Klasyki Polityki

Faks do nieba

Do Boga niesie Elimelech z Leżajska prośby pobożnych chasydów

Pielgrzymowanie do grobu cadyka umacnia Żydów w wierze. Pielgrzymowanie do grobu cadyka umacnia Żydów w wierze. Stanisław Ciok / Polityka
Każdy Żyd przywozi Elimelechowi swój kłopot, prosi o protekcję u Boga i wierzy, że ją uzyska.
Im bardziej Leżajsk stara się przybliżyć, tym skuteczniej Żydzi się oddalająStanisław Ciok/Polityka Im bardziej Leżajsk stara się przybliżyć, tym skuteczniej Żydzi się oddalają
Młodych Leżajsk nie pociąga, rzadko idą obejrzeć ulice, plac, gdzie stały synagogi, nie pytają o dwór cadyka i jego dom modlitwy.Stanisław Ciok/Polityka Młodych Leżajsk nie pociąga, rzadko idą obejrzeć ulice, plac, gdzie stały synagogi, nie pytają o dwór cadyka i jego dom modlitwy.

W tym roku sprawiedliwy Elimelech z Leżajska miał dwa razy więcej zajęć, bo to rok przestępny i Żydzi pielgrzymują do jego grobu dwukrotnie – w lutym i marcu. Każdy Żyd przywozi Elimelechowi swój kłopot, prosi o protekcję u Boga i wierzy, że ją uzyska. Kłopoty są na całym świecie, w Izraelu, Nowym Jorku, na Węgrzech, w Bułgarii, Czechach, a nawet w Japonii. Pielgrzymowanie do grobu cadyka umacnia Żydów w wierze, tak samo jak katolików pielgrzymowanie przed cudowny obraz Matki Boskiej Leżajskiej, a kiedyś także grekokatolików do słynącej z łask ikony leżajskiej.

Leżajsk, luty–marzec 2000

Droga Taubo Kornblau!

Czy wiesz, że klucz do bramy leżajskiego kirkutu i do ohelu cadyka Elimelecha Weisbluma przechowuje teraz Krystyna Kiersnowska? Przez 28 lat świętym kluczem opiekowała się jej matka Janina Ordyczyńska. Czyściła nagrobek cadyka, bieliła ściany ohelu zakopcone od płomieni świec, grabiła liście i kosiła trawę. Może nawet ją znałaś, bo wychowała się na ulicy, gdzie były jedynie dwa aryjskie domy, mówiła w jidisz, a w 1939 r. przechowała dwóch praprawnuków cadyka, Horowitzów, którym potem udało się uciec na Wschód, a następnie do Izraela i Ameryki. Kilka lat temu odwiedzili grób. Z Izraela przyjeżdżał inny rabin z tej dynastii, też Elimelech.

Osiem lat temu Ordyczyńska poszła otworzyć cmentarz grupie chasydów, którzy jak zwykle przyjechali w środku nocy bez zapowiedzi i zmarła na wylew, z głową opartą o grób Elimelecha, otoczona rozmodlonymi Żydami. Tak bardzo, że nie zwrócili uwagi na konającą. Opieka nad kluczem przeszła na córkę. Reb Reichburg wytłumaczył, że to Bóg dał jej do ręki klucz, że po to Janina umarła. I klucz został w domu przy Górnej 12, o czym wiedzą chasydzi na całym świecie. Z pewnością pamiętasz, że każdego roku 21 Adara, 6 miesiąca w kalendarzu żydowskim, w rocznicę śmierci sprawiedliwego Elimelecha, świętego sławnego z mocy i czynionych cudów, pielgrzymują do Leżajska pobożni Żydzi.

„Pan jest sprawiedliwy i łaskawy we wszystkich swych dziełach, pan jest z tymi wszystkimi, których wołania są szczere” – śpiewne wysokie głosy intonują modlitwę. Modlący pochylają się w przód, w tył, w przód, w religijnej ekstazie, dziękując Bogu. Z gęstwiny bród i pejsów płyną słowa modlitwy: „Pan spełni pragnienie tych, którzy czują przed nim lęk, usłyszy on ich wołanie i da zbawienie”. A cadyk Elimelech, którego dusza w rocznicę śmierci wraca na ziemię, przekaże ich prośby. Żydzi mówią teraz, że on jest jak faks między nimi a Bogiem.

Ale czas jest nieubłagany, droga Taubo. Jeszcze 4–5 lat temu przy grobie przeważali starsi. Do modlitwy Wielkiego Dnia zakładali tałesy z cycesami zwisającymi z czterech stron, przytwierdzali do czoła i lewego ramienia tefilin, z cytatami z Pięcioksięgu spisanymi na pergaminie. To Żydzi, którzy zdążyli przed wojną wyjechać do Palestyny i Ameryki. Jak reb Jarosławicz, który urodził się w Cieszanowie niedaleko Leżajska i co dnia tęsknił za tym krajobrazem i musiał tu wracać. Albo Mica Hollender z Haify urodzona w sztetl Leżajsk. Dużo leżajskich Żydów wysiedlonych za San, a potem wywiezionych w głąb Rosji, odnalazło się po wojnie. Przyjeżdżali też cudownie ocaleni z Holocaustu, jak Mendel Reichburg z Bochni, właściciel biura podróży przy 13 Avenue w Brooklynie, który nie poszedł do gazu, bo uciekł z getta i przedarł się na Węgry. Co roku dziękował cadykowi za cud ocalenia.

Teraz, Taubo, przeważają urodzeni po wojnie 40-latkowie, z długimi pejsami, brodaci, aż trudno dokładnie określić ich wiek, brzuchaci 50-latkowie i chudzi młodzieńcy ze szkół rabinackich lub studenci żydowskich uniwersytetów. Oraz dziewczęta, które jedzą i modlą się osobno, jak każe wasza religia. Przyjeżdża z nimi Henryk Szaniawski, żeby tłumaczyć z hebrajskiego, bo polskiego już prawie nie znają. Szaniawski przeżył Holocaust i stracił wiarę, co dla chasydów jest niezrozumiałe, że Żyd może odstąpić od wiary ojców. Chcieliby, żeby każdy Żyd był chasydem, żeby żył za murem chroniącym przed wpływami z zewnątrz, własnym czasem, czekając na przyjście Mesjasza, nie akceptując dokonujących się wokół zmian. No, może poza telefonami komórkowymi.

Młodych Leżajsk nie pociąga, rzadko idą obejrzeć ulice, plac, gdzie stały synagogi, nie pytają o dwór cadyka i jego dom modlitwy, który, jak pewnie pamiętasz, był przy ul. Targowej. Dziś został przebudowany na bank. Średnie pokolenie czasami zapuści się na poszukiwanie przeszłości, za 100 dolarów chcą obejrzeć pokój, gdzie umarła babcia, zajrzeć na strych, gdzie pozostały świeczniki hanukowe, bo przecież wyjeżdżaliście w pośpiechu, bez bagażu. Leżajski burmistrz Janusz Wylaż przyznaje, że jest wśród mieszkańców atmosfera wyczekiwania, może nawet niepokoju, ze względu na reprywatyzację: niektórzy boją się, że stracą domy. Ale burmistrz chciałby pokazać społeczeństwu, że w przyjazdach nie ma nic niebezpiecznego. Że współtworzyliście historię miasta co najmniej od 1538 r., kiedy w Leżajsku mieszkało 40 Żydów. A 400 lat później – 1746. Że była ulica Żydowska, że przy Mickiewicza i Bóżnic – teraz Ruin i Górnej, przeważali starozakonni. Że z 36 ulic wyłącznie chrześcijańskich było 12, a wyłącznie żydowskie trzy: Krótka, Piekarska i Blacharska. Że przed wojną w rocznicę śmierci Elimelecha zatrzymywały się w Leżajsku pociągi pospieszne, był wielki jarmark, na którym handlowali chrześcijanie i Żydzi.

Byłoby pięknie, droga Taubo, gdyby przyjeżdżający dziś do grobu cadyka zatrzymywali się na kilka dni. Mógłby powstać hotel, koszerna restauracja, bo grupy chasydów przyjeżdżają przez cały rok. Można by zorganizować dzień kultury żydowskiej, żeby zamiast legend o waszych zwyczajach była wiedza o nich. W Nowym Jorku pracuje nawet nad sprawą prawnik pochodzący z Leżajska, który poprzez kontakty z organizacjami żydowskimi próbuje znaleźć inwestorów.

Chociaż, nie przeczę, droga Taubo, że powoli to się zmienia: kiedyś pielgrzymi przebierali się i jedli w autokarach zaparkowanych obok kirkutu, obserwowani przez tajniaków. Jeśli zastał ich w Leżajsku szabas, w autokarach modlili się i spali, bo pobożny Żyd w szabas nie podróżuje, nie pali ognia, nie rozmawia o interesach i nie liczy pieniędzy. Na dwusetną rocznicę śmierci Elimelecha, w 1987 r., Biuro Reichburga wynajęło salę gimnastyczną w szkole. Syn reb Mendla przygotował poczęstunek koszerny: czulent, gołąbki, pszenne chały posypane ziarnem sezamowym. Wszystko przywiezione z Ameryki. Nawet woda była z Amsterdamu. Wtedy chasydzi tańczyli na ulicach otoczeni przez tłumy gapiów. Nie dziw się Taubo, tylu chasydów naraz nie widziały tu ze dwa pokolenia. Kilka razy wynajmowali salę restauracji Targowa, wybudowanej blisko cmentarza na placu po spalonych synagogach. Co roku chasydów przybywa, a gapiów ubywa. Ludzie się przyzwyczaili, nie przeszkadza im ani nie mają nic przeciw Żydom.

Od kilku lat jest już w Leżajsku rytualna mykwa, hotel i sala modlitwy, jest Talmud, jest zbiór pobożnych ksiąg, a Torę przywożą chasydzi. Mykwę urządzono jak przed wojną. Przez lata w budynku był skład nafty, magazyn tytoniowy, łaźnia miejska, pralnia, a na piętrze byle jaka noclegownia turystyczna. Ludzie zapomnieli nawet, że to była żydowska mykwa. Teraz dom jest własnością Fundacji Nissenbaumów, która zatrudnia na stałe dwóch mężczyzn, a kilku innych pracuje dorywczo, gdy przyjeżdżają duże grupy. Wtedy zwykle nie starcza miejsc w hotelu i część Żydów nocuje w chrześcijańskich domach. Ludzie wynajmują chętnie dla zarobku.

Ale im bardziej Leżajsk stara się przybliżyć, tym skuteczniej Żydzi się oddalają: już nie korzystają z sal w szkole i restauracji. Jedzą i modlą się w baraku zmontowanym z elementów na okoliczność obchodów Wielkiego Dnia, ustawionym w pobliżu mykwy. Normalnie barak służy w okolicy chrześcijańskim weselnikom w razie niepogody. Jedzenie przygotowuje grupa socjalna z Bnei Brak, ośrodka religijnego w Izraelu. Kilku kucharzy przyjeżdża wcześniej. Gotuje zupę z ziemniaków i grochu, gołąbki, zapiekany na słodko makaron. Wszystkie produkty są koszerne, dwie i pół tony żywności przyjeżdża wraz z kucharzami. Miejscowe są jarzyny, owoce, ostatnio także piwo i alkohol – pejsachówka i Smirnoff.

W tym roku przyjechał z Jerozolimy Izaak Kupperman. Przyjechał już w piątek z grupą rabinów. W pośpiechu wynosił bagaż, żeby zdążyć przed szabasem. Kiedyś początek szabasu oznajmiał, jak pamiętasz, stary Żyd, gebe, który dął w róg, a wtedy wy, w takim samym pośpiechu, zamykaliście sklepy i wasze kramy. Teraz trzeba uważnie patrzeć w niebo, czy słońce zachodzi. Kupperman był szczęśliwy, że cały szabas mógł się modlić wspólnie z innymi: „Spraw, abyśmy spoczęli w pokoju, o Boże nasz i panie, i daj nam zbudzić się do życia, rozciągnij nad nami namiot twego pokoju”. Prosili o urodzaj, dostatek, o przyjście Mesjasza. Jedli, a potem śpiewali pieśni o królu Dawidzie i Jeruzalem, jak zwykli czynić pobożni Żydzi.

Śpiewali też pieśń o rebe Elimelechu, który

„poczuł w sercu swym wesele,

poczuł w sercu swym wesele, Elimelech.

Rzucił migiem swą kapotę,

Swoją czapkę włożył potem

I po skrzypków posłał dwóch

I rozkazał owych skrzypkom

Żeby wyskrzypkowali szybko rach, ciach, ciach”.

Wojciech Niemiec, Żyd z Wrocławia, przypomniał mi, że chasydzi zawsze się radują, że stół i zabawa jest przedłużeniem modlitwy. Niemiec uważa, że to strach powstrzymuje młodych chasydów przed spacerami po Leżajsku. Ktoś zerwał rozwieszone obok mykwy teksty modlitw, co według niego jest w Polsce normalnym zachowaniem. W Pradze podobno jest inaczej, chasydzi czują się tam jak w wolnym kraju. Czy jeździłaś do Pragi, Taubo Kornblau?

Adresatkę listu, Taubę, poznałam dzięki opowieści Juliusza Ulasa Urbańskiego.

Piętnaście lat temu przyjechał do Leżajska Żyd z Ameryki. Przywiózł list swej ciotki. Pisała: „Imię moje jest Tauba Kornblau, mię wołały Tobka. Mój ojciec się nazywał Icek, Izaak Kornblau, moja mama Serla Kornblau. Myśmy mieli dom w Leżajsku, na ulicy Ruskiej, wielki ogród od Ruskiej ulicy, do drugiej ulicy. Ja zasadziłam owocowe jabłonie i gruszki gdule. Później myśmy i Jankiel Kirschenblat zaprowadziły sklep materialny na ulicy Rzeszowskiej. Jankiel wybudował śliczną kamienicę, i jego siostra, i szwagier drugą kamienicę, jedna przy drugiej. To były kuzyny mego męża, Getza Kraut”. Autorka listu prosiła, żeby siostrzeńcowi „ktoś pokazał w Leżajsku cmentarz żydowski i te pomniki, co są opisane w historii. Ten rynek co był wybrukowany pomnikami z cmentarza, to miejsce, gdzie były bóżnice”. Pisała: „Ja pamiętam, jak się bóżnice paliły, to ksiądz Broda tam stał i łzy się polały z jego oczu i mówił do polskich ludzi: »Nie śmiej się, bo to jest święte miejsce«”.

Przybysza skierowano do Juliusza Ulasa Urbańskiego, zamiłowanego badacza historii Leżajska i leżajskich Żydów. Z listem w ręce, krok po kroku, odwiedzali obaj opisane miejsca. Dom Tauby przy ul. Ruskiej, potem 1 Maja, teraz Burmistrzów Zawilskich, został przebudowany przez obecnych właścicieli, którzy go od niej kupili w Ameryce. W ogrodzie nie ma ani jabłoni, ani gruszek gdulek, Tauba by go pewnie nie poznała. Tył ogrodu nadal dotyka do ulicy Stawowej, poprzednio Świerczewskiego. Nie poznałaby też domu przy Rzeszowskiej, gdzie z Jankielem Kirschenblautem „Jańcią” miała bławatny sklep.

Urbański opowiedział siostrzeńcowi Tauby, że synagogi spłonęły we wrześniu 1939 r. w sam żydowski wieczór noworoczny, święto Rosz Haszana. Olbrzymie kłęby czarnego dymu zasnuły miasto, a ulice pokryły się popiołem ze świętych ksiąg. I że ksiądz Broda został zamordowany w Dachau. Pokazał cmentarz z macewami ocalałymi podczas remontu rynku, ustawionymi przypadkowo i nie na swoich miejscach. Tauba pewnie by pamiętała, na czyich grobach stały i wiedziała, co na nich jest napisane. I ohel Elimelecha, z macewą, która ocalała, znalezioną przypadkiem wśród płyt chodnikowych przy ul. Targowej. Urbański pamięta, że w 1940 r. Niemcy zburzyli stary ohel, drewnianą szopę krytą gontem i rozkopali grób szukając złota. Miejscowi mówią, że Elimelech spoczywał w grobie jak żywy i nawet spojrzał na prześladowców smutnymi oczami. Że Niemcy uciekli w panice i nie plądrowali dalej. Urbański zapamiętał, że kości Elimelecha leżały trzy dni pod lipą, a czaszkę nosił na patyku chrześcijański smarkacz, strasząc nią kolegów. Potem przewodniczący Judenratu, Feliks Wagner i kilku Żydów pogrzebało je, zawinięte w biały ręcznik.

Pokazał wreszcie, gdzie w Giedlarowej mieszkał Marcin Krówka. „Myśmy przeżyły, Getzel i Tobka Kraut, w Giedlarowej nr 232. Był jeden anioł, co nam ratował życie, a jego święte imię było Marcin Krówka i jego żona Maria” – pisała Tauba zza Oceanu. „My wiemy, że ony nie żyją, ale mieli córkę Anielę, miała pięć lat i ona nas dużo razy widziała”.

Aniela mieszka w nowym domu wybudowanym w miejsce starego, gdzie w komorze w podłodze była przecięta deska, którą można było unieść i wejść do kryjówki Tauby i jej męża. W dawnej zagrodzie Krówki rośnie lipa posadzona rękami Tauby w tamtych latach. Miała być symbolem życia w przypadku śmierci Tauby i jej męża.

Żydzi wrócili do Leżajska 24 sierpnia 1944 r. tuż za Czerwoną Armią. Ci co przechowali się w okolicy i ci co przeżyli w Rosji. Juliusz Urbański ma dokument z października 1944: „Wykaz Żydów zamieszkałych w Leżajsku. Są tam 33 osoby, Goldberg Seul z Kielc, Knopf z Krakowa, Stein Ela z Pacanowa, 5-osobowa rodzina Mandel ze Staszowa, są Żydzi z Opatowa, Wolbromia, Grójca, Chmielnika, Strykowa, Borowej i Woli Zarczyckiej. Z Leżajska Profos Majer i Brodt Izrael, były policjant w gminie żydowskiej. Na liście nie ma Tauby i Getza Kraut, może już wyjechali do Ameryki.

Żydzi mieszkali przy Mickiewicza 17 i 19, jedynych domach nie zajętych przez uchodźców ze Wschodu. – 18 lutego 1945 r. nastąpił koniec leżajskich Żydów – relacjonuje Urbański. Ludzie z oddziałów Wołyniaka, wspierani przez miejscowych, wrzucili do domu przy Mickiewicza ładunki wybuchowe. Zginęło 9 osób: mówiono, że Żydzi mają kontakty z NKWD. Meldunek przesłany do starosty powiatowego mówił tylko, że „nieznani sprawcy zamordowali dziewięć osób narodowości żydowskiej”. Pozostali wyjechali z Rosjanami.

W Leżajsku nie było Żydów póki w 1956 r. nie wrócił Boruch Safir. Brudny, zawszony, uciekł z łagru na Syberii. Safir pochodził z zacnej rodziny pobożnych leżajskich chasydów, właścicieli wytwórni wód gazowanych, ale przed wojną przystąpił do komunistów. Siedział nawet w kryminale. A potem zdążył uciec na Wschód. Teraz zamieszkał u Zawilskich, znajomych sprzed wojny, a potem w największej żydowskiej kamienicy w rynku. Skupował judaika, świeczniki, książki, naczynia liturgiczne. Handlował zagranicznymi lekarstwami. To on dostrzegł macewę z grobu Elimelecha, chociaż leżała odwrócona napisem w dół i kazał rozkopać chodnik. To on zajął się odbudową ohelu. Pieniądze na ten cel zebrał wśród Żydów na całym świecie rabin Friedman z Wiednia.

Ów rabin Friedman spotkał w obozie zagłady leżajszczanina Kazimierza Gdulę. (Gdula był bratem Janiny Ordyczyńskiej). Przyrzekli sobie, że jeśli Bóg – żydowski i chrześcijański – sprawi, że przeżyją, wspólnymi siłami odbudują ohel Elimelecha.

Kiedy powrócił Safir, Kazimierz Gdula przypomniał sobie o obietnicy. Napisał do Wiednia do Friedmana: „Wreszcie spłacimy dług panu Bogu”. Friedman przyjechał z pieniędzmi. Gdula był starostą w Lubaczowie i burmistrzem w Leżajsku. A Boruch Safir w II RP siedział za komunizm z Władysławem Kruczkiem, w PRL sekretarzem KW PZPR w Rzeszowie i szefem CRZZ. Dlatego mógł budować ohel, choć partia przeszkadzała. Budował pięć lat, dawał łapówki, a jak się piętrzyły trudności – jechał do Kruczka. – Ja do Władka – oświadczał sekretarce i wchodził do gabinetu nawet nie pukając.

Na wykończenie ohelu zabrakło pieniędzy, Żydzi się poróżnili, oskarżyli Safira, że się dorobił. Gdula stracił pracę, lecz był szczęśliwy, że spłacił Bogu dług. W marcu 1968 r. Kruczek poparł antyżydowską nagonkę. A Safir trochę później wyjechał z Leżajska, był ciężko chory i samotny. Urbański ma w swych zbiorach fotografię: jest na niej wysoki, potężnie zbudowany Żyd z gęstwiną siwej brody. Boruch Safir, ostatni Żyd z Leżajska. Dzieci wołały za nim: puf, naśladując odgłos strzału.

Z początkiem lat 70. chasydzi zaczęli przyjeżdżać do Leżajska tłumnie, w Wielki Dzień – rocznicę śmierci Elimelecha. Czy gdyby chasydzi wrócili do Leżajska na stałe, byliby folklorem jak Safir?

Ksiądz prof. Władysław Głowa z leżajskiej fary sądzi, że potrzeba więcej refleksji, żeby to zmienić. Każdy katolik powtarzał przynajmniej raz: „Słuchaj Izraelu, jam jest pan Bóg twój”. Ale za rzadko zastanawiamy się nad jednością historii zbawienia. Dlatego, mówi ksiądz profesor, uczenie szacunku dla ksiąg Starego Testamentu to budowanie szacunku dla tych, którzy pierwsi te księgi otrzymali, dla Żydów. Kościół posoborowy nie używa słów „pro perfidos Judeos”, za perfidnych Żydów, jak w czasach potrydenckich. Ksiądz prof. Głowa poparł gorąco pomysł dni kultury żydowskiej w Leżajsku i zaproponował pomoc.

Kiedy Żydzi odmawiali wspólnie szabasowe modlitwy, kiedy zanosili prośby przed grobem Elimelecha, Jan Paweł II pielgrzymował na Górę Synaj. W leżajskiej farze ksiądz Głowa czytał słowa z księgi Proroka Izajasza: „Bóg nie opuszcza swego ludu”.

– Oto słowo Boże – odpowiadali wierni.

Do tego Boga niesie Elimelech z Leżajska prośby pobożnych chasydów. Jest niczym faks między ziemią a niebem.

Teksty modlitw w tłumaczeniu Ireny Wyrzykowskiej. Wiersz o Elimelechu w tłumaczeniu Jerzego Ficowskiego. Dziękuję panu Juliuszowi Urbańskiemu za udostępnienie materiałów archiwalnych.

Polityka 13.2000 (2238) z dnia 25.03.2000; Na własne oczy; s. 116
Oryginalny tytuł tekstu: "Faks do nieba"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną