielu gości z Warszawy, ale obydwie grupy szybko się zintegrowały. Tak bardzo, że wesele zakończyło się w niedzielę o północy” (łódzki dodatek „GW”).

Za to wesele Ilony Felicjańskiej („jednej z najsłynniejszych polskich modelek”) i Andrzeja Rybkowskiego („jednego z najbogatszych polskich biznesmenów”) odbyło się w warszawskim hotelu Mercure. „Zabawa trwała do białego rana przy stołach zastawionych daniami polskiej kuchni i wtórze orkiestry”. (Viva!). Och ty wtórze!

Zmiany naszego sposobu bawienia się pokazują, że i w tej dziedzinie społeczeństwo rozwarstwia się. Jedna piąta wychodzi z domów, idzie do pubów, restauracji, klubów dyskotek, reszta spotyka się tylko w domach. Można zaryzykować tezę, że ta mniejszość to w dużej mierze ci sami ludzie, którzy mają dostęp do komputerów, wsiedli do tramwaju z napisem „transformacja” i nie rzuca nimi na zakrętach. Lepiej zarabiają i lepiej się czują, więc lepiej się bawią, a że lepiej się bawią, to i lepiej się czują. W stylu wybieranych uciech upodabniają się coraz bardziej do mieszkańców Zachodu, tylko że tam grupa ta jest o wiele, wiele liczniejsza. Poczekajmy.

W tekście wykorzystano badania OBOP I CBOS.

*

Zabawy prawicy i lewicy

Z badań OBOP wynika, że najbardziej towarzyscy są w Polsce mężczyźni w wieku 20–29 lat, z wykształceniem wyższym lub wręcz jeszcze studenci z miast do 100 tys. mieszkańców, o dobrej sytuacji materialnej, poglądach lewicowych lub centrolewicowych. Najmniej towarzyskie są panie po 60, z wykształceniem podstawowym, mieszkające na wsi, siłą rzeczy najczęściej emerytki, wierzące i praktykujące, o poglądach prawicowych.

Najczęściej przyjmują gości u siebie w domu i równie często chodzą z rewizytą ludzie między 30 a 50 rokiem życia. Poza domem spotykają się ludzie młodzi, przed 30, częściej mężczyźni niż kobiety.

Polityka 35.2000 (2260) z dnia 26.08.2000; Raport; s. 3
Oryginalny tytuł tekstu: "Grille i zabawy ludu polskiego"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną