Parytetki

Z kobietą za pan brat
Liderki Kongresu Kobiet przypilnują, by obywatelski projekt ustawy o parytetach płci trafił w 2010 r. pod obrady Sejmu.
Ludwika Wujec, Henryka Bochniarz, Bożena Wawrzecka, Małgorzata Fuszara
Tadeusz Późniak/Polityka

Ludwika Wujec, Henryka Bochniarz, Bożena Wawrzecka, Małgorzata Fuszara

Magdalena Środa do feminizmu dorosła dopiero w latach 90
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Magdalena Środa do feminizmu dorosła dopiero w latach 90

Henryka Bochniarz podczas swej kampanii prezydenckiej
Leszek Zych/Polityka

Henryka Bochniarz podczas swej kampanii prezydenckiej

Znajomi mówią, że o sytuacji społecznej kobiet wie wszystko
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Znajomi mówią, że o sytuacji społecznej kobiet wie wszystko

Udały się różne rzeczy, ale jedna na pewno się nie udała przez 20 lat budowania nowej Polski – wyrównanie statusu kobiet i mężczyzn. Chociaż Polek jest więcej niż Polaków, w Sejmie zajmują zaledwie ok. 20 proc. miejsc. Kobiety prawie niezauważalnie przegrywały z mężczyznami grę o władzę – głównie dlatego, że tylko nieliczne ją podejmowały. Kilka tysięcy uczestniczek Kongresu Kobiet, które zjechały się w czerwcu 2009 r. do Pałacu Kultury w Warszawie, postanowiło to zmienić. Powstaje ustawa o parytetach płci na listach wyborczych. Jeśli zostanie przyjęta, zmieni się oblicze polskiej polityki – uważają pomysłodawczynie.

Pięć liderek kongresu to kobiety dojrzałe i spełnione. Sprawdziły się w różnych dziedzinach: w biznesie, nauce, polityce. Każda z nich własną drogą i stopniowo dochodziła do wniosku, że już czas, by kobiety wzięły przynajmniej część spraw państwa w swoje ręce. Że mężczyźni widzą świat inaczej i nie dostrzegają lub pomijają to, co jest ważne dla kobiet. One same też mają odmienne poglądy i cele, nie wszystkie chcą się nazywać feministkami. Zgadzają się w jednym: od czegoś trzeba zacząć zmiany i tym czymś mają być parytety.

Henryka Bochniarz. Przez pole minowe

Henryka Bochniarz, założycielka jednej z pierwszych polskich firm doradczych Nicom Consulting, mogłaby powiedzieć: nie potrzebowałam ułatwień w karierze, więc i inne mogą sobie poradzić. – Ale ja jestem nietypowym przypadkiem. Jeśli udało mi się przejść przez pole minowe, to powinnam pomóc innym kobietom.

Jej mąż, doktor ekonomii Zbigniew Bochniarz, wykładowca m.in. na uniwersytecie w Waszyngtonie, lubi żartować, że gdy spotkali się w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejszej SGH), obowiązywał słuszny porządek: on był przewodniczącym komisji nauki rady uczelnianej ZSP, Nika Kamecka – sekretarzem.

Po studiach Nika została w SGPiS, urodziła dwoje dzieci, zrobiła doktorat. Zapisała się do PZPR. Koniunkturalizm? Na podobne pytania od lat odpowiada tak samo: jako pierwszy sekretarz chroniła przed kłopotami Instytut i jego pracowników. Ale żałuje, że nie odeszła. Została w szeregach do wyprowadzenia sztandaru.

Że płeć ma znaczenie w karierze, dostrzegła – paradoksalnie – w USA, gdy wyjechała na stypendium Fulbrighta. W departamencie, do którego trafiła na Uniwersytecie Minnesota, kobieta-profesor była jedna. Bezdzietna. Na tle Instytutu Koniunktur i Cen w SGPiS, gdzie kobiety z doktoratami i dziećmi pełniły jedną trzecią funkcji kierowniczych, wyglądało to zaskakująco.

Gdy wróciła, zaczynała się transformacja. Państwowe przedsiębiorstwa z zapleczem socjalnym, które ułatwiało kobietom pracę, upadały. Prywatne firmy nie miały pieniędzy na rozbudowany socjal, a pracowało się w nich po 12 godzin. Także w założonej w 1989 r. Nicom Consulting.

W 1991 r. Henryka Bochniarz została ministrem przemysłu i handlu w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. W tym samym budynku urzędował minister budownictwa Adam Glapiński, gabinety mieli po sąsiedzku. I wspólną toaletę – nikomu nie przyszło do głowy, że w takim miejscu potrzebna będzie damska. Listonosz regularnie dostarczał przesyłki dla ministra Henryka Bochniarza. Na pierwszym spotkaniu z dyrektorami departamentów okazała się jedyną kobietą.

Wychodząc z rządu po kilku miesiącach pomyślała, że byłoby ciekawie utrzymywać kontakty z innymi wpływowymi kobietami. Tak powstał Klub 22, zrzeszający damy polityki, biznesu, mediów i kultury.

Gdy w 1996 r. została szefową Polskiej Rady Biznesu gromadzącej elitę polskich przedsiębiorców, na 50 mężczyzn były tam dwie kobiety. W zarządzie Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, którą założyła w 1999 r., na 13 mężczyzn kobiety są dziś trzy.

Wśród pracowników Nicoma zawsze było więcej kobiet – mówi Henryka Bochniarz. – Przy rozmowie o pracę kandydat zwykle recytuje listę swoich zalet, a kandydatka coś mruczy. Ale jeśli dopytać, okazuje się, że on zna jeden język obcy, a ona – trzy. Jacek Ambroziak, doradca Lewiatana i pełnomocnik komitetu obywatelskiego zbierającego podpisy pod ustawą o parytetach: – Nikę wkurza, gdy głupi mężczyźni próbują zdominować mądre kobiety, skupia się na kompetencjach.

W 2005 r. startuje w wyborach prezydenckich. Kampanię prowadzi pod hasłem „Kandydatka na prezydenta”, ale sprawom kobiet nie poświęca wiele uwagi. Ustawia się w roli rzecznika gospodarki rynkowej. Zdobywa 1,26 proc. głosów. – Nie sądzę, żeby wynik był inny, gdybym była jednoznacznie rzeczniczką kobiet. Gdybym była mężczyzną? Może tak.

W 2006 r. wygrywa konkurs na wiceprezesa firmy Boeing International na Europę Środkową i Wschodnią. Znów zostaje jedyną kobietą wśród 20 wiceprezesów (dziś są trzy).

Ma dwoje dzieci i już ośmioro wnuków, lubi spędzać z nimi czas, lubi czytać, odpoczywać w swoim domu na Warmii lub w siłowni – najchętniej na wiosłach.

Od początku 2009 r. członkinie Klubu 22 dostawały zaproszenia na konferencje i dyskusje z okazji 20-lecia transformacji. I diabli je brali, bo poza nimi w gronie dyskutantów zwykle byli wyłącznie mężczyźni. – Powiedziałam: trzeba coś z tym zrobić – opowiada prof. Magdalena Środa. – A Nika na to: no to zróbmy. I tak zaczął się Kongres.

Małgorzata Fuszara. Pranie kobiece i męskie

Gdy Henryka Bochniarz pisała doktorat w SGPiS, Małgorzata Fuszara rozpoczynała studia prawnicze. Po nich podjęła pracę naukową w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji. – Nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci, ale jestem osobą bardzo rodzinną – opowiada. Mieszka z 93-letnią mamą w tej samej kamienicy co brat i jego rodzina. Jej najlepszą przyjaciółką jest siostra. – Te więzi sprawiały, że nawet, gdy w Polsce było szczególnie ciężko, nigdy nie rozważałam emigracji.

Do doktoratu z socjologii prawa analizowała sprawy o zniesławienie i rzuciło jej się w oczy, że gdy ktoś chce obrazić kobietę, odwołuje się do jej seksualności, insynuuje złe prowadzenie się, a wobec mężczyzn tego nie ma. Te podwójne standardy dostrzegła znowu przy pracy nad habilitacją o sądach rodzinnych: – W sprawach rozwodowych mężczyznom zadaje się zwykle pytania, czy pili i bili, kobietom, czy gotowały, prały, sprzątały.

Szok przeżyła, gdy w 1989 r. przeczytała pierwszy projekt ustawy antyaborcyjnej. Nie przewidywał możliwości usunięcia ciąży, nawet jeśli zagrażała życiu kobiety. – Nakładanie na kobiety obowiązku utraty życia, zwłaszcza że umiera wtedy i płód, i matka, wydawało mi się absurdalne. Napisała „Spisek feministek”, ironiczny tekst z tezą, że ten projekt powstał chyba po to, by w Polsce narodził się feminizm. Redaktorki łapały artykuł i biegły drukować. A po chwili dzwoniły z przeprosinami, bo zapadała decyzja, że jednak nie. – Zrozumiałam, że to jest temat tabu. I że to coś bardzo złego – mówi prof. Fuszara. Ostatecznie tekst opublikowała „Res Publica”.

Na zamówienie Parlamentarnej Grupy Kobiet w Sejmie II kadencji Małgorzata Fuszara wraz z prof. Eleonorą Zielińską piszą projekt ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn. Przepada w pierwszym czytaniu. Prominentni posłowie szepczą prof. Fuszarze: nie możemy poprzeć, bo skorzysta lewica. Dociera do niej, że sprawa kobieca jest też tematem politycznym.

Od lat 90. powoli wprowadza feminizm na uczelnię. Razem z prof. Eleonorą Zielińską rozkręcają zajęcia z feministycznego prawoznawstwa. Na początku w małej salce kilkanaście studentek, trzech studentów i wykładowczynie. Studenci bez przerwy zadają pytania, podważając z prawicowej perspektywy sens feminizmu. – Zwykle po dwóch miesiącach takich przepychanek reszta grupy zaczynała ich uciszać. Dziś coś takiego już się prawie nie zdarza – mówi Małgorzata Fuszara.

Pomysł na tamte zajęcia przywiozła ze stypendium na Harvardzie. Założyła też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych ośrodek badań społeczno-prawnych nad sytuacją kobiet. W 1996 r. z prof. Bożeną Chołuj otwiera w ISNS gender studies, gdzie analizuje się i obala przesądy na temat stereotypów płci. W ciągu 13 lat przez zajęcia przewinęło się około tysiąca osób, a dyplom z „dżenderów” staje się czymś na kształt certyfikatu przynależności do elity intelektualnej.

To Małgorzata Fuszara przedstawi Sejmowi projekt ustawy o parytetach. – Wiemy, że odpowie na każde pytanie dotyczące sytuacji społecznej kobiet, łącznie z tym, jak wygląda ona w Mozambiku – zapewnia Jacek Ambroziak.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną