Polski college?

Szkoła wyższa, nieco niższa
Absolwenci najlepszych amerykańskich college’ów, mimo nieposiadania tytułów naukowych, cieszą się społecznym prestiżem i świetnie zarabiają. Dlaczego takie szkoły są potrzebne w Polsce i co należałoby zmienić, by ich utworzenie było możliwe.
Janusz Kapusta/Corbis

Prof. Leszek Pacholski
Miłosz Poloch/Reporter

Prof. Leszek Pacholski

Zasadnicza różnica między dobrym uniwersytetem a dobrym college’em polega na tym, że uniwersytet jest dla profesora, college zaś dla studenta. Na uniwersytecie profesor prowadzi badania, kształcąc przy okazji doktorantów. Jeśli musi uczyć studentów pierwszych lat, robi to często niestarannie. Woli mówić o tym, czym się sam zajmuje, niż o tym, co jest studentom potrzebne i co potrafią oni zrozumieć. W college’u zaś profesor nie ma doktorantów, nie musi prowadzić badań naukowych. Rozliczany jest z jakości pracy dydaktycznej, a uczelnia, przyjmując nowego pracownika, absolwenta studiów doktoranckich prestiżowych uniwersytetów badawczych, zrobi wszystko, żeby nauczyć go prowadzenia wykładów w przystępny sposób.

Absolwenci dobrych amerykańskich uczelni nieakademickich mają na rynku pracy wartość taką jak absolwenci prestiżowych uniwersytetów z Ivy League i czołowych uczelni technicznych. Z 50 amerykańskich szkół wyższych, których absolwenci w pełni kariery zarabiają ponad 100 tys. dol. rocznie, 14 to cenione uniwersytety, ale 16 ma „college” w nazwie. Ranking (patrz ramka) pokazuje, że aby odnieść sukces zawodowy, nie trzeba koniecznie studiować na uniwersytecie z najwyższej półki. Równie dobrze, a nawet lepiej jest studiować na jednym z dobrych college’ów.

Lepiej być magistrem

Polski odpowiednik college’u, czyli wyższa szkoła zawodowa, kojarzy się z niższą jakością, mimo że wiedza uzyskana w trakcie dobrych studiów licencjackich lub inżynierskich całkowicie wystarcza w wielu zawodach i na wielu stanowiskach. Jednak studenci chcą mieć tytuł magistra. Nie tylko z powodu ambicji, ale też dlatego, że pracodawcy nie palą się do zatrudniania kandydatów z tytułem licencjata, gdyż z dużym prawdopodobieństwem jest to młody człowiek, który nie dostał się do uczelni oferującej tytuł magistra, lub ktoś, kto po trzecim roku musiał się ze studiami pożegnać z powodu słabych wyników w nauce. Jednym słowem, taki kandydat to przypuszczalnie osoba mało zdolna lub leniwa, a często jedno i drugie. Poza tym tytuł licencjata jest nowy i nie bardzo wiadomo, co oznacza.

W Polsce od późnych lat 90. powołano ponad 30 państwowych wyższych szkół zawodowych. Powstawały w miastach, w których nie było uniwersytetów. Miały, co wydaje się sensowne, wypełnić lukę w dostępie do edukacji oraz, co brzmi mniej sensownie, wynagrodzić likwidację urzędów wojewódzkich po reformie samorządowej. Dzisiaj w większości nie cieszą się zbyt wielkim prestiżem i borykają się z brakami kadrowymi.

W USA wiele bardzo dobrych college’ów wyrosło wokół najlepszych uczelni badawczych. Z jednej strony dostarczają kandydatów na studia doktoranckie, z drugiej – łatwiej im pozyskiwać doskonałą kadrę akademicką. Wielu dobrych, ale nie wybitnych uczonych chętnie podejmie pracę w małej szkole w pobliżu MIT (Massachusetts Institute of Technology) lub Stanfordu, gdyż daje to możliwość uczestnictwa w życiu naukowym światowych elit. Seminaria w najlepszych uczelniach są otwarte dla wszystkich, więc gdy się mieszka i pracuje o krok od Harvardu, można z tego korzystać.

Budowanie sukcesu

Na amerykańskich uczelniach władzę sprawują rady powiernicze, które mianują rektora. W Polsce rektor jest wybierany przez senat, czyli grono osób zatrudnionych w danej szkole wyższej, głównie profesorów. Uczelnia, która ma dobrze działać w interesie studentów, nie może być zarządzana przez pracowników. Podejmowanie decyzji nie może być wynikiem gry politycznej i demokratycznych głosowań, a dla nieoczywistych reformatorskich działań trudno o konsens.

Co więcej, rada zarządzająca musi być blisko szkoły. Powinni znaleźć się w niej ludzie, którzy znają lokalny rynek pracy, wiedzą coś o nauczaniu, są ambitni, ale stoją twardo na ziemi. Sukcey Uniwersytetu Stanforda czy Harvey Mudds College (HMC, Claremont, Kalifornia) nie były wynikiem decyzji ministrów, lecz działań osób, dla których jednym z ważnych życiowych celów było zbudowanie sukcesu ich szkoły.

Niezbędnym warunkiem takiego sukcesu jest dobrze wykształcona i zmotywowana kadra, gotowa poświęcić czas studentom. Dobre szkoły licencjackie powinny zatrudniać wykładowców z doktoratami z najlepszych uniwersytetów, niekoniecznie polskich. Nie chodzi o to, by były to osoby wybitne – te raczej nie zdecydują się na pracę w college’u – lecz takie, które w trakcie swojej edukacji zdobyły horyzonty szersze niż to, co daje mała prowincjonalna szkoła.

I tu pojawia się poważny problem: dobre polskie szkoły wyższe w zasadzie kształcą kadrę na własne potrzeby. Jest to zresztą zrozumiałe, gdyż uczelnie preferują zatrudnianie własnych absolwentów, więc kształcenie doktora, dla którego nie ma etatu na miejscu, oznacza skazywanie go na bezrobocie lub pracę w innym zawodzie. W dobrych amerykańskich uczelniach badawczych liczba studentów pierwszego stopnia jest niewiele większa od liczby doktorantów, a w MIT doktorantów jest nawet więcej niż studentów.

Część przedmiotów w college’ach może, a wręcz powinna być wykładana przez praktyków, nawet bez doktoratu. Trzeba jednak dbać o to, by college nie stał się miejscem ucieczki nieudaczników. Wykładowcom trzeba stworzyć warunki awansu i rozwoju naukowego. Nie, nie chodzi o to, żeby pisali habilitacje i książki profesorskie, lecz by mogli awansować na najwyższe stanowiska akademickie w swojej szkole i aby mieli możliwość, ale nie obowiązek, prowadzenia badań naukowych.

Ambicja to podstawa

O reputacji szkoły decydują nie tylko kompetencje nauczycieli. Pracodawców nie interesuje, kto uczył ich pracowników, lecz co potrafią. Caltech (California Institute of Technology) ma, według „Princeton Review”, najgorszych profesorów zaraz po University of Illinois at Urbana, a mimo to zdolni i pracowici absolwenci są w czołówce najlepiej zarabiających.

Analiza rankingów i zdrowy rozsądek daje dwie jasne informacje: 1) uzdolnieni i dobrze pracujący studenci będą (statystycznie) dobrze zarabiać, 2) nawet najlepsi nauczyciele nie wycisną zbyt wiele z nieutalentowanej i niezmotywowanej młodzieży. Dlatego wzorcowe szkoły licencjackie nie mogą być szkołami dla tych, którzy nie dostali się do żadnej dobrej uczelni. Powinny, przynajmniej na początku, być utrzymywane z pieniędzy publicznych. Powinny także mieć praktyczną ofertę programową.

Kilka lat temu Hewlett-Packard poszukiwał we Wrocławiu do pracy osób z podstawową znajomością narzędzi komputerowych i rachunkowości, a jednocześnie posługujących się mało popularnymi językami obcymi jak holenderski lub serbski. Okazało się, że żadna wyższa szkoła nie umiała zaoferować programu studiów dającego możliwość zdobycia takich kwalifikacji. Władze niderlandystyki na Uniwersytecie Wrocławskim pomogły swoim studentom, oferując zajęcia z języka biznesu, ale rachunkowości i elementów ekonomii zainteresowani musieli się już uczyć na płatnych studiach podyplomowych.

Student amerykańskiego college’u nie jest przywiązany do kierunku ani do wydziału. Sam buduje swój program studiów. Nie miałby żadnego problemu z wpisaniem do tego programu zajęć z literatury flamandzkiej i na przykład fizyki teoretycznej.

Uczą i wychowują

W USA uczelnie rozwijają się ewolucyjnie, nie ma tam ustawy o szkolnictwie wyższym. Brak ograniczeń systemowych pozwala na eksperymenty, a udany eksperyment jest szybko powielany przez inne szanujące się uczelnie. Eksperymenty dotyczą nie tylko programów nauczania, ale także zasad zarządzania szkołą czy rekrutacji.

Aby ściągnąć do siebie uzdolnioną młodzież z niezamożnych rodzin, prywatne uniwersytety Harvarda i Stanforda wprowadziły zasadę zwalniania z czesnego studentów, u których roczny dochód na rodzinę nie przekracza 100 tys. dol. Zasada ta została potem przyjęta przez prawie wszystkie prywatne uniwersytety i college’e. Ciekawą zmianę wdrożył jako pierwszy Harvey Mudds College. Zamiast wcześniejszego programu studiów, w którym najpierw poznawano teorię, a potem jej zastosowania, studia rozpoczyna się od zajęć o charakterze praktycznym, teoria wykładana jest później, kiedy studenci już rozumieją, do czego może się przydać. Zmiana ta spowodowała, że znacznie mniej studentów przerywa studia.

Amerykańskie college’e nie tylko uczą, ale też wychowują. W Harvey Mudd College obowiązuje kodeks honorowy. Egzaminy pisze się w domu, przy czym profesor określa nie tylko temat egzaminu, ale także ile godzin można na pisanie poświęcić. Nam w Polsce trudno w to uwierzyć, ale podobno studenci respektują te ograniczenia. W Kalifornii można pić alkohol dopiero po ukończeniu 21 lat. Jednak 19-letni student HMC, który wypije szklankę piwa, nie zostanie ukarany. Natomiast ten, który się upije i narazi na szwank swoje lub cudze zdrowie albo godność, utraci zdolność honorową niezależnie od swojego wieku.

W HMC 99 proc. studentów mieszka na terenie kampusu. To samo dotyczy sporej części profesorów. HMC to jedna z siedmiu doskonałych nieakademickich uczelni w Claremont, liczącym 35 tys. mieszkańców miasteczku w pobliżu Los Angeles, które miało być kalifornijskim Oxfordem. W Claremont nie udało się stworzyć ośrodka badawczego, ale warunki do kształcenia są doskonałe – jeśli student będzie chciał z profesorem porozmawiać, znajdzie go choćby w Heroes&Legends Bar&Grill tuż obok uczelni, a panią rektor spotka na wrotkach.

Jeśli porównamy polskie wydatki na badania naukowe z budżetami czołowych uczelni badawczych na świecie, trudno marzyć o szybkim wprowadzeniu polskiej uczelni do pierwszej setki rankingu szanghajskiego. Za nieduże pieniądze można jednak stworzyć polski Claremont. Może Cieszyn, niedaleko od Krakowa i Katowic, może jakieś mazowieckie miasteczko niedaleko Warszawy, a może podwrocławskie Pracze ze starym dębowym parkiem?

 

Zarobki absolwenta college’u

Portal PayScale porównuje dochody absolwentów wszystkich szkół wyższych w USA. W rankingu zarobków w pełni kariery zawodowej prestiżowy MIT z wynagrodzeniem 119 tys. dol. zajmuje dopiero szóste miejsce. Pierwszy jest Harvey Mudds College (126 tys.), Princeton jest drugi, ale ex aequo z Dartmouth College (123 tys.), kultowy Harvard (121 tys.) jest czwarty, a Caltech (120 tys.) piąty.

 

Pomysł na kolegium licencjackie

Pomysł przekształcenia niektórych szkół wyższych w Polsce w kolegia na wzór amerykańskich college’ów pojawił się w zeszłym roku w eksperckiej strategii rozwoju szkolnictwa wyższego opracowanej na zlecenie MNiSW. Polskie kolegium, wedle pomysłu autorów strategii, byłoby trzyletnią szkołą zawodową, kształcącą do poziomu licencjatu. Nie miałoby ambicji prowadzenia badań naukowych (chociaż nie byłoby to wykluczone), ale skupiałoby się na solidnej i rozsądnej edukacji.

Prof. Leszek Pacholski, informatyk, były rektor, obecnie dyrektor Wydziału Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną