Henryka Krzywonos - z PO na Pomorzu

Henia hamulcowa
Henrykę Krzywonos, pytaną o to, gdzie jest dziś Solidarność, zalewa krew jaśnista: Przykro mi to mówić, ale u mnie w domu.
Henryka Krzywonos w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej
Damian Kramski/Agencja Gazeta

Henryka Krzywonos w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej

Abp Tadeusz Gocłowski, siedzący obok Krzywonos podczas obchodów 30-lecia Solidarności, wyznał prasie, że odczuwał jej „podniecenie polityczne” i obawiał się. Zawsze, gdy Krzywonos idzie do mikrofonu dziarsko, arcybiskup miewa wątpliwości, jak ta osoba, nieobyta z kamerami, sformułuje swoje myśli.

Hamuje bełkot działaczy

Choć nie ma jej w oficjalnym protokole dopuszczonych do wiekopomnego głosu, wyrywa się i tym razem formułuje je tak: – Jestem zwykłą kobietą, jakbym miała was urazić, z góry przepraszam. Krew mnie jaśnista zalewa, bo pan Jarosław obraża nas wszystkich. Momencik, nie pozwolę sobie przerywać. Jest telewizja, nasze dzieci oglądają to. Co myśmy sobie wywalczyli po 30 latach? Gwizdy? Momencik, ja mówię. Na Karuzeli Cooltury w Świnoujściu ktoś mnie zapytał, czy jesteśmy w stanie spędzić miło czas ze sobą. Obiecałam, że tak. Arcybiskup odetchnął, gdyż sformułowania Krzywonos były dramatycznie prawdziwe.

Krzywonos: – Patrzyłam w oczy Jarosława, żeby wyczuć, kiedy skończy, i mieć czas przedrzeć się do mównicy. Gdyby nie opowiadał pierdoł, nie wyszłabym do przodu, ale ruszyło mnie. Zaprasza się ludzi na zjazd, a on zaszczuwa ich, opowiadając, ile zrobił jego brat! Uważam, że Leszek powinien z Bogiem spoczywać, tymczasem brat rozszarpuje go politycznie, zagarniając sobie Solidarność. Ja długo nawet nie wiedziałam, że Leszek ma brata. Poznałam go później i nauczyłam się rozróżniać ich, bo, fakt faktem, razem byli różni.

To nie pierwsze zalanie się krwią jaśnistą Henryki, ostatniej żyjącej kobiety sygnatariuszki Porozumień Sierpniowych (Alina Pieńkowska zmarła na raka w 2002 r., Anna Walentynowicz zginęła w drodze do Katynia). Krew jaśnista zalała ją już w czerwcu. Trwa kampania prezydencka, a Krzywonos ogląda spot, w którym Jarosław całuje w rękę pielęgniarkę, co ma być dowodem lewicowej wrażliwości. Krzywonos dzwoni do „Gazety Wyborczej”, że ma dość cyrku, niech Jarek idzie do lekarza, a scena z pielęgniarką była filmowana w 2007 r. w białym miasteczku. Widziała to na własne oczy: – Zadzwonili do mnie, żebym przyjechała z poparciem. Dziewczyny strajkowały w kancelarii, a Jarek nie pozwolił nawet przynieść im zwykłych gaci na zmianę. Cmokał wtedy tę pielęgniarkę pod publikę, a myślał, żeby ta pani już sobie wyszła.

Fałsz wyczuwa instynktownie. Sławkowi Sierakowskiemu w wywiadzie sprzed roku mówi o Lechu Kaczyńskim: w porządku człowiek, ale uważam, że on sam za siebie nie odpowiada. Jest jak kukiełka, jakby ktoś go na palec włożył i przewracał.

Hamuje ojcowską niesprawiedliwość

Na oczach Polaków siedzących przed telewizorem Krzywonos na tej mównicy odegrała coś w rodzaju politycznego romantyzmu. Jej konto na Facebooku zalicza 50 tys. powinszowań: „poczułam się jak za dawnych lat; jedyna z jajami na tym zjeździe; klaskaliśmy w domu; trudno dziś pokazać dziecku ideały, właśnie pokazałam je córce; byłam w tramwaju, który zatrzymała, do dzisiaj trzymam bilet; my jesteśmy jeden wielki naród”.

Na Facebooku w zakładce „rzeczy, które lubię” Krzywonos podaje link do PO. Rok urodzenia – 1953. Miejsce – Olsztyn. Dokładniej – więzienie. Matka siedzi za ojca, który uciekł z odsiadki. Jakieś polityczne to tamto. Wychodzi po śmierci Stalina.

Kiedy już kompletują się wszyscy razem, ojciec, absolwent trzech obozów koncentracyjnych, reguły brutalne odtwarza w domu. Bije Henię szlauchem ogrodowym i żąda przeprosin. Ona nie będzie przepraszać, bo nie jest niczemu winna. Ojciec: klęcz, wyjdź z pokoju, wracaj, klęcz. Pierwsza ucieczka. Za karę matka ma ogolić Heni głowę. Krzywonos: – Nie miałam autorytetów. Wzory czerpałam z lektur szkolnych o tych wszystkich Antkach, którzy pchali węgiel po torach. Sama pchałam takie wózki.

Matka, pomywaczka, zamiataczka ulic, ciągnąca wózki z płynnym betonem, rozpija się w 1966 r. po śmierci ojca. Henia, lat 13, sama załatwia sobie dom dziecka. Plan jest taki – tam dorośnie, wyuczy się, a jak wyjdzie, zaopiekuje się młodszą siostrą, będzie jej robić do szkoły kanapki i tak dalej. Wychodzi po czterech latach i zostaje motorniczą tramwaju. Przez sześć lat jazdy bierze tylko dwa luźne popołudnia – zakładowe wycieczki na grzyby.

Hamuje tramwaj

Jazda jest szarpana. Na Gdańsk zrzucają złom zużyty przez Warszawę. Trach. Poszły drzwi, trzeba wyjść, podważyć łomem i wypuścić pasażerów. Trach. Urwał się pantograf. Trach. Ktoś uderza motorniczą parasolką po plecach: Co, kartofle, kurwa, wozisz? Odszczekuje się, choć regulamin zabrania wdawać się w pyskówki z pasażerami.

Przychodzi lipiec 1980 r. Ona od dwóch miesięcy wyrabia 400 godz. miesięcznie, są potrzebne większe pieniądze, bo 1 sierpnia siostra wychodzi za mąż. Jest na bieżąco co do napiętej sytuacji w kraju. Kiedy tłum gęstnieje na przystankach, spadają z nieba ulotki. Chowa się je po kieszeniach i z nudów czyta na zajezdniach. Choć krew ją zalewa jaśnista, planuje wybuchnąć dopiero po tym ślubie. Już nie będzie nic do stracenia. Już, pierdzielić, może walczyć, szajbować na zebraniach związkowej rady zakładowej, że nie tak ma być. Niech jadą po premii, za nikogo nie będzie odpowiedzialna.

15 sierpnia, dzień po strajku w Stoczni, podręczniki do historii cytują Henię zatrzymującą tramwaj tak: „Ten tramwaj dalej nie pojedzie”. Co w Stoczni powiedziała Wałęsie, nie pamięta, bo była w dużych nerwach. Krew ją zalała jaśnista. Jak to, ona robi strajk na mieście, a oni chcą kończyć swój? W książkach czyta, że krzyczała coś o zdradzie, że rozgniotą nas jak pluskwy. Hamuje Wałęsę.

Jeszcze na polityce się nie zna. Strajkuje przez wzgląd na małe rzeczy – brak kabin, co powoduje, że motorniczy dostają parasolkami po plecach, niedomykające się drzwi, brak rękawic roboczych, a dłonie parzą się przy usuwaniu awarii. Inteligenci piszą piosenki o wolności, a ona pisze wierszyki na temat ministra o nazwisku Pyka, który jedzie do zajezdni i próbuje zdemontować strajk, kusząc przydziałami na auto: „Pyka nam obiecał małego fiacika, motorniczy nie jest głupi, fiacika obsika”.

W Stoczni nasiąka nową narracją, im chodzi o słowa bardziej pojemne – wolność, godność, Bóg, ojczyzna itp. Czuje się euforycznie. Rodzice ją tłamsili, a teraz jest z bohaterami na ty. Jako pełnoetatowy związkowiec jeździ po strajkujących zakładach. Robotnicy chcą jej dotknąć, zapytać o strach. Czy czuje się go? Jakiś ważny dyrektor prosi ją o opuszczenie zakładu. Tłum do dyrektora: Jeśli ona wyjdzie, my tu, szubienicę postawimy i cię chuju powiesimy.

W tak zwanym międzyczasie rozwodzi się z mężem. Dzielą się gratami na pół. Oprócz gratów jej zostaje ciąża. Przydaje się. Henia jest postawna, dodatkowo z brzuchem, może sporo bibuły popakować wokół siebie. Wałek od powielacza znajdują pod wersalką. – Do czego? – No, do ciasta. – Na łożyskach? – No tak. Poroniła po tamtym łomocie. Już nie może mieć dzieci.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną