Kraj

Królestwo wawelskie

Kościół w państwie

Biskupi podczas uroczystości pogrzebowej Marii i Lecha Kaczyńskich Biskupi podczas uroczystości pogrzebowej Marii i Lecha Kaczyńskich Piotr Werewka / Reporter
W dniach żałoby miejsce liderów politycznych zajęli duchowni. Jakby państwo popadło w stan bezkrólewia, zredukowane do dekoracji, na tle której trwała ­nieustająca katecheza.

Ludzie na placu Piłsudskiego, jak twierdzi pewna profesor UW, nie chcieli słuchać Bronisława Komorowskiego, za to bardzo podobał się im abp Józef Michalik. Ludzie płakali, słuchając go, a wiatr, jej zdaniem, przypominał ten wiejący na pogrzebie Jana Pawła II. Biskup Michalik mówił: „Starsi i młodsi, studenci, nauczyciele przyszli na ulice ze zniczami, aby powiedzieć, że to był ich prezydent. (…) Być może to ostatnie słowo Lecha Kaczyńskiego [podróż do Katynia] stanie się ziarnem rzuconym w ziemię, by wydać nowy owoc”.

W licznych, wygłaszanych w tamtych dniach, kazaniach i homiliach mówcy przede wszystkim opowiedzieli narodowi, co mu się przydarzyło. To rzecz najważniejsza, bo ten, kto ma narrację i kto ma symbole, ma władzę nad wyobraźnią i świadomością rzesz. Ta opowieść mitologizuje i sakralizuje rzeczywistość cierpienia i bólu, tak aby ktoś, kto zgłasza jakieś wątpliwości, był traktowany jak niewierny Tomasz, pakujący palec w ranę Zbawiciela.

Biskupi pouczyli naród, jaki jest boski i ludzki sens katastrofy pod Smoleńskiem. „Żebyśmy nie zmarnowali kolejnej przelanej męczeńskiej polskiej krwi” – mówił bp Antoni Dydycz. Wskazali bohaterów i ludzi małej wiary. „To, co Polacy pokazują od tygodnia, to jest prawdziwe oblicze Narodu, który ma swoją duszę, swój charakter, swoje zasady i umie rozpoznać swych wodzów” – pisał abp Andrzej Dzięga w „Naszym Dzienniku”. Oddzielili dobro od zła w narodowym dramacie. „Po śmierci prezydenta i towarzyszących mu osób Polska na nowo zmartwychwstała przez drugą Golgotę – smoleńską. »Zmartwychwstanie« dotyczy prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Kpiono z niego, by odebrać mu cześć, odmówić inteligencji, przekreślić jego wielkość” – pisał kard. Stanisław Nagy w „Naszym Dzienniku”.

Zatem mamy być razem, jesteśmy jak jedna rodzina, bądźmy jednością. Niestety, są wśród nas czarne owce. Ale tragiczna śmierć elity narodu już otwiera oczy Polaków na niebezpieczne dryfowanie niektórych polityków. „Ten naród [Polacy] przez własnych swoich synów był przez ostatnie lata niejednokrotnie boleśnie wyszydzany jako ten, który rzekomo nie potrafi skorzystać ani z nauczania papieża Jana Pawła II, ani z ofiarowanej mu wolności, a, co gorsza, stróżem majestatu Rzeczpospolitej uczynił człowieka, który nie pasował do ich kryteriów współczesności” – wypominał abp Michalik na placu Piłusdskiego.

Pasowanie prezydenta na króla

Kapłani przypomnieli, jak i ku czemu podążać, tak aby Bóg, honor i ojczyzna naprawdę kształtowały polskie życie publiczne. Mówili o Polsce Chrystusie Narodów i o Polakach dobrych synach Kościoła i Narodu Polskiego.

O polskim orle pod krzyżem, bo tylko pod tym znakiem Polska jest Polską. O pobożnym prezydencie spieszącym do spowiedzi i o męczennikach, których historia wzywa do jej dopełnienia i których śmierć jest zaczynem narodowego odrodzenia – tak jak śmierć męczenników jest posiewem wiary chrześcijańskiej. O straszliwej cenie, jaką ojczyzna płaci za zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, ażeby świat dowiedział się o Katyniu. „Spodziewamy się, że ta ofiara życia naszych najlepszych synów i córek pomoże tę prawdę [o Katyniu] pokazać światu, że prawda powróci na forum życia społecznego, politycznego i medialnego”– mówił 11 kwietnia bp Ignacy Dec.

Dom ojczysty trzeba budować na skale wiary, tradycji, historycznej pamięci, tożsamości, którą kształtowały wieki. Śmierć pod Smoleńskiem sprawiła, że czujemy się Polakami bardziej niż zwykle. Ten drugi Katyń to przybliżenie, przez swój tragizm, pierwszego Katynia. „Będziemy się modlić, aby tę katechezę wszyscy zrozumieli – kontynuował bp Ignacy Dec – wyciągnęli z niej odpowiednie wnioski, żeby naród obudził się, żeby zreflektowali się ci, którzy się zapędzili za swoimi sprawami, lekceważąc interes narodu, zostawiając na boku lepszą Polskę, a szukając tylko własnych korzyści. Dzisiaj tak wiele osób doświadcza, że jest inna Polska, w której żyjemy, pracujemy, chorujemy, cierpimy, od tej, którą widzimy w mediach. Jest nam bardzo potrzebna prawda o Polsce, o narodzie, o życiu”.

Tak można streścić przekaz Kościoła do narodu w dniach żałoby. Poprzez media, od publicznych przez komercyjne po kościelne, został on wzmocniony i podany społeczeństwu. Puentą była wawelska decyzja kardynała Dziwisza, pasująca Lecha Kaczyńskiego na równego królom. Była ona także przypomnieniem Polakom, kto ma w Polsce rząd dusz, ale i realną władzę publiczną. Król włada, ale koronę nakłada Kościół. Albo inaczej: tylko sojusz ołtarza z tronem daje Polsce szansę na lepszą przyszłość. Nieprzypadkowo w żałobnych rekolekcjach pojawiły się tak odległe od tematu sprawy, jak apologia tradycyjnego modelu rodziny i małżeństwa.

Kościół i państwo - zawsze razem?

To przesłanie pojął w lot publicysta „Rzeczpospolitej” Dominik Zdort, który zachwyciwszy się, jak pięknie pasują ornaty do flag narodowych, głosi, że państwo i Kościół w sprawach ważnych zawsze muszą być razem, a wskutek majestatu żałoby protesty przeciwko krzyżom czy religii w szkołach tracą zasadność. Od teologii katastrofy jako chrystusowej ofiary złożonej przez prezydenta za życie narodu mamy przejść do teologii polityki jako mesjańskiej przestrzeni wypełniania testamentu pozostawionego nam przez męczenników „drugiego Katynia”.

„Tragiczna śmierć śp. Prezydenta RP pana profesora Lecha Kaczyńskiego zawiera w sobie dramatyczną niewypowiedzianą tajemnicę – mówił bp Piotr Libera. – W pewnym sensie domyka ona XX w. – wiek totalitaryzmów. Łączyło je jedno: człowiek bez Stwórcy, a więc człowiek bez źródeł i korzeni, zapragnął stanowić o tym, co jest dobre, a co złe”.

To prawda, że XX w. był epoką, w której powstały systemy totalitarne, ale także okresem zwycięskiej walki z nimi, w czym udział miała Solidarność, opuszczona pod koniec lat 80. przez część kościelnego establishmentu. Wiek XX widział upadek muru berlińskiego i demontaż apartheidu, emancypację Trzeciego Świata i Jesień Narodów w naszej części Europy, narodziny wspólnoty europejskiej i jej rozszerzenie na kraje byłego bloku radzieckiego. Widział przełomowe reformy w Kościele katolickim i pontyfikat Karola Wojtyły. Ani świat, ani Polska nie stały w miejscu. Od dwudziestu lat trwa odbudowa polskiej państwowości i demokracji.

Nie godzi się sugerować, jak abp Michalik na placu Piłsudskiego, że w tym czasie nie krzewiono pamięci o Katyniu czy powstańcach warszawskich, że demokratyczne rządy nic w tej dziedzinie nie robiły.

Nasza historia nie zaczyna się od tragedii pod Smoleńskiem. Ta tragedia jest jej dramatycznym rozdziałem, ale nie rozrywa ona łańcucha wydarzeń narodowych i politycznych, nie zmusza do zasadniczej rewizji i reewaluacji naszych najnowszych dziejów. Z tego, że słusznie i szczerze współczujemy z ofiarami katastrofy smoleńskiej, ich rodzinami i bliskimi, nie wynika, że kościelna opowieść o niej i ustanowienie symbolicznego królestwa wawelskiego, ufundowanego na micie dobrego króla Lecha, ma być przyjęte bez dyskusji, pod szantażem wykluczenia ze wspólnoty narodu.

Głos rozwagi, głos histerii

Były w tej katechezie wyjątki. Abp Józef Kowalczyk, może dzięki dyplomatycznemu obyciu, unikał rozliczania oponentów wizji, którą reprezentowali prezydent Kaczyński i jego obóz. Czuł, zapewne, jak niestosowne jest to w dniach żałoby. Na pogrzebie gen. Gągora mówił o kruchości życia ludzkiego i pokorze wobec Boga. Ten ton, ton Kościoła współczującego, a nie Kościoła triumfującego, uważam za właściwy. I niektórzy biskupi wykazali taką empatię i umiar, bo przecież nie wszyscy żałobnicy muszą podzielać poglądy religijne i polityczne katechetów narodu. Bp Jan Tyrawa pytał, dlaczego do narodowych rekolekcji nie mobilizuje Polaków dobro i piękno, postaci takie jak Jan Paweł II czy Janusz Korczak. Bp Jan Wątroba prosił, by od bohaterów Katynia uczyć się miłości ojczyzny przez pracę codzienną i właściwe wykonywanie obowiązków. Ks. Arkadiusz Nowak na pogrzebie Izabeli Jarugi-Nowackiej pośrednio przeprosił za osławioną biskupią frazę o „feministycznym betonie”, którego kwas solny nie przemoże.

Najbardziej jednak znaczący wyjątek to wątek zbliżenia polsko-rosyjskiego. To rzecz bez precedensu, by w sprawie ciężkiego kalibru narodowego i politycznego Kościół mówił jednym głosem z lewicą i częścią prawicy. Kardynał Dziwisz w obecności prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa nazwał w Krakowie to zbliżenie zadaniem dla współczesnego pokolenia, a abp Michalik wręcz dziękował Rosjanom za ich postawę wobec Polski okrytej żałobą.

Ale nie ma tak dobrze. Media ks. Rydzyka i prawicowe jastrzębie już kwestionują te kościelne apele o dialog i pojednanie z Rosją. „Tworzy się nowa trylogia: rok 1920, 1940 i 2010” – głosił w kazaniu abp Henryk Hoser podczas mszy w intencji ofiar.

Jest zmartwieniem obozu Jarosława Kaczyńskiego, jak nie narazić się linii episkopatu w tej kwestii, a zarazem nie utracić poparcia prawicowych rusofobów. Elita Kościoła wydaje się w sprawie rosyjskiej zdeterminowana, tak jak przed laty w kwestii pojednania polsko-niemieckiego. I to jest akurat dobra wiadomość.

Gorzej z resztą kościelnego przekazu żałobnego i jego możliwymi skutkami w najbliższym gorącym czasie kampanii politycznych tego i przyszłego roku. Przekaz ten z pewnością posłuży przeciwnikom obecnego rządu. Kościół w tym sensie jawi się jako trzecia siła w polskiej polityce – obok obu formacji centroprawicowych.

Kościół w Polsce miał zawsze interesy polityczne i polityczną agendę. I do niej dopasowuje partyjnych koalicjantów. Politykom wydaje się, że to oni wciągają Kościół do swej gry, a jest dokładnie na odwrót: to Kościół ich sobie dobiera według swej oceny, z kim mu w polityce w danym momencie po drodze. Sygnał ostrzegawczy wyszedł od kardynała Dziwisza, gdy bezceremonialnie, nie oglądając się na rodzinę tragicznie zmarłego Janusza Kurtyki, prezesa IPN, cofnął zgodę na jego pochówek w planowanym panteonie narodowym w kościele św. Piotra i Pawła w Krakowie. Miejsce obok Piotra Skargi nie może się przecież należeć komuś, kto firmował próby zlustrowania Kościoła.

Nie ulega wątpliwości, że dziś partnera w polityce Kościół widzi w obozie prawicy pisowskiej, z ewentualną przystawką Prawicy RP Marka Jurka. To im pozwoli być zakonem mieczowym królestwa wawelskiego.

Polityka 18.2010 (2754) z dnia 01.05.2010; Kraj; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Królestwo wawelskie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety na froncie

Rozmowa ze Swiatłaną Aleksijewicz, autorką bestsellera „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, o żołnierkach Armii Czerwonej

Paweł Sulik
15.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną