Kraj

Zabawa na Titanicu

Ustawa czeka, telewizja pada

PantherMedia
Twórcy napisali ustawę medialną. Ale kto to im uchwali? A wieści dochodzące z TVP, i przy okazji z radia, są coraz bardziej zatrważające.

Telewizja na skraju upadku; ratunek w wyprzedaży nieruchomości i w 100-mln kredycie – na który nie chce dać zgody minister skarbu. Grożą więc zwolnienia grupowe, może nawet będzie strajk. Spadają programy, nawet rolnicy się buntują, że dla nich nic nie ma... Sytuacja jest tym bardziej groźna, że właśnie od marca kolejna grupa – tym razem emeryci i renciści – przestaje płacić abonament.

Telewizyjny moloch pulsuje, drży, ale politycznie trzyma się mocno. Podtrzymuje go koalicja PiS-SLD oraz osoby stowarzyszone. Kto dokładnie rządzi i w czyim imieniu, nie do końca wiadomo. Raz PiS odbija jakieś części SLD, to znów do kontrataku przystępuje lewica. Do tego „rwactwa” obie strony dorabiają podobne uzasadnienie: to premier Tusk chciał zniszczyć media publiczne i głośno o tym mówił, znaczy nie rozumie, że media publiczne są niezbędne, odgrywają rolę cywilizacyjną i ratować je trzeba z każdym, choćby z diabłem. Tak więc wizja wielkiej misji połączyła dwa zupełnie odmienne polityczne byty (i kilka osób, mających przy tym własne interesy).

Titanic tonie, twórcy na ratunek

Być może ta prowizorka, jak to w Polsce, okaże się trwała, nawet jeżeli minister skarbu nie da zgody na zastaw nieruchomości i branie kredytów. Nie bardzo zresztą wiadomo, jaka jest w rzeczywistości kondycja mediów publicznych, zwłaszcza telewizji. Nikt nie ma wglądu w jej finanse, zasada: zwalniają i płacą odszkodowania, a więc będą przyjmować i zapłacą nowym pensje lub kontrakty, obowiązuje.

Minister skarbu, formalny właściciel, też nie wie, bo przecież gdyby wiedział i miał jakieś możliwości działania, media publiczne – jak głoszą obrońcy obecnego stanu – straciłyby swój blask politycznie niezależnych, byłyby rządowe. Teraz blask niezależności podobno mają, gdyż do oczywistej koalicji nikt przyznać się nie chce i to, co widzimy, to tylko wypadające z wielkiej wirówki fragmenty jakichś politycznych walk o wpływy, wydzierania sobie stanowisk i programów. Niby ten Titanic tonie, ale zabawa na nim trwa na całego.

Ruszyła jednak akcja ratunkowa. Twórcy właśnie przesłali politykom projekt ustawy o mediach publicznych. Towarzyszy mu hasło odebrania mediów politykom. Piękny zamiar, a jak ma być zrealizowany? Na łamach „Polityki” idee przewodnie projektu przedstawiał już Jacek Żakowski, sporo pisano w gazetach, a więc tylko przypomnienie. Są dziś dwie kluczowe kwestie do rozstrzygnięcia, gdy idzie o media publiczne i ich odpartyjnienie (to lepsze określenie niż odpolitycznienie, gdyż media publiczne zawsze będą odgrywać rolę polityczną). Pierwszą jest sposób finansowania, drugą sposób wyboru władz taki, aby po każdej zmianie ekipy politycznej w państwie nie stawały się politycznym łupem.

Jeśli chodzi o finansowanie, praktycznie wszystkie pomysły zostały już w takiej lub innej formie zgłoszone, były w kolejne wersje nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji wpisywane i przepadały. Projekt twórców stawia na powszechną opłatę audiowizualną, płaconą wraz z PiT przez każdego pracującego Polaka (także rolnicy są nią objęci) w wysokości realnej 6,50 zł miesięcznie. Jest oczywiście wielki katalog zwolnień, uwzględniający dotychczasowe ulgi, ale mimo to media publiczne zyskiwałyby wielkie pieniądze – ok. 2 mld zł rocznie (może nawet 4 mld), a więc sumy w porównaniu z obecnymi niebotyczne. Dzisiejsze wpływy z abonamentu to kilkaset milionów złotych. Media, oczywiście, nie miałyby żadnego zakazu zbierania pieniędzy z reklam, choć miałyby obowiązek bezpłatnego emitowania reklam kulturowych i społecznych, słabo zresztą w projekcie zdefiniowanych.

Koniec z KRRiT

Zamiast Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, której rola zostałaby znacznie ograniczona, nad funkcjonowaniem mediów publicznych pieczę sprawowałby 50-osobowy Komitet Mediów Publicznych, powoływany na pięcioletnią kadencję w sposób mocno skomplikowany. Najpierw bowiem utworzony powinien zostać 250-osobowy zasób kadrowy, do którego swoich, ale nie tylko, kandydatów zgłaszałyby organizacje społeczne, zawodowe, pozarządowe, samorządowe, stowarzyszenia twórcze, konferencje rektorów (autorzy sięgają szeroko, aby proces uspołecznienia był jak najpełniejszy). Z niego w drodze losowania (niech decyduje przypadek, a nie polityka) wyłania się wspomniany komitet, który musi się zbierać przynajmniej raz na pół roku i pracuje społecznie.

Ten komitet w konkursie wybiera 7-osobową Radę Mediów Publicznych, która przez pięć lat stoi na straży niezależności mediów, określa ich obowiązki, uchwala kodeks etyki, pilnuje pieniędzy i wyłania, w drodze konkursów oczywiście, dyrektorów telewizji, radia czy Portalu Mediów Publicznych, nowej instytucji, w której dostępne byłyby archiwa telewizji i radia dla każdego, kto wnosi opłatę audiowizualną. Organem doradczym komitetu ma być Instytut Mediów Publicznych, który będzie m.in. badał zgodność udostępnionych audycji z zakładanymi celami programowymi, zajmował się badaniem wartości artystycznej reklam, oceniał poszczególne jednostki mediów publicznych. Dyrektor Instytutu pochodzić będzie z konkursu. Powołuje też Fundusz Mediów Publicznych (oczywiście w drodze konkursu), który ma „wspierać produkcję audycji i treści realizujących medialną służbę publiczną” (kwestie edukacji, społeczeństwa obywatelskiego, społeczeństwa kreatywnego, dokumentacja osiągnięć kultury itp.). Nadzór nad nim sprawuje Komitet Mediów Publicznych. Jest jeszcze 11-osobowa Rada Funduszu. Fundusz ma, oczywiście, swój fundusz (środki przekazywane przez radę, dotacje państwowe, darowizny itp.).

Projekt twórców zmienia formę organizacyjną, w jakiej działają media publiczne. W miejsce spółek Skarbu Państwa pojawiają się państwowe jednostki prawne, choć sens owej zmiany nie jest jasny. Postawienie w stan likwidacji spółek telewizyjnej, radiowej i wszystkich ośrodków regionalnych to wprowadzanie stanu przejściowego przynajmniej na półtora roku, jeśli nie dłużej. Chyba że jest to chytry plan zmiany struktury zatrudnienia, bowiem likwidacja wiąże się z automatycznymi wypowiedzeniami i nawiązywaniem stosunku pracy z nowymi podmiotami. Przy kilkudziesięciu związkach zawodowych awantura jednak gotowa.

Projekt ustawy nie porządkuje i nie ogranicza struktury mediów publicznych. Utrzymuje ją w tym stanie, w jakim jest (choć od dawna wiadomo, że jest ona nieracjonalna i wymaga zmian) i w tę strukturę pompuje dodatkowe wielkie pieniądze, które będą podlegać dość iluzorycznej kontroli szeroko pojętych środowisk twórczych i tych innych, które wydelegują swoich przedstawicieli do zasobu kadrowego. Można więc powiedzieć, że pod tym względem jest wyjątkowo zachowawczy. Nie próbuje zmierzyć się z niefunkcjonalną strukturą spółek radiowych i telewizyjnych ze spółkami w terenie, nie próbuje ich scalić, nie proponuje prywatyzacji, choćby częściowej, telewizji czy radia, aby tego żarłocznego molocha ograniczyć, przez co i łup polityczny byłby mniejszy.

Projekt ten można śmiało nazwać przede wszystkim producenckim. Takie miano zyskał zresztą już w momencie, gdy pojawił się w początkach lutego, kiedy jeszcze nie był dokumentem skierowanym do politycznych konsultacji. Więcej pieniędzy na produkcję, na dodatek wyraźnie procentowo podzielonych na poszczególne typy produkcji (celem działania mediów publicznych jest w szczególności produkowanie treści realizujących cele określone w ustawie – to cytat już z pierwszej strony projektu), zachowanie organizacyjnego status quo i właściwie żadnej zewnętrznej kontroli. Nie bardzo przecież wiadomo, jak powiedzie się eksperyment z zasobem kadrowym i losowaniem władz. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że jeśli wcześniej na mediach uwłaszczali się politycy, teraz postanowiły się uwłaszczyć – w tym sensie, aby zachować jak najwięcej swojego warsztatu pracy i związanych z tym dochodów – szeroko pojęte środowiska twórcze i producenckie.

Niepokoić też musi los archiwów. Projekt przewiduje, że wejdą one w skład Portalu Mediów Publicznych (pomysł portalu jest powszechnie chwalony i uważany za być może najcenniejszy w całym projekcie). Ma je przekazać tam telewizja. Rzecz w tym, że obecnie jest to własność Archiwów Państwowych, użyczona telewizji i radiu, które borykają się z digitalizacją. Czy Archiwa Państwowe zostaną wydziedziczone?

Gdyby ten projekt powstał 10 lat temu, zapewne byłby nowoczesny, dziś jest coraz bardziej anachroniczny. Próbuje nieco podregulować zepsuty zegarek.

Pomocna dłoń SLD

Oczywiście pytaniem najważniejszym jest dziś to, czy parlament ten projekt uchwali, tym bardziej że jest też projekt konkurenta. Niewielkiego, ale jednak. Oficjalnym drukiem poselskim jest bowiem projekt Klubu Lewicy, proponujący rozwiązanie trzech kwestii: zdefiniowanie multipleksu, licencji programowej i określenie zasad finansowania. Finansowanie mediów publicznych na poziomie 900 mln zł ma zapewnić publiczna opłata medialna pochodząca z budżetu państwa (1,5 proc. wpływów budżetu państwa z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych i prawnych), którą minister finansów miałby przekazywać KRRiT. Te pieniądze miałyby być przeznaczane wyłącznie na misję, czyli wypełnienie licencji programowej.

Wstępnie PiS nie odrzuca propozycji, gdyż jeśli nie będzie nowej ustawy, powstaje gwarancja trwania i przetrwania obecnej medialnej koalicji, a mediom dostanie się spory zastrzyk pieniędzy. Gdyby natomiast udało się przekonać ludowców i wciągnąć ich do takiej koalicji, ustawa zostanie uchwalona i prezydent jej nie zawetuje. To jest dziś najbardziej prawdopodobne rozwiązanie, którego PO się obawia. Dla PiS jest to scenariusz najlepszy, gdyż partia ta nie traci wpływów w mediach. Po prostu SLD raz jeszcze podaje pomocną dłoń.

A może jednak podstawą nowej ustawy stanie się projekt twórców przepracowany w Sejmie? Pierwsze reakcje nie są zachęcające. Porażają sumy, jakie miałyby być wpompowane w chorą strukturę, a także fakt, że powszechna opłata audiowizualna, choć niższa od abonamentu, jest jednak rodzajem podatku, a PO i premier wyraźnie zapowiedzieli w przedwyborczych obietnicach, że ani abonamentu, ani żadnych nowych podatków, zwłaszcza na media publiczne, nie będzie. Zapewne zaczną się więc konsultacje i być może powstanie jeszcze jeden kompromisowy projekt – ani lepszy, ani gorszy od tych, które już upadły.

Nie jest bowiem prawdą, że dwa dotychczasowe podejścia do przygotowania nowej ustawy medialnej skończyły się produkcją wyjątkowych gniotów. To były zupełnie niezłe ustawy, które upadły z powodu prezydenckiego weta, broniącego stanu posiadania PiS w mediach, niezaspokojonych ambicji, również na stanowiska dla SLD, oraz urazów personalnych. A także waśni środowiskowych i wielkiego lobbingu, bo gra w mediach idzie o wyjątkowo duże pieniądze. Jednak, jeśli chodzi o przyszłość, są i tacy, którzy przyjmują zakłady, że jeśli Platforma wygra wybory prezydenckie, pierwszą ustawą, jaką podpisze nowy prezydent, będzie właśnie medialna. W którejś z wcześniejszych wersji, z KRRiT, z radami nadzorczymi, zarządami, dziesiątkami spółek. I bez żadnego losowania.

 

Polityka 11.2010 (2747) z dnia 13.03.2010; Temat tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Zabawa na Titanicu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wielki Janusz Gajos. Mówi, a ludzie go słuchają

Kluczowe postaci w „Klerze” i „Kamerdynerze”, do tego kilka ról w Teatrze Narodowym i kolejne filmy w przygotowaniu. Od Janusza Gajosa zależy dziś w polskiej kulturze więcej niż kiedykolwiek.

Aneta Kyzioł
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną