Rozmowa z prof. Andrzejem Elżanowskim, bioetykiem

Pogryźli się obrońcy zwierząt
O tym, jak nadmiar zapału szkodzi słusznej sprawie - mówi Prof. Andrzej Elżanowski.
Ludzie  coraz mocniej reagują na przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt
Piotr Fotek/Reporter

Ludzie coraz mocniej reagują na przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt

Dziki handel jest dziś głównym źródłem bezdomności zwierząt
Wojtek Jargiło/Reporter

Dziki handel jest dziś głównym źródłem bezdomności zwierząt

Prof. Andrzej Elżanowski
Leszek Zych/Polityka

Prof. Andrzej Elżanowski

Joanna Podgórska: – Znów się nie udało. Zespół pod pana kierunkiem opracował projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, który właśnie przepadł: posłanka Joanna Mucha wycofała się z jego pilotowania. Dlaczego?

Prof. Andrzej Elżanowski: – Ściślej, przepadł projekt poselski, który powstał z naszego projektu w sejmowym Zespole Przyjaciół Zwierząt. Główne znaczenie miało destrukcyjne działanie w samej społeczności obrońców zwierząt. Niestety, znowu zatriumfowało połączenie infantylnego radykalizmu działaczy z warcholstwem niektórych liderów.

Sam nazywa pan wasz projekt mininowelizacją, a część organizacji zajmujących się ochroną zwierząt zarzuca wam, że chcieliście wprowadzić tylko kosmetyczne zmiany. Co właściwie mininowelizacja miała załatwić?

Zakaz wprowadzania do obrotu na targowiskach zwierząt innych niż gospodarskie. Zakaz sprzedaży psów i kotów poza miejscami ich hodowli, a więc także w sklepach zoologicznych. Gdyby nawet tylko ten przepis przeszedł, to już by było warto, bo dziś każdy pijak, jak potrzebuje na piwo, bierze szczeniaczki, żeby je sprzedać na ulicy, a górale na Krupówkach handlują owczarkami podhalańskimi tak samo jak oscypkami. Ten dziki handel jest dziś głównym źródłem bezdomności zwierząt. Nowelizacja miała także zwiększyć zobowiązania gmin do opieki nad zwierzętami bezdomnymi. W obecnym prawie jest przepis, że gmina może przyjąć program takiej opieki, a w projekcie nowelizacji, że przyjmuje taki program. W języku prawnym to ogromna różnica. Wiele gmin by się wykręcało, ale jakiś program musieliby przyjąć.

Chcieliście zabronić myśliwym strzelania do błąkających się psów i kotów. Jak dużą skalę ma dziś to zjawisko?

Statystyk nie ma, ale ciągle płyną sygnały, że gdzieś w Polsce myśliwy zastrzelił psa nawet na oczach właścicieli. A ile ginie poza tym? Kotów nikt nie jest w stanie policzyć. Na wsiach sytuacja jest taka, że kot po prostu pewnego dnia nie wraca i właściciel bierze sobie nowego. Wystarczy otworzyć miesięcznik „Łowiec Polski”, by zobaczyć dzielnych strażników łowieckich, targających za ogony zastrzelone koty. Kto tu jest winny? Kot, że wyszedł zapolować na norniki? Właściciel, że nie zrobił kotoszczelnego ogrodzenia i pozwolił mu wyjść? Koty nie powodują znaczących szkód łowieckich, ale myśliwi lubią sobie postrzelać do dobrze widocznych ruchomych celów. To paradoks, że kilka lat temu lobby myśliwskiemu udało się przemycić do ustawy o ochronie zwierząt przepis o strzelaniu do psów i kotów. I nie będzie łatwo go zmienić, bo lobby myśliwskie jest nadal silne w Sejmie. A mamy przeciwko sobie także część działaczy ochrony przyrody, których interesują tylko gatunki dzikie, przynajmniej dopóki są rzadkie. Ale próbować trzeba.

A co z pseudoschroniskami, które – prowadzone przez hycli – traktują bezdomne zwierzęta jak odpady biologiczne i zarabiają na nich duże pieniądze?

Chcieliśmy ograniczyć możliwość prowadzenia schronisk tylko do samorządów albo organizacji pożytku publicznego, które w statucie mają zapis o ochronie zwierząt. Dziś każdy przedsiębiorczy, za przeproszeniem, cham może sobie wymyślić, że połapie psy, skasuje od gminy nawet ponad 3 tys. zł od psa na rok i im więcej psów uśpi lub zagłodzi, tym więcej zostanie mu w kieszeni. Lukratywny proceder kwitnie, bo w wielu województwach Inspekcja Weterynaryjna uaktywnia się – i to z oporami – dopiero po makabrycznych odkryciach obrońców zwierząt. Ale posłanka Joanna Mucha forsowała wersję, która tylko zabrania prowadzenia schronisk dla zysku, a taki zakaz łatwo da się ominąć poprzez kreatywną księgowość.

Wątpliwości niektórych organizacji budził przepis o możliwości zabijania zwierząt w ramach „redukcji populacji”. Oskarżano was wręcz o chęć wymordowania bezdomnych psów przed EURO 2012, tak jak to robią na Ukrainie.

My tego nie wprowadziliśmy do ustawy, tylko zostawiliśmy z dotychczasowej. Niestety, katalog dozwolonych kategorii zabijania musi być w ustawie kompletny i taka kategoria jest niezbędna, szczególnie do ograniczania populacji gryzoni. Przecież szczury to też zwierzęta kręgowe, ssaki czujące pewnie nie mniej niż nasze psy czy koty. Spontaniczny opór w stosunku do niektórych przepisów ustawy – nawet tych, które w niej dawno były – wynika stąd, że zaczynają one konfrontować ludzi z rzeczywistym statusem zwierząt i koszmarem ich traktowania. Choćby tym, że szczury można truć. Ja bym chętnie wprowadził zakaz trucia i szukał bardziej humanitarnych metod redukcji populacji gryzoni, ale nie da się jej po prostu zakazać. Nowelizując prawo dotyczące zwierząt musimy zrezygnować z filozofii wszystko albo nic, bo nigdy nie ruszymy z miejsca.

To zajmijmy się tym, czego w waszym projekcie nie było. Pominęliście w ogóle kwestie związane z gospodarczą eksploatacją zwierząt, takie jak transport czy chów przemysłowy.

Przy tym układzie sił w Sejmie są to kwestie nie do ruszenia. Dla PO nie są one priorytetem, a PSL po prostu zablokowałoby wszelkie tego typu przepisy i przepadłaby cała nowelizacja. Część kwestii dotyczących rynku i gospodarczej eksploatacji zwierząt reguluje Unia Europejska, a my jako państwo i tak nie wdrażamy unijnych standardów, a przynajmniej opieramy się im, jak możemy. W tej sytuacji próby podnoszenia standardów hodowlanych ponad wymogi unijne to czysty lunatyzm. Nie warto nawet tracić amunicji.

Czy PSL zablokowałoby także przepis o zakazie trzymania psów na łańcuchach?

Myślę, że tak. Poseł Eugeniusz Kłopotek powiedział, żeby się od tego odczepić, bo to na wsi „zwyczaj uświęcony tradycją”, jakby tradycja mogła cokolwiek uświęcać. Ale ja jestem do bólu realistą, dlatego i tak byłbym ostrożny z innego powodu. Mieszkałem wiele lat na podwrocławskiej wsi i obserwowałem, jak wygląda sytuacja. Gdyby wprowadzić zakaz trzymania psów na łańcuchach, to byłby albo papierowy przepis, który się ośmieszy, albo katastrofa humanitarna. Przecież chłopi, którzy dziś trzymają psy na łańcuchach, nie zbudują im zaraz obszernych kojców, nie mówiąc już o odpowiednich ogrodzeniach. Albo puszczą je luzem i tysiące błąkających się psów wpadnie pod samochody lub zostanie zastrzelonych przez myśliwych. Albo zamkną je na minimalnej powierzchni. Zakaz trzymania psów na łańcuchach powinien mieć długie vacatio legis i przepisy towarzyszące, szczególnie określenie minimalnej powierzchni, na której można trzymać psa, oraz ustawowy zakaz wypuszczania psów bez nadzoru i oznakowania umożliwiającego kontakt z właścicielem.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną