Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Kraj

Wszystkie ręce umyte

Co nowego w sprawie śmierci Barbary Blidy

Barbara Blida na polu golfowym w 2001 roku Barbara Blida na polu golfowym w 2001 roku Krystyna i Aleksander Rabij/Press Photo / Reporter
Mimo powołania sejmowej komisji śledczej trudno wyjaśnić okoliczności śmierci Barbary Blidy. Wydaje się, że służbom specjalnym, prokuratorom i wielu politykom najbardziej zależy na tym, by sprawę umorzyć.

Na 9.00 rano w środę, 28 lipca 2010 r., przed oblicze komisji śledczej do sprawy śmierci Barbary Blidy zaproszono Jarosława Kaczyńskiego. Dziesięć dni wcześniej tego samego oczekiwano od Zbigniewa Ziobry, byłego ministra sprawiedliwości w rządzie PiS. Nie stawił się, bo pojechał do sądu w Sosnowcu. Uzasadniał, że jako strona sosnowieckiego procesu (został pozwany przez Grzegorza Schetynę za słowa, jakie wypowiedział o byłym wicepremierze, dziś marszałku Sejmu: „ciemna postać tego rządu” i „człowiek od brudnych zadań”) chciał zadawać pytania świadkowi Bogdanowi Święczkowskiemu, byłemu szefowi ABW. Pytań nie zadał, bo świadek nie stawił się; już wcześniej poinformował sąd, że w tym czasie będzie przebywał na urlopie.

Jest mało prawdopodobne, aby Zbigniew Ziobro, przyjaciel Święczkowskiego, o tym nie wiedział. Wszystko wskazuje na to, że chciał uniknąć przesłuchania przez komisję do sprawy Blidy przed zeznaniami byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego? Ważne dla niego było, by wiedzieć, co jego szef opowie komisji o przebiegu narady w Kancelarii Premiera poprzedzającej zatrzymanie Barbary Blidy wiosną 2007 r. Musiał mieć świadomość, że różnica w ich wyjaśnieniach mogłaby stać się podstawą do postawienia mu zarzutu składania fałszywych zeznań.

Kruche dowody

Narada u premiera na temat tak zwanej mafii węglowej i kwestii postawienia zarzutów Barbarze Blidzie to jeden z kluczowych momentów w tej historii. Według jednego z jej uczestników, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka, odbyła się 3–4 tygodnie przed wejściem ABW do domu państwa Blidów (nikt nie pamięta dokładnej daty, ponieważ było to jedno z poufnych, niestenografowanych spotkań, które odbywały się nieregularnie). Minister Ziobro miał wówczas zreferować istnienie „układu lewicowego”, ujawnić związki lewicowych polityków z mafią węglową. Wymienił kilka nazwisk. Kaczmarek zapamiętał z tej listy byłego premiera Leszka Millera, byłego ministra Andrzeja Szarawarskiego i Barbarę Blidę. Te nazwiska pojawiły się w zeznaniach Barbary K., bizneswomen ze Śląska, i byłego posła SLD Ryszarda Z., na które powoływali się potem Ziobro i szef ABW Bogdan Święczkowski. – Premier Kaczyński zapytał mnie, jak to oceniam – mówi Janusz Kaczmarek. – Odpowiedziałem, że dowody są kruche, a zeznania świadków wątpliwe. Poparł mnie uczestnik narady prokurator Tomasz Szałek. Powiedział, że świadek Ryszard Z. jest niewiarygodny.

Zbigniew Ziobro w mediach zarzucił Kaczmarkowi, że kłamie. Narada dotyczyła innych spraw, twierdził, on nie referował sprawy Blidy, w ogóle nie miał na ten temat wiedzy. A Kaczmarek u premiera wcale głosu nie zabierał. Ziobro sugerował, że może odbyła jakaś inna narada, w której on nie brał udziału. Tymczasem Jarosław Kaczyński publicznie przyznał, że narada na ten temat się odbyła, brali w niej udział i Ziobro, i Kaczmarek, a premier poprosił, aby podczas zatrzymywania pani Blidy nie zakładać jej kajdanek.

Tych rozbieżności dotyczyły konfrontacje między Kaczmarkiem i Ziobrą oraz Kaczmarkiem i Jarosławem Kaczyńskim, jakie wiosną 2008 r. przeprowadziła łódzka prokuratura, badająca okoliczności śmierci Barbary Blidy. Prokuratura nadała zapisom z tych konfrontacji klauzulę tajności, po czym umorzyła śledztwo w wątku dotyczącym nacisków na prokuratorów. Z powodu gryfu tajności opinia publiczna nie wie, co w Łodzi zeznawali Kaczyński, Kaczmarek i Ziobro. Według naszych informacji, fakty podawane przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę znacznie się różniły, a to znaczy, że ktoś kłamał.

Okoliczności narady u premiera są istotne, bo wynikać z nich może, że sprawie Barbary Blidy nadano szczególne znaczenie z przyczyn politycznych. A to uzasadniałoby postawienie byłego ministra sprawiedliwości przed Trybunałem Stanu.

Nazwiska Blidy nigdy nie łączono z aferami aż do lutego 2007 r., kiedy w mediach zaczęły ukazywać się informacje (oparte, jak dziś już wiadomo, na sterowanych przeciekach ze śledztwa) o śląskiej Alexis, czyli Barbarze K., i o tym, że finansowała swoją przyjaciółkę Barbarę Blidę i innych polityków, aby zaskarbić sobie ich przychylność.

W wieczór poprzedzający akcję ABW w I Programie TVP wyemitowano program z cyklu „Misja specjalna” o mafii węglowej. Barbara Blida nie oglądała programu, ale musiała wiedzieć o emisji; materiał zapowiadano jako sensacyjny.

25 kwietnia 2007 r. parę minut po szóstej rano do domu państwa Blidów przy ul. Oświęcimskiej w Siemianowicach zastukali funkcjonariusze ABW. W trakcie wykonywanych przez nich czynności padł strzał, który stał się przyczyną śmierci Barbary Blidy.

Nie odbyła się zaplanowana konferencja prasowa, na której miano ujawnić związki Barbary Blidy z mafią węglową. Nie nakręcono filmu z wyprowadzania Blidy z jej domu (przed wejściem czekała funkcjonariuszka ABW z kamerą). Zgodnie z procedurą należało przeprowadzić postępowanie prokuratorskie w sprawie okoliczności śmierci byłej posłanki.

Pochopne umorzenie

W Ministerstwie Sprawiedliwości zdecydowano, że zajmie się tym prokuratura w Katowicach, ale po protestach, że to będzie śledztwo we własnej sprawie, postępowanie przeniesiono do Łodzi. Tam rozbito je na kilka wątków. Jeden dotyczył ewentualnych politycznych nacisków na prokuratorów z Katowic – został umorzony w lutym 2010 r. Drugi watek – błędów popełnionych przez funkcjonariuszy ABW na miejscu zdarzenia; wobec dwojga agentów ABW, kpt. Barbary P. i chorążego Mirosława K., postępowanie umorzono. Oskarżono jedynie Grzegorza S., dowódcę ekipy dokonującej zatrzymania, bo nie sprawdził, czy w domu Blidów jest broń.

Według prokuratora Tomasza Walczaka z Prokuratury Okręgowej w Łodzi, Barbara Blida podjęła „udaną próbę samobójczą”. Janusz Kaczmarek nazywa ten przypadek zabójstwem psychologicznym, kiedy odpowiednio stosowaną socjotechniką doprowadza się człowieka do targnięcia się na własne życie.

POLITYKA (jako pierwsza) dotarła do uzasadnienia umorzenia podpisanego przez prokuratora Walczaka. Według niego ofiara zastrzeliła się trzymając broń w prawej dłoni. Ale umorzenie wydaje się pochopne. Według autora ekspertyzy wykonanej na użytek komisji śledczej przez dr. Michała Gramatykę, kryminologa, nie można ustalić, czy ofiara trzymała rewolwer w lewej, czy w prawej ręce i którym palcem pociągnęła za spust. Nie wiadomo, gdzie w momencie strzału przebywała funkcjonariuszka, która miała pilnować Blidę, kiedy ta udała się do łazienki. Czy, jak zeznała, była na wyciągnięcie ręki od ofiary, czy – jak twierdzi Henryk Blida – na fotelu przed łazienką.

Nie można też wykluczyć, że Barbara Blida wcale nie chciała się zastrzelić. Kpt. Barbara P. zeznała, że w łazience zapytała Blidę o broń, ta odrzekła, że jej nie ma. Istnieje hipoteza, że przebieg rozmowy był inny. Blida zapytana o broń, wyjęła ją. Agentka ABW rzuciła się, aby wyrwać jej z ręki rewolwer, doszło do szamotaniny, podczas której padł śmiertelny strzał. Kąt, pod jakim oddano strzał, świadczy, że ręka była nienaturalnie wygięta, tak jakby ktoś wykręcił jej ramię próbując obezwładnić.

Zastanawia późniejsze zachowanie ekipy ABW. Zanim pobrano od funkcjonariuszy ślady z ich rąk i odzieży, bardzo dokładnie umyli dłonie (w wyniku późniejszego badania na dłoniach kapitan P. nie wykryto śladów prochu). Funkcjonariusz każdej służby jest szkolony na wypadek podobnych zdarzeń i ma zakodowane, że do czasu zbadania śladów nie może myć rąk.

Bezpośrednio po zdarzeniu wszyscy oficerowie ABW będący w domu gorączkowo gdzieś telefonowali i nieustannie wymieniali się aparatami. Praktycznie uniemożliwiło to zbadanie, kto z kim rozmawiał przez telefon.

Prokurator Walczak za istotną okoliczność uznał fakt, że ani dowódca ekipy ABW, ani dwoje biorących udział w czynnościach agentów nie przeszło specjalistycznych szkoleń dotyczących zatrzymywania i konwojowania osób. Dowódca por. Grzegorz P. ukończył jedynie trwający dwa tygodnie kurs oficerski w Centralnym Ośrodku Szkolenia UOP w Emowie. Kapitan Barbara P. uczyła się na kursie trwającym trzy tygodnie. Towarzyszący im chorąży sztabowy Mirosław K. zaliczył w 1993 r. trwający 27 dni kurs chorążych. Takich fachowców zatrudnia ABW. W policji oficerowie przechodzą trwającą cztery lata naukę w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie. W ABW wystarczy kilkanaście dni, aby zostać specjalistą.

Kar (raczej) nie będzie

Barbara K., w latach 90. wymieniana na listach najbogatszych Polaków, miała firmę budowlaną, potem zajęła się handlem węglem. Blidę poznała w latach 80., kiedy jej firma współpracowała z Fabudem, państwową fabryką domów, gdzie Barbara Blida była naczelnym inżynierem. Razem z Andrzejem Szarawarskim, działaczem SLD, założyła Polskie Towarzystwo Węglowe, organizację lobbującą na rzecz pośredników w handlu węglem. Chętnie zapraszano ją na salony. Finansowo wspomagała lewicę.

Za kratami umieszczono Barbarę K. w 2005 r. pod zarzutem próby wyłudzenia dotacji rządowych na usuwanie szkód górniczych. Nie przyznawała się do winy. Zmiękła, kiedy dowiedziała się, że w areszcie umieszczono także jej córkę. Kiedy odwiedził ją agent ABW, zgodziła się zeznawać. Postawiła warunek – muszą zwolnić z aresztu zarówno ją, jak i córkę.

Na podstawie zeznań Barbary K. i jej dawnego współpracownika, byłego posła SLD Ryszarda Z. (składał je, kiedy Alexis siedziała w areszcie, obciążał wiele osób), rozpoczęto operację „Blida”. Następnym ruchem miała być akcja „Układ Lewicy”. Barbarze Blidzie chciano przedstawić zarzut, że w grudniu 1997 r. wzięła od Barbary K. 80 tys. zł, aby je przekazać Zbigniewowi B., prezesowi spółki węglowej. Miała to być łapówka za umorzenie Barbarze K. odsetek od niespłaconych należności za pobrany przez nią węgiel. Prowadząca tę sprawę asesor Prokuratury Rejonowej w Katowicach, delegowana do Prokuratury Okręgowej Małgorzata Kaczmarczyk-Suchan, 10 lipca 2007 r. umorzyła śledztwo z powodu śmierci podejrzanej (czyli Blidy). Powinna zrobić to znacznie wcześniej z powodu braku dowodów winy. Poza Barbarą K. nie było żadnych innych świadków, że Barbara Blida wzięła te pieniądze. A kluczowy w tej sprawie jest fakt, że Barbarze K. nie umorzono odsetek, musiała je spłacić, nie wiadomo więc, za co miała być ta łapówka.

Gdyby nie atmosfera tamtych dni, narady u premiera, gorączkowe szukanie haków na przeciwników politycznych, nie byłoby nacisków na prokuratorów, aby stawiali zarzuty na podstawie wątłych dowodów. Gdyby młoda prokurator-asesor potrafiła być samodzielna, Blida nie straciłaby życia, a Ziobro nie musiałby uciekać przed komisją śledczą.

Od śmierci Barbary Blidy minęły ponad trzy lata. Przez ten czas dowiedzieliśmy się, że nie było mafii węglowej (umorzono postępowania wobec podejrzanych o łapówkarstwo), że nie było nacisków politycznych (umorzenie śledztwa łódzkiego) oraz że ekipa ABW nie popełniła błędów (poza jej dowódcą). Niebawem zakończy swoje prace i ogłosi raport sejmowa komisja śledcza. Opisze błędy w śledztwie przeciwko Blidzie, wskaże osoby odpowiedzialne, ale nie ukarze winnych. Prokuratorzy, którzy naciągali prawo, dmuchali dowody, stosowali areszty wydobywcze, łamali charaktery asesorom prokuratorskim, dalej będą pracować w zawodzie. Nikt nie poniesie odpowiedzialności.

Polityka 31.2010 (2767) z dnia 31.07.2010; Kraj; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Wszystkie ręce umyte"
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną